John William Waterhouse, "Hylas i nimfy".


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej odsłonie malarskiej obejrzymy neoklasycystyczny obraz Johna Williama Waterhouse’a pod tytułem „Hylas i nimfy”. Malarz ów specjalizował się w przelewaniu na płótno rodzajowych scenek mitologicznych i inspirowanych legendami. Jeden z takich obrazów obejrzymy dziś.

Przenieśmy się teraz na pokład mitycznej Argo. Oto Jazon na czele gromady herosów wypływa na niej z Iolkos do Kolchidy w poszukiwaniu Złotego Runa. Pośród wielkimi herosami, takimi jak Tezeusz czy Meleager jest także i Hylas. Młodzieniec, ulubieniec Heraklesa, uprosił zabranie go na wyprawę. Właśnie lądować mają u brzegów Myzji.

Tam Herakles poleca swojemu wychowankowi poszukać źródła i zaczerpnąć wody. Chłopiec udaje się na poszukiwania. Odnajduje źródełko i zaczyna zeń czerpać. Ku jego zdziwieniu, z przejrzystej toni wyłania się kilka najad, nimf rzecznych, zwabionych pięknością młodzieńca.


Ten właśnie moment uchwycił Waterhouse. Siedem nagich nimf wychynia spośród nenufarów, spoglądając zalotnie w oczy młodzieńca. Ten zapomina o wodzie, o Heraklesie, Argonautach i wyprawie. Podąża za nimi wgłąb, oczarowany ich pięknością.

Na wybrzeżu Herakles niecierpliwie oczekuje powrotu wychowanka. W końcu sam udaje się na jego poszukiwania. Odnajduje tylko bukłak, z którym nad wodę poszedł młodzian. Sam Hylas zaginął.

Towarzysze naglą herosa, zbliża się czas odbicia od brzegów Myzji. Ten jednak odmawia, zdeterminowany by odnaleźć druha. Drużyna rozwija żagle i udaje się w morze, pozostawiając Heraklesa na brzegu. Ten wciąż szuka Hylasa.

Co się z nim stało? Niestety, uwiedziony przez nimfy tonie w odmętach, a boginki zabierają jego ciało do swej podwodnej domeny, gdzie cieszą się jego pięknością, która teraz należy już do nich, i tylko do nich.

Waterhouse, korzystając z ram dobrze znanego mitu zdaje się ostrzegać przed zagrożeniami płynącymi z cielesnej miłości. Dosłowne „zatopienie się” Hylasa przestrzegać może nas przed zbyt głębokim „zatopieniem się” w czyjejś urodzie, fascynacją daną, pociągającą nas fizycznie osobą, co przynieść może dla nas, tak jak i przyniosło biednemu Hylasowi, zgubne konsekwencje. Ilu z nas słuchając podszeptów uczucia czyniło często rzeczy, które rozum od razu napiętnowałby jako głupie, niebezpieczne czy uwłaczające. Niemniej, głusi na rozum, upojeni i „zatopieni” w czyimś uroku czynimy wbrew rozsądkowi, często finalnie boleśnie zderzając się z rzeczywistością.

Takim ostrzeżeniem zakończyć pragnę dzisiejszy wpis, dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i zapraszam jednocześnie za tydzień, gdzie przyjrzymy się dziełu renesansowego malarza florenckiego, Sandro Botticelliego.

Obraz zaczerpnięty stąd.

Reklamy

Wrocław, 9/11


Dwadzieścia sześć procent Amerykanów zapytanych o wydarzenia z 11 września 2001 roku odpowiada, iż był to jedynie pretekst do ataku na bogate w ropę kraje bliskiego wschodu. Gdyby zapytać Wrocławia o epokę, w której powstał wieżowiec pod adresem Rynek 9/11 jeszcze więcej z nich zapewne odpowiedziałoby krótko: „twarda komuna”. O ile dla miłośników teorii spiskowych nie mam jasnej odpowiedzi, o tyle Wrocławianom mogę z czystym sumieniem powiedzieć: Nie.

W 1928 roku władze Breslau ogłosiły konkurs na budowę nowej siedziby Miejskiej Kasy Oszczędności pod adresem Der Ring 9-11 / Blücherplatz 1. Do konkursu zaproszono czołowych architektów z Wrocławia i Berlina: w założeniu powstać miał modernistyczny wysokościowiec. Był to ukłon w stronę Maxa Berga (szerzej o jego ideach przeczytacie tutaj), przewodniczącego jury. Zwyciężył projekt Heinricha Rumpa: 10 kondygnacji patrząc od strony Ratusza, 7 od  Placu Solnego, prosta bryła z prawie jednakowymi oknami. Teoretycznie projekt ten ma się do otoczenia jak pięść do nosa, jednak jury zdecydowało się przyznać mu szczególnie wysoką ocenę za właściwe wpisanie się w historyczną fasadę Rynku. Czy właściwie? Wydaje się, że mieszkańcy Wrocławia lat ’30 byli dużo bardziej liberalni pod tym względem niż dzisiejsi. Nie tęsknili oni jak my za klasycznymi, kolorowymi kamieniczkami, ponieważ mieli je na co dzień. Pociągały ich nowoczesne kształty, wieżowce coraz częściej pojawiające się w   opowieściach zza oceanu.


Zdjęcia z budowy.

Siedziba Banku Zachodniego zasługuje na uwagę również ze względu na małe szczegóły: szczególnie interesująca jest interpretacja herbu miejskiego umieszczona po prawej stronie od wejścia głównego. Herb rozbity jest na pięć pól umieszczonych w pionie: pod nimi znajduje się data powstania budynku oraz sygnatura architekta. Portal wejściowy otoczony jest stylizowanymi na egipskie malowidłami: opowiadają one o tym jak ciężko zdobyć pieniądze i je utrzymać. Jako akcent współczesny należy wymienić wizerunek krasnala wybierającego pieniądze z bankomatu umieszczonego na lewo od ludzkiego wejścia.

Portal wejściowy wraz z przybliżeniem.

Herb.

W budynku znajduje się chyba jedyna zachowana i działająca do dzisiaj w mieście winda typu paternoster: jest to niezwykle ciekawa konstrukcja. Otwarte i połączone ze sobą kabiny stale się przemieszczają przewożąc ludzi, którzy wchodzą do nich w ruchu. Niestety, mimo niewielkich prędkości (0,3-0,45 metra na sekundę przy 2,5 m/s w dzisiejszych windach w tego typu budynkach) paternoster zasłynął dużą wypadkowością, stąd dzisiaj budowa tego typu wind jest zakazana. Ten w budynku BZ WBK działa, nie jest jednak powszechnie dostępny.

Miłośników kryminałów zainteresuje zapewne fakt, iż budynek występuje w książkach Marka Krajewskiego oraz znajduje się na oficjalnej trasie Śladami Eberharda Mocka.

Czy modernistyczny budynek na rogu Wrocławskiego Rynku to rak na jego żywej tkance, czy też może symbol wielkomiejskich ambicji jego mieszkańców i charakterystyczny element wyróżniający go z całego potoku innych średniowiecznych placów miejskich? A może pytanie sięga o wiele głębiej: czy dla oryginalności i architektonicznego ryzyka warto poświęcać przestrzeń tak ważną jak starówka? Pytania te są niezwykle skomplikowane i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi: zawsze znajdzie się rzesza ludzi nawołująca do budowy jedynie klasycznych miejskich kamieniczek, stojąca w opozycji do urbanistycznych liberałów szukających stale nowych wyzwań w miejskiej przestrzeni. Kogo powinniśmy słuchać? Nad tym powinniśmy zastanowić się wszyscy: w końcu ta przestrzeń jest publiczna. Należy do nas.

Bank w wersji mini.

Więc jak, eksperymentować czy jednak zostać przy uroczych kamieniczkach?

Zdjęcia ze źródeł własnych oraz z placu budowy, udostępniane w zbiorach Muzeum Architektury.

Człowiek jest dobry?


Liczba zabitych w hitlerowskich Niemczech przeraża nawet dziś: 6 milionów ludzi. Wszyscy unicestwieni w celu „oczyszczenia rasy”. Wszyscy zabici przez ludzi określanych dziś mianem „potworów”. Również i gorsze określenia znalazłyby się dla chętnych. Ale czy rzeczywiście byli oni tak inni od nas, współczesnych? Jedni powiedzą, że to tylko kwestia indoktrynacji od małego tych ludzi, jeszcze inni, że ślepego zapatrzenia w ideologię – że byli przekonani o słuszności teorii o czystości rasy. Temat kontrowersyjny, więc bardzo proszę czytać z przymrużeniem oka.
Inna teoria jest taka, że ci młodzi ludzie posiadający stopień co najwyżej podoficerski nie zawinili temu co się stało; byli tylko narzędziami do spełniania celów tych wyżej postawionych, choć często nie byli tego nawet świadomi.
Pewien naukowiec nazwiskiem Milgram postanowił kiedyś sprawdzić teorię, którą sam niegdyś wysnuł, że rzeczywiście zwykli szeregowcy w SS wykonywali tylko swoje rozkazy i nie zastanawiali się bardzo nad tym co robią, tak byli skupieni na dochowywaniu wierności swym przełożonym. Eksperyment Pana Milgrama rozpoczął się wraz z ogłoszeniem w gazecie oferty wzięcia udziału w badaniu, jak to było napisane w ogłoszeniu „wpływu kar na pamięć”. Zostało przygotowane laboratorium oraz zaaranżowani aktorzy. Kiedy pojawił się pierwszy ochotnik w laboratorium zastał dwóch aktorów. Jednego ubranego „po cywilu”, a drugiego w lekarskim kitlu. Wszystko zostało ustawione tak, aby ochotnik myślał, że wraz z nim udział w badaniu bierze też ktoś inny. Między aktorem a ochotnikiem zostało przeprowadzone losowanie, aby ustalić, który z nich ma być „nauczycielem”, a który „uczniem”. Oczywiście wynik losowania był z góry ustalony tak, aby ochotnik został nauczycielem. Uczeń został wprowadzony do drugiego pokoju oddzielonego szybą od pokoju, w którym znajdować się mieli nauczyciel i badacz. Uczeń został podpięty do krzesła oraz poinformowany, że będzie rażony prądem. Przez chwilę wahał się, oznajmiając, że ma kłopoty z sercem, lecz został zapewniony, że nic mu nie grozi. Nauczyciel, po uprzednim znalezieniu się po drugiej stronie szyby miał czytać słowa z kartki, a uczeń miał po nim powtarzać. W razie pomyłki, ucznia rażono prądem o coraz większej sile. Za każdy błąd napięcie prądu skakało o 15V w górę. W rzeczywistości ucznia nic nie raziło, musiał tylko udawać, że dostaje „kopniaki”, a dźwięk odtwarzany był z taśmy przez głośnik. Wywiady po eksperymencie ujawniły, że nikt z badanych nie zorientował się, że jest oszukiwany.
Zanim eksperyment zaczął się, spytano psychiatrów oraz przeprowadzono sondę uliczną o oczekiwaniach wobec wyniku eksperymentu. Przechodnie odpowiedzieli, że do najwyższego, śmiertelnego napięcia dojdzie jedynie 1% badanych, z kolei specjaliści uznali, że dojdzie 1 promil ochotników.
Okazało się jednak, że pytani pomylili się znacznie – otóż do dawki śmiertelnej doszło aż 65% badanych i nawet chcieli później kontynuować eksperyment, chociaż w sali panowała już cisza i nie było słychać okrzyków ucznia. Było jednak parę osób, które chciały przerwać eksperyment, lecz gdy tylko usłyszeli od aktora grającego naukowca słowa: „proszę kontynuować” – kontynuowały bez słowa sprzeciwu.
Milgram po przeanalizowaniu zachowania uczestników (którzy byli na skraju załamania nerwowego) oraz testów osobowości doszedł do wniosku, że to nie chęć sprawienia cierpienia, czy też skłonności sadystyczne były przyczyną coraz silniejszego zadawania bólu, lecz obecność człowieka o naukowym wyglądzie wpływającego na zachowanie ochotników. Chociaż naukowiec nie zmuszał do kontynuowania eksperymentu, jedna sentencja „Eksperyment wymaga, żeby kontynuować” lub podobne sprawiły, że ochotnik szedł wyżej zadając coraz silniejszy ból.
To tylko jeden z przykładów tego, jak w prawdziwym świecie łatwo ulegamy autorytetom, nawet jeżeli nakłaniają nas do czegoś złego. Pewnie zastanawiacie się dlaczego wszystko to piszę? Przejdę więc do sedna: Niedawno z okazji Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu pojawiła się kontrowersyjna internetowa kampania o nazwie „Pamiętaj o mnie, by to się nigdy nie powtórzyło” ukazująca na plakacie młodego, przystojnego mężczyznę w mundurze SS. Odsyłam do fanpage’u i pozostawiam resztę do refleksji.
Zdjęcie zaczerpnięte stąd.

Zanik czytelnictwa.


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej odsłonie z teorii spiskowych przerzucam się na bardziej społeczne nisze. Postaram się mianowicie poszukać odpowiedzi dlaczego ludzie dziś coraz mniej czytają. Skupię się tu na przykładzie Polski, aczkolwiek dopasować można ten schemat również i do innych państw europejskich – zwłaszcza w partiach poświęconych czasom dawnym i najbliższym, okres komunistyczny jest jak najbardziej charakterystyczny dla bloku wschodniego, w tym oczywiście Polski.

Od czasu wynalezienia ruchomej czcionki przez Gutenberga książka z elitarnego, drogiego rękopisu przeszła stopniową metamorfozę w tanie, ogólnodostępne źródło wiedzy, znane nam dziś z półek księgarni czy antykwariatów. I tak jak niedostępność, cena książek oraz fakt potrzeby znajomości pisma tylko przez wąskie grupy społeczne skutecznie ograniczały elitarne grono umiejących czytać do duchowieństwa i pewnej części szlachty i kupiectwa. W późniejszych jednak okresach szkoły jezuickie, oświeceniowa mentalność i rozpowszechnienie się taniego druku spowodowały obniżenie się wskaźników analfabetyzmu i rozwój literatury samej w sobie – teraz mogła rozchodzić się szerszym nakładem i trafić do dużej ilości odbiorców.

Niemniej jednak przez długi okres czasu czytanie pozostało dość elitarną czynnością. Chłopskie masy, choć coraz częściej poznające arkana sztuki pisania i czytania nie poznawały zazwyczaj innych druków poza obwieszczeniami lokalnych władz. Literatura i wiedza nadal ograniczone były do społecznej elity, powiązanej ściśle ze szlachtą i w okresie pozytywistycznym także jednostkom z nizin. Mowa ezopowa skutecznie trafiała ponad głowami zaborców, od Mickiewicza po Prusa, zachowując w narodzie ducha i dając nadzieję. Nadzieję, którą niosły właśnie książki.

I tak właściwie wyglądała sytuacja do końca II wojny światowej. W czasie wojny milczą muzy, i tako też milczało społeczeństwo, walczące w partyzantce, ginące w obozach czy zmagające się z trudami okupacji. Bardziej ważne były inne rzeczy. Profesorowie uniwersytetów zabici na początku wojny, młodzi na frontach Europy, w lasach lub w grobach. Potem nadeszła Armia Czerwona.

Paradoksalnie nowa władza zrobiła wiele w kwestii czytelnictwa narodu polskiego – Zafundowała oświecenie ludu pracującego, ale kiedy jasnym się stało, że komuniści zastąpić mają stary reżim, stare pozytywistyczne książki na nowo trafiły do rąk, powstały nowe, im podobne, które na granicy poprawności politycznej wodziły za nos cenzurę. I tak samo działo się w świecie muzyki, kabaretu czy teatru. Wspomnieć można choćby sławetne przedstawienie „Dziadów”. Okres komunistyczny pobudzał kulturę wśród ludzi jako czynnik przekazujący prawdę i przy tym zakazany, co tylko pobudzało jego fluktuację.

Po 1989 roku niestety sytuacja uległa zmianie. Otworzywszy się na zachód, zachłysnąwszy się dobrobytem, wchłonęła Polska także wątpliwie pożądane zjawiska jak popkultura, zachodni typ rozrywki oraz przenikająca zza upadłego berlińskiego muru mentalność nieskrępowanej wolności i swobody. Co doprowadziło do sytuacji znanej dziś. Rej wodzą celebryci (co ciekawe, jak zauważył jeden z moich znajomych, nawet w programach muzycznych mających znamiona kulturalnych w napisach najpierw wymieniani są właśnie znani konferansjerzy, zaś później dopiero same występujące zespoły muzyczne), programy, które nie wiedzieć czemu nazywane są kulturalnymi (wszelkie tańce z gwiazdami na lodzie i insza lekkostrawna papka dla mas), internet czy seriale. Ale w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Zmęczony wielogodzinną pracą człowiek po przyjściu do domu nie ma ochoty męczyć się ponad potrzebę, więc sięga po rozrywkę, która nie wymaga wysiłku. Także umysłowego. Przygnębia także wynikająca z tego prawidłowość – młodzi ludzie wychowani w takim społeczeństwie nie czują nawet potrzeby sięgnięcia po ambitniejszą kulturę niż tą, którą oglądają w telewizji. Młodym co prawda zdarza sięgać się dziś po fantastykę, zwłaszcza sztandarowego Sapkowskiego, ale mam wrażenie, że to dzięki sukcesowi gry komputerowej o przygodach pewnego Wiedźmina. I nie oszukujmy się, fantastyka to (poza kobiecymi harlequinami) najmniej chyba wymagająca literatura. Zaś mówiącym, że studenci czy licealiści nadrabiają czytelnicze zaległości narodu powiedzieć muszę, że niestety tak nie jest, Do zdania matury wystarczą streszczenia lektur w Internecie i repetytoria maturalne, zaś znaczna część studentów politechniki (czy, o zgrozo, studiów filologicznych) nie miała w ręku książek niezbędnych na ich kierunku, zadowalając się notatkami kolegów lub wyszukiwanymi w Internecie i prześlizgując się z semestru na semestr na trójach. Dochodzi nawet do tak kuriozalnych sytuacji, o których wspomniał jeden z moich wykładowców, że na studiach doktorskich znalazła się studentka, która zarzekała się, że podczas pobytu na uczelni nie przeczytała ani jednej książki, dając radę zaliczać dzięki kompendiom i notatkom znajdowanym w Internecie.

Czy da się wyrugować ze społeczeństwa złe nawyki i oczyścić telewizję publiczną ze śmieci? Niestety, wydaje mi się, że nie ma na to w obecnej chwili już szans, jedynie katastrofa podobna do zaborów lub rządów komunistycznych może coś poruszyć. Smutna to wizja, lecz niestety prawdziwa. Pozostawiam Państwa na dziś, zapraszając za tydzień, kiedy poruszę temat wypaczania świata i kultury przez wspomnianą dziś popkulturę, na przykładzie filmu „Thor” na kanwie marvellowskiego komiksu.

Zdjęcie zaczerpnięte spod tego linku;

Polecam przeczytanie także tego artykułu, rozszerza on o trochę statystycznych pomiarów sprawy, które wyżej poruszyłem.

NOWY Nowy Targ


Wrocławska starówka kryje trzy historyczne place handlowe. Najbardziej znanym jest oczywiście rynek: serce miasta, jedna z największych atrakcji turystycznych. Drugie miejsce na liście znanych i kochanych zajmuje Plac Solny: już na początku XX wieku pojawiały się propozycje, aby nazwać go kwiatowym. Jest on podobnie jak rynek w całości wyremontowany i zawsze gości w przewodnikach turystycznych po stolicy Dolnego Śląska. Trzeci plac to prawdziwe brzydkie kaczątko: omijany szerokim łukiem przez Wrocławian, całkowicie nieznany przez turystów Nowy Targ. Czy trwający właśnie generalny remont przemieni go w pięknego łabędzia?
Nowy Targ przed wojną.
Kiedyś Nowy Targ stanowił integralną cześć starego miasta. Klasyczne kamienice tworzyły ściany, zaś na środku straszył demoniczny pomnik Neptuna, jeden z bardziej rozpoznawalnych wtedy symboli Breslau. Niestety, sytuację zmieniła II Wojna Światowa, w czasie której zabudowa została niemal doszczętnie zrównana z ziemią. Przetrwał jedynie sporych rozmiarów budynek administracyjny, obecnie jeden z oddziałów Urzędu Miasta oraz podziemny bunkier, wykorzystywany później m.in. jako klub muzyczny. Po przejęciu władzy przez Polaków na placu rozgościło się targowisko, zlikwidowane w 1963 roku.  W tym czasie trwała budowa budynków stojących do dzisiaj dookoła NT.
Współczesna ocena powojennej zabudowy jest zdecydowanie negatywna. Komentarze pod artykułami dotyczącymi placu generalnie proponują zrównanie wszystkie z ziemią i powrót do stanu sprzed wojny. Jakkolwiek rozwiązanie to ma wiele zalet, przykrywa je jedna wielka wada: jest koszmarnie kosztowne. Dlatego architekci i urbaniści gorączkowo myślą jak to co dzisiaj jest wadą przekuć w zaletę. Najdoskonalsze chyba analizy przygotowało Towarzystwo Upiekszania Miasta Wrocławia. Dzisiaj dyskusje stają się coraz głośniejsze, ponieważ plac jest w trakcie przebudowy. 
Nowy Targ przed remontem.

Przedwojenna fontanna z Neptunem

Oprócz będącego kluczowym punktem całej inwestycji podziemnego parkingu na 331 samochodów na placu powstaną:  targowisko, stoisko gastronomiczne oraz rekonstrukcja fontanny Neptuna. Oprócz tego w podziemiach planowana jest mała sala kinowa, albo koncertowa. Cały projekt utrzymany jest w duchu wielkomiejskiego modernizmu. Oczywiście, budzi to ogromne kontrowersje: innym przykładem wrocławskiego modernizm jest przedwojenny biurowiec na rogu Rynku i Placu Solnego, przez większość mieszkańców komentowany słowami „powinni wyburzyć ten komunistyczny koszmarek”. Ale o nim szerzej w bliskiej przyszłości. Co mówi się o nowym Nowym Targu?

Autor: pracownia architektoniczna Roman Rutkowski.














„Wyjatkowo brzydki, wygląda jak tramwajowa stacja przesiadkowa na Grunwaldzkim. Dlaczego nie ma zadnego stylistycznego odniesienia do sąsiednich starych kamienic ?”, „Niech to miejsce chodź w procencie przypomni piękny przedwojenny plac , który był propagowany na widokówkach !!” (pisownia oryginalna), „Projektanci zaplanowali…a niech ich diabli wezmą…, tu nie ma kszty elegancji, ciepła, estetyki. Kolejny obiekt zaprojektowano we Wrocławiu na czarno-szaro-buro. Ileż to już ulic, placów „deptaków”, skwerów, obiektów zbudowano w naszym uroczym mieści w takiej właśnie „stylistyce”…, a brud jak lubi takie klimaty!!! Panowie projektanci, urzędasy wszelkiej maści – po szarość, po szarość, po szarość… idziemy.”

To tylko część komentarzy ze strony Gazety Wrocławskiej, ta bardziej merytoryczna część. Fakt faktem, projekt jest bardzo chwalony w środowisku architektów. Tak więc czy to Wrocławianie nie mają wyczucia stylu i gustu artystycznego, czy może specjaliści żyją w innym świecie? Czy przebudowując przestrzeń miejską powinniśmy kierować się opinią tych, którzy będą w niej żyli, czy tych uważanych za autorytety w tej dziedzinie?
Remont ma się zakończyć około roku 2013: niestety, nie dotyczy to otaczających plac budynków. Pewnym pozytywem jest fakt, iż na pewno łatwiej będzie je dopasować stylistycznie do nowego wyglądu placu.
A co Wy sądzicie na temat nowej, wielkomiejskiej architektury? Ciekawy eksperyment, czy może lepiej zrównać wszystko z ziemią i odbudować kamienice?

PS. Miłośnikom wrocławskich podziemi polecam relacje z wizyty w bunkrze pod NT.

Party



Kroniki Kulturalne prowadzone są przez wrocławskich studentów, a w dodatku tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę na wyższych uczelniach. Artykuły na tej stronie czytują głównie studenci (choć nie tylko) i właśnie dlatego ten tekst będzie na temat sesji, a raczej tego co się robi po sesji.

Wiadomym jest, było i będzie, że po męczącym i uciążliwym wysiłku intelektualnym potrzebny jest odpoczynek, a szczególnie popularną jego formą są imprezy. Może nie wszyscy o tym wiedzą i nie wszyscy się do tego stosują, ale imprezy rządzą się swoimi prawami i trzeba przestrzegać pewnych zasad savoir vivre’u. Zamieszczam tu, więc Poradnik Imprezowicza Posesyjnego.

Mądry student winien wiedzieć, że aby wkroczyć do czyjegoś domostwa na dobre party, musi mieć odpowiednią przepustkę. Mamy do wyboru:
a) Wódkę,
b) Wódkę,
c) Wódkę.
Jeśli już zakupimy „bilet wstępu”, stajemy w drzwiach i okazujemy go właścicielowi posyłając mu zniewalający uśmiech. Opcja „brak wstępu” przy takiej łapówce nie istnieje, więc wkraczamy na upragnioną prywatkę ze świadomością, że ta noc będzie wspaniała – ten nastrój winien nie opuszczać nas do samego końca, ale żeby tak się stało musimy odnaleźć siebie, zgłębić się w naszą psychikę i przygotować ją na epicki melanż. Lawirując między innymi, podobnie jak my, spragnionymi zapomnienia o traumatycznych przeżyciach sesyjnych studentami, szukamy towarzystwa. Dobre towarzystwo charakteryzuje się zazwyczaj dużą ilością „biletów wstępu” i chęcią podzielenia się z Tobą, drogi studencie, swym rogiem obfitości. Ponadto, co zależy od płci, pamiętaj, że w tym towarzystwie koniecznie musi znajdować się obiekt mogący spełnić twe oczekiwania, bo biorąc pod uwagę upojenie alkoholowe, które będzie ci towarzyszyć całą noc, odegranie paru scen z „Romea i Julii” będzie nieuniknione. Podsumujmy – masz Studencie przepustkę, towarzystwo, Julię/Romea i myślisz, że zapewniłeś sobie wszystko, co potrzebne, by doprowadzić swą psychikę do porządku po tym, co ostatnio przeżyłeś? Mylisz się! Tu jest potrzebny wstrząs, swoistego rodzaju katharsis, coś, czego będziesz się wstydził przez, co najmniej, następny miesiąc! Dlatego też pamiętaj o tym, by zawsze znajdować się w pobliżu łazienki, bądź drzwi prowadzących na zewnątrz – teraz już możesz być spokojny, masz wszystko pod kontrolą.

Kiedy nie będziesz już w stanie utrzymać pionu, najlepszym sposobem zatuszowania tego, jakże niegodnego stanu jest taniec. W tym wypadku muzyka nie jest najważniejsza – cokolwiek, byle by miało rytm i to dosyć prosty do opanowania, przez twoje galaretowate odnóża. Taniec jest dobrym sposobem na zachowanie równowagi pomiędzy stanem totalnej nietrzeźwości, a nietrzeźwości do przyjęcia – męczysz się, alkohol wyparowuje, potem znowu pijesz, zaczynasz się chwiać, wracasz do tańca – i tak w kółko. Nie przesadź jednak z tą monotonią i urozmaicaj sobie czas rozmowami na tematy podniosłe, poważne i patetyczne typu „Być albo nie być”, zbiciem paru drogocennych wazonów lub zadziwianiem wszystkich swymi umiejętnościami w czasie gry w Guitar Hero – nie próbuj tego, gdy jesteś beztalenciem, bo wstyd nie będzie cię opuszczał do końca studiów, a ludzie nigdy ci tego nie zapomną.

Nic tak nie rozrusza imprezy, jak wizyta panów w niebieskich mundurach na wezwanie upierdliwego sąsiada, który nie rozumiejąc waszych potrzeb chce iść spać, co oczywiście jest czystą złośliwością i wynikiem zazdrości ludzi niepotrafiących cieszyć się waszym szczęściem. Hasło „policja” powinno cię zmobilizować do odszukania w przepastnym domostwie obszernej szafy. Przetrzymaj ofensywę, po czym wyczołgaj się i gdy usłyszysz obelgi pod twoim adresem dotyczące twego tchórzostwa zrób minę zbitego psa, udaj, że nic nie wiedziałeś o ataku najeźdźcy i chciałeś zrobić znajomym psikusa, co oczywiście było infantylne i głupie i teraz tego żałujesz. Powinni uwierzyć, a jeśli nie, pogódź się z tym i baw się dalej.

PAMIĘTAJ! Nie nocuj w domostwie, w którym odbywała się impreza – jeśli to zrobisz, po przebudzeniu będzie czekał cię przykry obowiązek pomocy w sprzątaniu ruiny, jaką ty i tobie podobni po sobie zostawili. Zmyj się około 5 rano i tanecznym krokiem wróć do swego domu, by przeżywać helikopter w swoim łóżku, najlepiej w samotności.

Budzisz się rano i rozpaczasz, ponieważ to już koniec, a ty chciałbyś jeszcze raz? Nic trudnego, znajdź na facebooku następnego frajera robiącego imprezę, kup „bilet wstępu” i baw się dopóki trauma sesyjna nie opuści twego organizmu na następne pół roku.

Z dedykacją dla szefa i pomysłodawcy Kronik Kulturalnych, który dziś obchodzi swoje 20 – te urodziny. Wszystkiego najlepszego Adaś, a w szczególności epickich melanżów i tego, by ten piękny projekt, jakim są Kroniki nigdy nie przepadł w odchłani Internetu i nie uległ zapomnieniu.

Internetu i igrzysk


W tych dwóch słowach można zawrzeć potrzeby dzisiejszej opinii publicznej. Wystarczy obejrzeć wydanie dziennika telewizyjnego by dostrzec, że największym zainteresowaniem w Polsce cieszą się cenzura Internetu i Euro 2012. Poniższy wpis Kronik jest komentarzem do tych emocjonujących tematów.
Zaczynając od ACTA, po raz kolejny dał o sobie znać niski poziom kultury i dialogu pomiędzy nami, Polakami. Z jednej strony Platforma Obywatelska postanowiła zignorować protestującą część społeczeństwa, podpisując w Tokio umowę międzynarodową bez jej społecznej akceptacji. Brak konsultacji z internetowym środowiskiem prowadzi nie tylko do spadku poparcia społecznego dla PO, ale również do wzrostu niechęci i braku zaufania narodu do samej instytucji państwa. Po raz kolejny uruchamia się tryb, który można by nazwać „walką z okupantem”. 
Jednak z drugiej strony internauci również nie pokazali się od najlepszej strony. O ile sama idea protestu jest jak najbardziej zrozumiała, w końcu w jakiś sposób trzeba zademonstrować swój stanowczy sprzeciw, o tyle obok haseł „Stop ACTA” pojawiają się teksty rodzaju: „Komorowski matole, skąd będziesz ściągał pornole”. Wydaje mi się, że poziom takiej wypowiedzi należy pozostawić bez komentarza. Kolejnym problemem stały się ataki na strony rządowe, które nieważne pod jakim pretekstem, powinny zostać przez wszystkich potępione. Jak do tej pory żyjemy w państwie demokratycznym i swoje opinie powinniśmy wyrażać w sposób pokojowy i przede wszystkim nie uderzający w funkcjonowanie państwa. Po raz kolejny Polacy pokazali również, że nie potrafią uszanować innego zdania na dany temat. Przykładem będzie atak na osobę Zbigniewa Hołdysa, który przecież jako twórca ma prawo być przeciwnikiem obecnej sytuacji – bezkarnego piractwa. Na podpisanie ACTA oczywista była reakcja opozycji. Zarówno lewica jak i tzw. prawica czyli PiS, postanowiły wstawić się za protestującymi. Nie zważając oczywiście na fakt, że podczas głosowania w Parlamencie Europejskim, posłowie tejże partii byli przeciw krytyce ACTA (czyli de facto za ACTA). Po raz kolejny politycy grają pod publikę, jednak jak możemy sobie zdawać sprawę, prawdopodobnie każda opcja polityczna znajdująca się obecnie w parlamencie postąpiłaby w ten sam sposób, co obecna koalicja, gdyby znalazła się na jej miejscu.
Warta uwagi stała się również sytuacja ekonomiczna naszego kraju, zwłaszcza że w tym roku mamy zaszczyt organizować święto europejskiej piłki nożnej – Euro 2012. Można powiedzieć że Polacy generalnie są z tego powodu zadowoleni. Jak głosiło hasło wyborcze PO, Polska znalazła się w budowie. Od dróg krajowych i autostrad, po stadiony i obwodnice miejskie – mieszkając w którymś z miast gospodarskich na Euro 2012, ciężko jest nie natknąć się na jakąś wielką inwestycję. Nic dziwnego, że sprawia nam to wszystkim radość i daje powód do dumy. Niestety zapominamy o tym, że taka impreza sporo nas kosztuje. Za wybudowane drogi nie zapłaci Unia Europejska, zrobimy to my, między innymi poprzez zwiększoną akcyzę na paliwo. Politycy uspakajają nas mówiąc o Polsce jako zielonej wyspie. Niestety fakt ten nie napawa mnie aż tak wielkim optymizmem. Korzystna sytuacja Polski na rynku ekonomicznym nie potrwa dłużej niż 20 lat, do tego czasu będziemy musieli znaleźć rozwiązanie na problemy gnębiące nasz kraj: dług publiczny i koszty jego obsługi, przepisy utrudniające zakładanie i funkcjonowanie przedsiębiorstw, niski przyrost naturalny i co za tym idzie rosnąca liczba Polaków na emeryturze względem pracujących, niskie wydatki na rozwój technologiczny oraz kulejący system sądowniczy.
Chciałbym teraz skierować do was pytanie, która z tych rzeczy niepokoi was najbardziej ? Będzie to zmniejszenie wolności w Internecie i ukrócenie piractwa internetowego, czy też scenariusz w którym bez taniej siły roboczej będziemy – kolokwialnie mówiąc – klepać biedę ? Jeżeli ktoś zapytałby o moje zdanie w tej kwestii, prędzej wyjdę na ulicę protestować przeciw działaniom rządu w sferze gospodarczej niż rzekomej inwigilacji, rodem z „Roku 1984” Orwella.

System of a Down, "Toxicity" (2001)


Dziesiąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Dzisiaj prawdziwa petarda – płyta, która zyskała uznanie na całym świecie, w tym także w Polsce.
System of a Down – Toxicity (American)
„Ja przy Systemie kładłam się do łóżka”, „Nawet kupiłem sobie oryginał”, „Niezły metal, fajne to było”, „Jedyny metal, który mi się kiedykolwiek podobał”, …
Mam propozycję: przejdźcie się po ulicy i jak zobaczycie jakiegoś młodego człowieka, zapytajcie się, czy słuchał tej płyty. Uwierzcie mi, że nawet ci, którzy nie lubili SOADu, też jej słuchali. Nie można było inaczej.
Jak wyjaśnić fenomen tego najbardziej rozpoznawalnego metalowego bandu lat zerowych? Zadziałało tu chyba to samo, co w przypadku Linkin Park. Najlepsze elementy stylu zostały podane w sposób skondensowany, dopracowany, wraz z olbrzymią dawką melodii. Na korzyść Systemu, zadziała tu także oryginalność. Wystarczy wspomnieć niesamowicie charyzmatyczny wokal (zwłaszcza Serja Tankiana), ludowe inklinacje czy wykorzystanie bałałajki (!). System wynalazł również, sobie tylko właściwy, patent na łączenie fragmentów wyciszonych z wybuchami ekspresji bez uczucia kontrastu. Słysząc taką mieszankę, ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że coś tu do siebie nie pasuje. Weźmy na przykład klasyk: Chop Suey! – ciężkostrawne zwrotki przeplatane patetycznym, hymnicznym, ale także niesamowicie chwytliwym refrenem. To jeden z tych metalowych kawałków, które mogą wywołać prawdziwie romantyczne wzruszenie. Podobnie jest z utworem tytułowym – hymn pokolenia, bez dwóch zdań.

Somewhere, between the sacred silence and sleep,

Disorder, disorder, disorder.

A jeśli ktoś jeszcze wątpi w uniwersalność tego dzieła, powiem, że mama słysząc z mojego pokoju któryś z kawałków Systemu powiedziała: „To jest dobre”. I miała rację.
Na koniec powróćmy jeszcze do chwili, kiedy pierwszy raz zaskoczyła nas zmienność nastrojów tego ikonicznego dla SOADu utworu:

MDKF – warto dyskutować


Czy można nauczyć się oglądania filmów, tak jak czytania poezji czy analizowania obrazów? Trudno przecież wyobrazić sobie system oświaty pozbawiony pracy nad warsztatem czytania ze zrozumieniem. Program bez nauki nie tylko dzieł literackich, ale i znajomości całego dorobku kultury – malarstwa, rzeźby, muzyki etc. Nikt jednak nie uczy nawet podstaw stosunkowo młodej sztuki filmoznawstwa, która skupia w zasadzie wszystkie wymienione wyżej – od literatury, przez malarstwo, po muzykę.
Może dlatego często nasze obycie z kinem ogranicza się do niedzielnego seansu z TVN-em. Ważnym jest więc organizowanie wszelkich miejsc edukacji filmowej, które pokazywałyby istotę filmu jako sztuki. Jednym z takich wrocławskich ośrodków jest niewątpliwie Międzyszkolny Dyskusyjny Klub Filmowy prowadzący każdego wtorku projekcje filmów niekoniecznie znanych, a istotnych ze względu na wkład w rozwój dorobku światowej kinematografii.
Założony w 1969 roku pierwotnie gościł w kinie Lwów, obecnie działa w ramach Centrum Edukacji Kulturalnej Dzieci i Młodzieży przy ul. Kołłątaja 20 (MDK). Jest jednym z trzech oficjalnie działających DKFów we Wrocławiu. Początkowo zakładał program edukacji filmowej przeznaczonej raczej dla młodych widzów („międzyszkolny”) z czasem przerodził się w miejsce skupiające głównie środowisko studenckie. Cel działalności, który pozostał niezmienny to popularyzacja kina niepopularnego, ambitnego, autorskiego. W swojej kolekcji, dostępnej dla uczestników, posiada kilka tysięcy pozycji zapisanych na starych kasetach VHS i taśmach 16mm.

Seanse na sali teatralnej MDK-u atmosferą przypominają zapomniane już kina studyjne, z tą różnicą, że filmy wyświetlane są na nieco większym ekranie. Ciemnozielony wystrój retro, zapadające się, stare fotele, projekcja czarnobiałego filmu z taśmy 35mm to niewątpliwie klimatyczne smaczki tego miejsca. Za pewną nadgorliwość budowania unikalnej aury można uznać szwankujące momentami ogrzewanie, które szczególnie zimowymi miesiącami potrafi całkiem realnie uzupełnić emocjonalny dreszczyk. Lepiej więc pamiętać o towarzystwie ciepłej kurtki. Wtorkowe projekcje nie ograniczają się jedynie do wyświetlania filmu. Każdy seans poprzedzony jest prelekcją i zakończony dyskusją, na którą niejednokrotnie oprócz widzów zaprasza się również przedstawicieli środowiska filmowców – krytyków i samych twórców. Przykładowo w marcu 2011 podczas przeglądu filmów Krzysztofa Kieślowskiego goszczono wieloletniego przyjaciela i autora scenografii do wczesnych filmów reżysera – Andrzeja Waltenbergera. Oprócz uszeregowania seansów w ramach tematycznych przeglądów DKF organizuje również wyjątkowo jednorazowe inicjatywy, jak chociażby pokaz niemego filmu „Generał” z muzyką na żywo czy zbliżająca się walentynkowa „Casablanca”.

MDKF to inicjatywa ambitna i ewidentnie społecznie potrzebna, a mimo to wciąż pozostaje zagrożona. Przy organizacji każdej projekcji trzeba brać pod uwagę opłatę kosztów wykorzystania praw autorskich, a symboliczna opłata 5zł pobierana za wstęp nie zawsze jest w stanie całkowicie ich pokryć. Każdy potencjalny widz, który przyjdzie na seans jest dla DKFu na wagę złota. Zmienia to sam stosunek traktowania ludzi już nie jako anonimowych widzów, ale indywidualnych uczestników przedsięwzięcia z prawem do własnego głosu. Nie można kupić tu popcornu czy podwójnej coli, ale można porozmawiać. Dyskutować, wymieniać poglądy, uczyć się interpretacji i poznawać spojrzenia na kinematografię z drugiej i trzeciej strony. Jeśli więc nie macie planów na wtorkowy wieczór – DKF zaprasza na artystyczno-intelektualną ucztę!
* Artykuł pierwotnie pojawił się na portalu G-punkt (oba mojego autorstwa)
* Zdjęcia wykorzystane z fotoreportażu Joanny Dzikowskiej – Gazeta Wyborcza

Bosch po raz trzeci, ostatni. "Śmierć skąpca".


Witam Państwa serdecznie, dzisiejszą, trzecią już odsłonę malarstwa Hieronima Boscha rozpoczniemy nie przedstawieniem obrazu, ale średniowiecznego wiersza „Skarga umierającego”, będącego prawdopodobnie polskim przekładem czeskiej pieśni. Oto odchodzący człowiek wypomina sobie źle przepędzone życie i prosi Boga o zmiłowanie. Lektura tego wiersza przybliży nam mentalność człowieka epoki średniowiecza tak za jego życia jak i w chwili śmierci, co będzie odniesieniem do omawianego obrazu, „Śmierci Skąpca”.

Ach! Moj smętku, ma żałości!

Nie mogę się dowiedzieci,
Gdzie mam pirwy nocleg mieci,
Gdy dusza z ciała wyleci.

Byłżem s młodości w rozkoszy,
Nie usłałem swojej duszy,
Już stękam, już mi umrzeci,
Dusza nie wie, gdzie się dzieci.

Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.

Dziatki s matką narzekają,
Bracia mię w rzekomo żałują,
Ku jimieniu przymierzają,
Na mą duszę nic nie dbają.

Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!

Fałszywy mi świat powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał,
Wczora mi tego nie powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał.

Gdzie ma siła, ma robota,
Głupiem robił po ty lata:
Ośm miar płotna, sidm stop w grobie,
Tom tylo wyrobił sobie.

Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.

Jałmużnym nędznem nie dawał,
Ofierym Bogu nie czynił,
Ni z pirwiny, ni z nowiny
Bogum nie dał z siebie winy.

Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.

Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.

Młotem moje pirzsi biją,
Dusza nie śmie wynić szyją;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

Nie gdzie się przed Bogiem skryci,
Dusza nie śmie przed sąd jici;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

O duszyco, drogi kwiecie,
Nic droszego na tem świecie,
Tanieś się diabłu przedała,
Iżeś się w grzeszech kochała.

Pamiętaj coś na chrzcie ślubowała,
Gdyś się diabła otrzekała,
Jego pychy, jego działa –
Toś wszytko przestępowała.

Kwap się rychło ku spowiedzi,
Kapłany w swoj dom powiedzi,
Płacz za grzechy, przymi świątość,
Boże Ciało, święty olej!

Rolą z domem dziatkam podaj,
Coś urobił za duszę daj,
S jimienia przyjacioł nabywaj,
Coć przyłączą twą duszę w raj.

Zbierz gniewliwe i dłużniki,
Odproś, zapłać pieniądz wszelki:
Za jeden pieniądz w piekle być –
Na wieki stamtąd nie wyniść.

Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!

Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.

Zażżycie-ż mi świeczkę ale,
Moji mili przyjaciele!
Dusza jidzie z krawym potem;
Co mnie dzisia, to wam potem.
Amen.

Dusza z cieła wylecieła,
Na zielone łące stałe.
Stawszy, silno, barzo rzewno zapłekałe.
K nie przyszedł Święty Piotr a rzeknęcy:
Czemu, duszo, rzewno płaczesz?
Ona rzekłe:
Nie wola mi rzewno płakać,
A ja nie wiem, kam sie podzieć.
Rzekł święty Piotr je:
Podzi, duszo moje miła!
Powiedę cie do rejskiego,
Do krolestwe niebieskiego.
Do ktorego krolestwa dowiedzie nas
Ociec Bog, Syn i Duch Święty.
Amen.

Spójrzmy teraz na obraz Boscha. Jego dość nieforemny, wydłużony kształt wskazuje na bycie w przeszłości częścią jakiegoś tryptyku, niestety do dziś już niezachowanego. Na samym zaś obrazie widzimy bladego, konającego, tytułowego skąpca. U jego boku klęczy jego anioł stróż, usiłując nakierować myśli umierającego na wiszący gdzieś pod sufitem krzyż. Wokół kłębią się charakterystyczne dla twórczości Boscha maszkary – złe duchy, rozpraszające uwagę na sprawach duchowym doczesnościami – jeden z nich podsuwa wypełniony pieniędzmi mieszek. Do pomieszczenia wchodzi śmierć. Ukazana w charakterystyczny dla średniowiecznej symboliki sposób, jako owinięty w łachmany kościotrup, dzierży w dłoni strzałę. Wnioskować po tym można, że nasz skąpiec umiera od zarazy. Od antycznych bowiem czasów Apollo, który godził morowymi strzałami w Achajów oblegających Troję jednoznaczny był z chorobami i wszelką zarazą. Do średniowiecza przeniknął ten wizerunek, a strzała symbolizowała zarazę uderzającą znienacka w swoją ofiarę.

Dostrzegamy też inną postać, najprawdopodobniej tego samego skąpca, w okresie kiedy jeszcze nie zmogła go choroba, jak nachyla się nad skrzynią wypełnioną dobrami. W niej również harcują diabliki, ukryte w dobrach doczesnych.

Dlaczego zamieściłem najpierw ów anonimowy, średniowieczny wiersz? Pomoże on nam w odpowiedzi na pytanie, co czeka naszego skąpca. Umierający z wiersza również całe życie przetrwonił na doczesności, ale jednak dostał się do Raju. Czy i więc postać z obrazu Boscha ma szanse się tam znaleźć? Przekonajmy się:

„Byłżem s młodości w rozkoszy (…)”

„Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.”

„Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.”

Umierający widzi, że cielesne uciechy, pozycja na dworze i zgromadzone bogactwa nijak nie pomogą mu teraz – w godzinie śmierci. Co więcej, to, co przydawało mu splendoru za życia zdaje się być w chwili śmierci tylko przeszkodą – Rozkosze i bogactwa oddalały go od Boga, o którym moribundus (człowiek na łożu śmierci) zdaje się dopiero teraz poważnie myśleć. Jego ziemska egzystencja była taka sama jak skąpca z obrazu Boscha. Ten jednak zamiast w kierunku krzyża spogląda na mieszek wypełniony trzosem.

„Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!”

„Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.”

Umierający z wiersza zdaje sobie sprawę na łożu śmierci ze swoich grzechów i żałuje za nie. Niestety, skąpiec wydaje się być zatwardziały aż po kres.

„Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.”

(…)Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.”

W swoich ostatnich chwilach moribundus widzi już otwierające się przed nim piekielne wierzeje. Nie ma nadziei na ratunek, droga do raju jest przed nim zamknięta. Ale czy aby na pewno? Spowiedź, sakramenty, a także modlitwa – zarówno przez rodzinę, jak i specjalnie do tego celu wynajętych „modlących się”, uregulowanie długów mają w ostatniej chwili pomóc umierającemu zawrócić.

Do domu skąpca wchodzi już śmierć. Anioł stróż bezsilnie próbuje pobudzić konającego do poprawy swego losu. Na próżno. Śmierć zabierze go wprost w piekielną otchłań.

„Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!”

Nad jego ciałem trwa zaciekła wojna. Wojna między siłami dobra i zła, której łupem dla zwycięskiej strony przypaść ma dusza nieszczęśnika. I chociaż za życia ów potwornie nagrzeszył i żył bez Boga wciąż może jeszcze trafić do Raju.

Wokół skąpca kłębią się diabły, kusząc go, podsuwając myśli mające odciągnąć go od Boga, podtrzymujące jego przywiązanie do ziemskiego padołu i nagromadzonych dóbr doczesnych. Umierający nie zwraca uwagi na anioła, starającego się nakierować jego myśli na wiszący gdzieś wysoko, zapomniany krzyż. Skąpiec miast na zbawienie spogląda gasnącym wzrokiem na trzymany przez diabła trzos.

„Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.”

Umierający zawierzył ostatecznie swego ducha Bogu, wydając ostatnie tchnienie. Teraz wszystko w rękach Boga, i, jak możemy dostrzec, siły dobra zwyciężyły tą psychomachię – dusza trafia w końcu do Raju.

A nasz skąpiec? Konając z dala od Boga, otoczony przez demony swego życia doczesnego, głuchy na głos anielskiego patrona, niestety skończy zapewne na wiecznych mękach w piekle.
Na tym skończę moją podróż po średniowiecznym świecie boschowej alegorii. Poprzednie dwa wpisy (ten oraz ten) w połączeniu z omawianym dziś dziełem oraz zamieszczony wyżej wiersz wpasowujący się doskonale w ogólnoeuropejską, uniwersalną konwencję stanowią razem spójny obraz kultury i mentalności średniowiecza, epoki pełnej kontrastów, przesyconej Bogiem, śmiercią, pruderią i moralnością, ale także i rozpustą, brzydotą i brutalnością. Zapraszam też jednocześnie na przyszłotygodniowy wpis poświęcony o wiele późniejszemu autorowi, jakim jest John William Waterhouse.

Tekst „Skargi umierającego” zaczerpnięta z portalu www.staropolska.pl