Wrocławskie kina w obiektywie od ’54 do 2000 roku.



W czwartek, w zeszłym tygodniu w Gazecie Wrocławskiej ukazał się mój wywiad z babcią dotyczący historii wrocławskiej kinematografii. Zamieszczam wersję rozszerzoną wywiadu na kartach Kronik Kulturalnych:

Babciu opowiedz, od czego zaczęła się Twoja przygoda z kinem.
Od pracy w Okręgowym Zarządzie Kin we Wrocławiu. Uczęszczając do technikum ekonomicznego poszukiwałam pracy, bo do tego zmusiły mnie warunki materialne. Znalazłam pracę w dyrekcji kin i równocześnie uczyłam się w technikum po południu. Pracując w księgowości, poznałam ludzi, tworzących kina po wojnie. Dyrektorem był, P. Bartold, kierownikiem działu rozpowszechniania Pani Makułowa. No a kina, bo to był ’54 rok, były niektóre już uruchomione. Pionierami i animatorami kinematografii na Dolnym Śląsku byli ludzie ze Lwowa: inżynierowie, fotograficy, kinomani. Pierwszym kinem, które oni uruchomili, było Kino „Polonia” przy ul. Żeromskiego. Budynki, w których miały powstawać kina, trzeba było odremontować. Okazało się, że sporo osób było zainteresowanych kinematografią i oni właśnie, tacy pasjonaci, angażowali się w prace. Do obsługi projektorów angażowano byłych przedwojennych fotografów, którzy te projektory z gruzów wyciągali i naprawiali. Uruchomiony został od razu ośrodek kształcenia operatorów, na ul. Nowowiejskiej w jednej z kamienic, która była niezbombardowana i tam uruchomiono jedno z pierwszych kin i już kształcono następnych, z takich różnych, przygodnych ludzi, którzy przyjechali do Wrocławia. Naczelnym dyrektorem technicznym, koordynatorem wszelkich działań był Lwowiak dyrektor Meller i miał do pomocy P. Kościółka, takiego starszego pana, inżyniera, który też przyjechał ze Lwowa i zaraz z nim organizowali załogi do powstających kin. Niewiele później drugim otwartym kinem był „Pionier” przy ul Jedności Narodowej, a później dopiero „Tęcza” przy ul. Kościuszki. „Tęczę” Wrocławianie sami odgruzowywali. „Śląsk” był jeszcze nieczynny, bo bomba zniszczyła łącznik między holem kasowym, a poczekalnią i to wszystko powoli doprowadzano do porządku. I tak po całym Dolnym Śląsku zbierana była ekipa, którą Panowie Meller i Kościółek szkolili. Jeździli i zajmowali już gotowe kina, poniemieckie, z projektorami, które trzeba było tylko ponaprawiać i tak powstała ogromna sieć kin Dolnego Ślaska. Pracując w księgowości miałam kontakt z pracownikami z tych kin. Były, więc kina objazdowe, które raz w miesiącu przyjeżdżały się rozliczać w samochodach specjalnie do tego przystosowanych, na takich dyszkach wozili aparaty i tam gdzie tylko mogli, w strażackich świetlicach wyświetlali filmy. Były później kina półstałe, już w salach, gdzie dwa, trzy razy w tygodniu wyświetlano filmy, kiedy ludzie nie szli do pracy w pole, były organizowane seanse. To były kina drugiej kategorii. Kina pierwszej kategorii to były kina stałe, w dużych miastach, gdzie wyświetlano filmy jako pierwsze. To były kina „Śląsk” we Wrocławiu, „Polonia” w Wałbrzychu oraz w Bolesławcu i Zielonej Górze. Po seansach w tej grupie kin, filmy szły do następnych. Stworzono jeszcze na ul. Proletariackiej magazyn kopii filmowych, wybudowano specjalny budynek, który musiał być specjalnie klimatyzowany.

I tam są te taśmy?
Mam nadzieję, że jeszcze tam są.

Czyli powinny być zarchiwizowane?
Były archiwizowane na bieżąco i musiały być specjalnie przechowywane. Kopia była specjalnie konserwowana, przeglądana, a pomieszczenie musi być odpowiednio dostosowane, stąd klimatyzacja. To właśnie do tych magazynów przyjeżdżały samochody, stamtąd zabierano filmy, a nawet pociągi były do tego zaangażowane. Wożono filmy wszędzie i jak najdalej, aby trafić z nimi do wszystkich ludzi.

Rola kina w tych czasach była duża?
Bardzo duża, dlatego że ludzie łaknęli wiadomości. Przy pierwszych filmach były tak sale przepełnione, tak dużo ludzi było, że kina pękały w szwach. Przeniosłam się do pracy do „Śląska”, bo chciałam pracować na dwie zmiany, żeby z mężem na zmianę pilnować dzieci. „Śląsk” był wtedy bardzo dużym kinem, miał wtedy tysiąc miejsc i zawsze miejsca te były zapełnione od rana do wieczora. Na niektórych filmach zawsze był komplet– nie tylko na filmach polskich powojennych, ale i zagranicznych, dużą popularnością cieszyły się westerny i super produkcje jak „Cezar i Kleopatra”.

Jacy ludzie przychodzili do kin? Czy byli jacyś szczególni widzowie?
To zależy, na jakie filmy. Bo były filmy rozrywkowe, to przeważnie przychodziła młodzież. Szkoły przychodziły na ekranizację lektur, ale niektórymi ekranizacjami, takich jak „Potop”, interesowały się również całe zakłady pracy. Nasz zakład zapewniał nam wyjścia do teatru, żeby nie przywiązywać się już tak do kina, to chodziliśmy do teatrów, do opery. Były kina, do których przychodzili tacy, a nie inni widzowie. np. do „Śląska” to przychodzili ludzie bardzo kulturalni, którzy zachowywali się przyzwoicie, ale były takie kina w terenie tzw. „gorszej” kategorii. Dawniej to były bardzo odległe kina, nawet na Żernikach, na Oporowie, w Leśnicy były aż dwa kina (w Zamku i tam gdzie jest kort tenisowy kino„Piast”) i widownia była różna. Do dawnego „Przodownika”, teraz kina „Lwów” przychodziły rodziny wojskowych, a do „Lalki”, która znajdowała się w dzielnicy robotniczej, przychodziła bardzo zróżnicowana widownia. Do „Lalki” przychodzili Cyganie całymi rodzinami, oni bardzo kochali kino. Przychodziło też dużo dzieci, były one bardzo zabiedzone, często bez pieniędzy. Wpuszczałam je na jeden seans, drugi, żeby nie musiały oglądać tego, co dzieje się w domu, żeby zająć im czas.

Czyli kino pełniło rolę opiekuńczą wobec tych dzieci?
Opiekowałam się w takim sensie, że bilet sprzedałam taniej, choć niektórzy nie mieli legitymacji, pozwoliłam dłużej posiedzieć, dawałam coś do zjedzenia. Dom był dla nich często zagrożeniem, a w kinie mogły się przenieść w inny, lepszy świat.

Byłaś zadowolona z tej pracy, szczęśliwa?
Tak, tym bardziej, że pracowałam tam od dziecka – miałam zaledwie 15 lat, jak zaczęłam pracę we Wrocławiu, a przyjechałam z rodzeństwem do Wrocławia z tzw. Centrali.

Jakie filmy były najczęściej wyświetlane i lubiane?
Często wchodziły na ekrany filmy polskiej produkcji, zekranizowane powieści, jak „Lalka”, „Faraon”, „Potop”, „Pan Tadeusz”. Cieszyły się one wielkim powodzeniem, przychodziły szkoły, sale były wypełnione widzami. Oczywiście zagraniczne filmy były bardzo pożądane – we wczesnych latach szło się na gwiazdy: Marilyn Monroe, Sophia Loren, Gregory Peck, James Dean, później przebojami kasowymi były „Gwiezdne wojny” czy „Wejście smoka”.
Bardzo dużym powodzeniem wśród wrocławian cieszyły się DKF -y i raz do roku odbywały się Konfrontacje – przegląd filmów zagranicznych, nagrodzonych na różnych festiwalach.

Babciu opowiedz chronologicznie, jaką drogę przebyłaś przez wrocławskie kina.
Po kilkuletniej pracy w dyrekcji ( OZK we Wrocławiu) przeniosłam się do kina „Śląsk”, gdzie przepracowałam 5 lat. Kiedy urodziła się córka, poszłam do pracy do kina „Ognisko” ( ul. Obrońców Helu). W budynku kina znajdowały się również mieszkania pracownicze i tam mieszkaliśmy przez 7 lat. Następnie dostaliśmy mieszkanie bliżej centrum, więc zaczęłam pracować w „Lalce” i przepracowałam tam 10 lat. „Lalka” była kinem uruchomionym w ’59 roku, wcześniej znajdował się tam Kościół, kaplica. „Ognisko” też było kinem pokościelnym. Później znalazłam się w kinie „Pokój” już nieistniejącym przy ul. Św. Mikołaja. W latach 80 -tych pracowałam w „Przodowniku” dzisiejszym „Lwowie”. Większość kin zamknięto na czas stanu wojennego. W „Przodowniku” przepracowałam 4 lata, znów wróciłam na 4 lata do „Lalki”. Właśnie wtedy zaczęła się prywatyzacja kin , po ’90 roku. Zaczęto zwalniać ludzi, większość kin upadła, ponieważ było coraz mniej widzów i kina odeszły w zapomnienie. Zostały jedynie te kina, które były państwowe np. „Przodownik” – „Lwów”, „Śląsk”, „Lalka”, „Ognisko”. Wtedy dostałam pracę w „Światowidzie” na Sępolnie ( również kino w budynku pokościelnym) i pracowałam tam 7 lat. Potem przeszłam na emeryturę, ale jeszcze przez trzy lata pracowałam w „Śląsku”, do czasu, kiedy budynek przejęła Operetka dzisiejszy Teatr Muzyczny „Capitol”. Właśnie wtedy pożegnałam się całkowicie z moją pracą.

Który to był dokładnie rok?
2000r. Pracowałam we wrocławskich kinach od ’54 roku, do 2000, czyli 46 lat.

Jakie kina poza tymi najbardziej znanymi były we Wrocławiu?
Było kino w ZOO, kino letnie na Biskupinie, gdzie przychodzili ludzie z koszykami, kocami, okrywali się przed komarami, siadali na deskach, które spełniały rolę widowni, ekran był zabudowany z prowizorycznych desek, projektory ustawiono w starej willi i dobudowano małą szopkę, w której mieściła się kasa. Wieczorem był tylko jeden seans, jak robiło się ciemno i przychodziło tam mnóstwo ludzi. Tam też pracowałam przez jeden sezon.

Jaka postać zapadła ci w pamięć z wrocławskiej kinematografii?
Myślę, że był to Pan Wyrębowicz – pionier wśród obsługujących projektory. Pracował w kinach 75 lat, prawie do śmierci. Jest to bardzo ważna postać. Wyszkolił on wielu operatorów. Również pochodził ze Lwowa. Nawet jak już był na emeryturze, to często przychodził do innych operatorów, by posiedzieć wśród projektorów. Tak bardzo kochał swoją pracę. A miał już prawie 90 lat.

Jakie było największe kino we Wrocławiu?
W Hali Ludowej mieściło się kino „Gigant”. Ono było potężne, można tam było pomieścić 5000 widzów, jednakże pozwolono nam wpuszczać jedynie 2500 osób. Znalazłam się tam na czas remontu w „Ognisku”. Wyświetlano tam filmy ze szczególnymi efektami dźwiękowymi, takie jak „Spartakus” czy później „Gwiezdne wojny”.

Kiedy myślisz o swojej wieloletniej pracy, to…?
Wspominam sobie stare lata, to pamiętam te dobre chwile, kiedy cieszyliśmy się z wysokich frekwencji, czy premii uznaniowych. Kino było moim drugim domem, tam wychowywały się moje dzieci, tam też i Ty dorastałaś. Zawierało się przyjaźnie na długie lata. Jedynie żal mi tych nieobejrzanych w całości filmów, gdy miałam krótką przerwę wymykałam się na salę i oglądałam tylko fragmenty filmów.

Czy ceny biletów były na każdą kieszeń?
Oczywiście ceny biletów, nie były zbyt wygórowane. Większość było stać na wybranie się do kina z całą rodziną. Widownie natomiast były podzielone na kategorie i cena zależała właśnie od tego.

Tęsknisz za tą atmosferą, za tym klimatem starego kina?
Tak, wtedy w latach mojej młodości wszystko wyglądało inaczej. Wielka szkoda, że kina „z duszą” wyparły multipleksy i wszechogarniająca telewizja.. Widzowie mieli swoje ulubione kina, ulubione filmy. Jak przychodził dany widz, to kasjerka już wiedziała, gdzie lubi siedzieć i jakie filmy lubi oglądać.

Reklamy