REŻYSER SZEKSPIREM


Zrywanie masek, proces unicestwienia udawania, by zacząć działać, by zachowywać się naturalnie, doprowadza w efekcie finalnym do znalezienia autentyczności w – poniekąd – konwencjonalnych relacjach międzyludzkich. Pozostaje jednak pytanie czy, występujące przez te zjawiska, ujednolicenie sztuki i życia jest dobrze prosperującą na przyszłość drogą dla współczesnego teatru. Twórcy teatralni, ale i twórcy dramatyczni prześcigają się w tworzeniu nowych, pozbawionych, odartych wręcz z umowności, tekstów.Tworzą je sami lub „adaptują“, parafrazują na swoje potrzeby teksty twórców teatrów tradycyjnych.
Szekspir zmarł. Zmarł w roku 1616 i jest to fakt. Jego dzieła są niezaprzeczalnie jednymi z największych w historii literatury, tak samo, jak jego teatralny geniusz jest poza wszelką dyskusją. Był doskonałym obserwatorem rzeczywistości, trafiał w gusta odbiorców niezwykle celnie i był mistrzem słowa. Prawda stała się dla niego prawością i właśnie prawdy przez swój teatr poszukiwał, ale i pokazywał ją. Można go zatem bez przeszkód nazwać Świętym Teatru.
Świętość ta, niestety, nie znajduje czasami należytego poszanowania w dzisiejszej teatralnej rzeczywistości. Szekspir pragnął, jak każdy wielki, genialny twórca, aby jego dzieła stały się pomnikiem trwalszym niż ze spiżu, aby przetrwały wieki. Odnoszę nieprzeparte wrażenie, że nie do końca byłby zadowolony z tego, co w XXI wieku czynią z jego sztuk współcześni twórcy teatralni. Czy byłby szczęśliwy widząc przepisane (!), sparafrazowane i niemające nic wspólnego z oryginałem jego dzieło? Czy jakikolwiek współczesny twórca zmienił treść „Iliady“? Spoglądając na współczesne poczynania w dziedzinie literatury, o dziwo, nikt jeszcze nie podjął się tego straceńczego działania (pomijając oczywiście megalomańskie hollywoodzkie próby adaptacji wielkich dzieł).
Dlaczego twierdzę, że zjawisko to, jest niebezpieczne dla rozwoju sztuki? Ponieważ widziałam aprobatę odbiorców przedstawienia „Snu nocy letniej“ w Teatrze Polskim we Wrocławiu, kiedy to reżyserka – Monika Pęcikiewicz podała publiczności na scenie twór, który w repertuarze podpisany został jako oryginalne dzieło Szekspira. Szkoda jednak wielka, że widz, który wcześniej przeczytał „Sen nocy letniej“ Szekspira, wyszedł ze spektaklu trochę rozczarowany, gdyż oprócz imion bohaterów spektakl nie miał nic wspólnego z oryginalnym tekstem genialnego stratfordczyka. Cóż jednak może zrobić wielbiciel teatru, któremu takie zachowanie reżysera się nie podoba, jeśli dzieło tego twórcy znajduje wśród odbiorców wielką aprobatę? Wraz z zakończeniem spektaklu cały Teatr Polski we Wrocławiu drżał w posadach od nieustających oklasków. Czy to dowód na to, że współczesny widz, przychodząc do teatru na spektakl oczekuje elementów zaskakujących i obnażających całą prawdę o człowieku i jego psychice? Czy może reaguje tak, jak na kolejny odcinek Big Brothera oddając się z lubością podglądactwu i czerpiąc satysfakcję z upokarzania uczestników spektaklu?
Pani Monika Pęcikiewicz doskonale zna potrzeby dzisiejszych odbiorców i bardzo sprawnie wykorzystuje ten fakt w swojej twórczości. Spod jej nieocenzurowanych rąk wyszły dwa dzieła Szekspira: „Hamlet“ i „Sen nocy lentniej“. Oba zostały zmienione i szokowały odbiorcę swą nową treścią. Treścią, która została zmieniona, by zadośćuczynić potrzebom współczesnego widza lub miały za zadanie dać upust emocjom targającym samym reżyserem. Pytanie pozostaje jedno: czy teatr ma dawać korzyści tylko reżyserowi, czy (tak jak przewidywała jego pierwotna funkcja) także widzom?
Reżyserka z Teatru Polskiego we Wrocławiu adaptuje dzieła Szekspira i tak, jak jest to wspomniane w definicjach „adaptacji“ reżyser może sobie pozwolić na pewne zmiany w treści i przekazie danego dzieła. Jednakże zostały także uwzględnione pewne granice pomiędzy adaptacją, a samym dziełem dramatycznym. Granice łatwe do przekroczenia i niezwykle trudne do wytyczenia. Od nikogo nie można wymagać, aby te granice sam wytyczył, zwłaszcza, że żyjemy w wieku „eksperymentu w sztuce“, jednakże są pewne elementy w tych dwóch ww adaptacjach Moniki Pęcikiewicz („Sen nocy letniej“ i „Hamlet“), które granice eksperymentu przekraczają. W jednym z wywiadów, Monika Pęcikiewicz powiedziała: „Szukam trochę innego aktorstwa i namawiałam ich (aktorów) na eksperymenty(…)“, jest to cytat rzucający wiele światła na pracę tej reżyserki z dziełami teatralnymi. Wywiad dotyczył spektaklu pt. „Leworęczna kobieta“, jednakże zasadę, którą zdradziła nam pani Pęcikiewicz w tym artykule bardzo łatwo odnaleźć również w jej współczesnych spektaklach. „Sen nocy letniej“ z Teatru Polskiego we Wrocławiu jawi mi się jako jeden, wielki EKSPERYMENT. Adaptacja nie jest tu już terminem, który opisuje to zjawisko precyzyjnie, bowiem ten spektakl przekracza wszelkie granice dotyczące widza, aktora i scenariusza. Widz odczuwa zmieszanie i zszokowanie (a także, w moim przypadku, upokorzenie), aktor jest narzędziem do pokazania wszelkich pomysłów reżysera (scena kopulacji Ewy Skibińskiej z wersalką, molestowanie seksualne i usiłowanie ściągania majtek jednej z aktorek, próba homoseksualnego gwałtu na jednym z aktorów, a także scena zbiorowej orgii odbywanej w rytm muzyki pulsującej jak w klubie fitness), natomiast scenariusz nie jest adaptacją, a autorskim tekstem reżysera – jedynie tytuł tego spektaklu wiąże się z dziełem szekspirowskim.
Monika Pęcikiewicz dostała bardzo intratny przywilej: może pokazać wszystko co chce, korzystając z arcydzieł literatury światowej, ale nie uwzględniając przy tym ich treści i woli autora. Nic w tym dziwnego. Wszakże nie skontaktuje się z samym Szekspirem, by zapytać go o zgodę na zmianę treści jego utworów. A ponadto nie zapyta go przecież, czy może wykorzystać tytuł i jego nazwisko do promowania danego spektaklu. Oczywistym jest, że Szekspir nie zgodziłby się na takie propozycje, bo byłoby to naruszenie jego praw autorskich i pani Monika Pęcikiewicz za takie działania musiałaby stratfordczykowi sowicie zapłacić. Można przyjąć również wiarę w reinkarnację i w to, że pani reżyser jest kolejnym wcieleniem Szekspira. Choć wiarygoności tej przesłanki niestety nie można udowodnić.
Reklamy

Trzeci akt "Hamleta"



























Kilka lat przed inscenizacją Wajdy w 1962 roku w Teatrze Dramatycznym w Warszawie powstaje „Hamlet“ intelektualista i marzyciel.
Sztukę reżyseruje i występuje w głównej roli Gustaw Holoubek – rocznik 1923. Słynny monolog „To be or not to be“ dojrzały aktor skupił na intelektualnym i egzystencjalnym dylemacie sztuki Szekspira. Miał sprowokować widownię do filozoficznych rozważań o życiu i o kondycji człowieka we współczesnym życiu Polski lat PRL – u. Aktor poruszał wi
Kilka lat przed inscenizacją Wajdy w 1962 roku w Teatrze Dramatycznym w Warszawie powstaje „Hamlet“ intelektualista i marzyciel.
Sztukę reżyseruje i występuje w głównej roli Gustaw Holoubek – rocznik 1923. Słynny monolog „To be or not to be“ dojrzały aktor skupił na intelektualnym i egzystencjalnym dylemacie sztuki Szekspira. Miał sprowokować widownię do filozoficznych rozważań o życiu i o kondycji człowieka we współczesnym życiu Polski lat PRL – u. Aktor poruszał widza – uczestnika dziejących się na scenie wydarzeń – nie emocjami, lecz myślą. Holoubka-aktora i Holoubka-człowieka, myśliciela. Podobnie jak kreacja Teresy Budzisz – Krzyżanowskiej, Holoubek- Hamlet siłą swojej osobowości potrafił zafascynować i uwiarygodnić proces myślenia bohatera. Dojrzały, wyważony w gestach, świadomy roli, którą odgrywa. Nigdy później w polskim współczesnym teatrze widz nie spotka się z podobnymi kreacjami. 
Zupełnie inaczej jawi się postać Hamleta w spektaklu z 2004 roku, wyreżyserowanym przez Łukasza Barczyka. Jako scenerię wybrano kopalnię w Wieliczce. Jest to przestrzeń klaustrofobiczna, idealnie nadająca się do pokazania, jak strasznym i ponurym więzieniem stała się Dania. W tej wyjątkowej inscenizacji widoczne jest starcie dwóch pokoleń polskich aktorów – po jednej stronie: Janusz Gajos, Graźyna Szapołowska, Andrzej Frycz, Zbigniew Zapasiewicz, a po drugiej: Andrzej Chyra, Michał Czerniecki i Paulina Baar, lecz nie chodzi o to, czy któraś ze stron wychodzi z tej walki zwycięsko. Chodzi o pokazanie subtelnych różnic, które zachodzą pomiędzy sposobem gry, pokazywania emocji, sztuki aktorskiej kiedyś i dziś. Starsze pokolenie aktorów, to dystans, umowność i subtelność przekazu, dzięki którym rola staje się tak sugestywna. Młode pokolenie to gwałtowność, agresja, obnażanie i brak granic. Nie ma w tym oczywiście nic złego, wręcz pomaga w interpretacji „Hamleta” jako spektaklu XXI wieku. W sztuce również widać te subtelności, tę przepaść mentalną, która dzieli statyczną starszyznę od buntowniczych i gwałtownych młodych uczestników wydarzeń. W rolę tytułowego bohatera wciela się tu Michał Czerniecki – w porównaniu z Teresą Budzisz-Krzyżanowską – jest to młody i niedoświadczony aktor. Jednakże to jego największy atut. Nie jest on, bowiem mężczyzną dojrzałym, pewnym swojej wartości. Nie chce też, by ktokolwiek postrzegał go jako starszego, niż jest w rzeczywistości. Czerniecki pokazuje Hamleta, jakim jest każdy młody człowiek. Jest to Hamlet na wskroś współczesny, obnażony, ale tylko zewnętrznie. Bowiem Czerniecki stworzył księcia Danii w lodowej zbroi. Hamlet jest tu zimny, odpychający, pozbawiony czasem ludzkich odruchów. Uwidacznia się egoizm księcia, który na wszystkich i na wszystko patrzy z pogardą. Nawet wobec matki, nie ma w nim ciepła, miłości i troski. Chce wszystkich poniżyć, udowodnić, że tylko on ma racje, tylko on może karać i nagradzać, wydawać wyroki i dokonywać egzekucji. Czyż nie jest to zachowanie podobne do zachowań młodych dwudziestego pierwszego wieku? 
Czym różnimy się od odpychającego Hamleta? Egoizm – wypełnia każdy skrawek naszej duszy. Osądzanie – jest to stały element naszego spojrzenia na otaczający nas świat. Pogarda – czyż nie sądzimy, że jesteśmy najmądrzejsi? Że możemy ustawiać dorosłych tak, by wszystko było po naszej myśli? Hamlet pokazany przez Czernieckiego jest zakorzeniony w sercach młodych. 
Pierwsza scena spektaklu to monolog Hamleta „Być albo nie być”. Książę jest samotny, opuszczony i zły, bo nie może odnaleźć odpowiedzi na to pytanie. Gdzie ma jej szukać? Gdzie szukać pomocy? Matka go nie wesprze, zbyt zajęta jest swym nowym mężem i zbyt zaślepiona, by zauważyć, że jej syn stacza ciężki bój z samym sobą. Jego nowy ojciec? Do tego Hamlet czuje obrzydzenie, jest on ostatnią osobą, do której zwróciłby się po pomoc. A może Ofelia? Może ona go zrozumie, pocieszy, da ukojenie w egzystencjalnym bólu? Nie. Ona nie potrafi pomóc nawet sobie. Ma przecież ten sam problem, co Hamlet – jest młoda, musi najpierw odnaleźć samą siebie, a skoro książę jeszcze tego nie dokonał, to tym bardziej ona. Jedyną osobą, która pomogłaby Hamletowi obrać prawidłową drogę, jest ojciec. Ojciec, który odszedł.
Stary Hamlet objawia się młodemu, ale zamiast mu pomóc, tylko pogarsza sytuację. Nie wspiera bowiem syna, tylko zakłada mu nowe jarzmo. Każe popełnić zbrodnię, dokonać zemsty. I tu znów księcia dotykają nowe problemy, znów nie wie, co ma zrobić, odwleka to, co nieuniknione, czuje w sercu nieznośny strach, który nie daje mu normalnie żyć, cieszyć się młodością. Hamlet przywdziewa maskę. Jest to maska pozbawiona uśmiechu czy też łez – ona jest pozbawiona jakichkolwiek uczuć. Ruch ten ma pomóc młodemu księciu w osiągnięciu celu swych działań – w pomszczeniu śmierci ojca. Jest to jednak kolejna przeszkoda w poznaniu siebie samego. Hamlet nie ułatwia sobie życia, tylko coraz bardziej je utrudnia. Jest to typowy syndrom dorastającego człowieka – by było dramatyczniej, wznioślej, by wciąż być w centrum uwagi. Taką postawę reprezentuje młode pokolenie. Rozwód rodziców, śmierć któregoś z nich, niespełniona miłość, niezrozumienie, zdrada przyjaciela – wszystko to czyni nas współczesnymi Hamletami. Buntujemy się przeciwko starszym, nie po to, by cokolwiek osiągnąć, chodzi o sam fakt buntu i bycia niezrozumianym. Czujemy się samotni, ale sami sobie tę samotnię budujemy. Brakuje nam wsparcia, ale sami nikomu tego wsparcia nie dajemy. MY JESTEŚMY HAMLETAMI, tylko to się liczy, tylko to daje nam siłę, by przetrwać. Każdy człowiek przechodzi w życiu ten etap. 
Spektakl Barczyka ukazuje te mechanizmy etapu życia człowieka, który we współczesnej psychologii określany jest jako okres dojrzewania. Czerniecki nie stara się wygłaszać monologów Hamleta, tak jak to robili Budzisz-Krzyżanowska, czy Lawrence Olivier – wielcy, doświadczeni aktorzy, odgrywający swe role dojrzale i z pełną świadomością tego, co chcą przekazać. Czerniecki sam jest młodzieńcem. Jest młodym aktorem, który w pewnym sensie jest księciem Danii. Nie widać tu dystansu pomiędzy aktorem, a rolą, którą odgrywa. Czerniecki ubrany w czarną, skórzaną kurtkę i dżinsy ukazuje każdego młodego człowieka (on sam jest młodzieńcem stojącym u progu życia). W tej inscenizacji Hamlet jest całkowicie nagi, pozbawiony umowności, odzienia, jakie daje kilkanaście lat pracy w zawodzie aktora. Czerniecki jest współczesnym buntownikiem. Jest mroczny, romantyczny, trochę agresywny i bardzo samotny. Nikt z dworu, nikt z ekipy aktorskiej go nie zrozumie! Można by mu zadać pytanie: „Dlaczego zagrałeś tak, a nie inaczej?”, i wiem, jaka byłaby odpowiedź: „Bo tak czułem. Bo wiem, że na miejscu Hamleta, zrobiłbym tak samo”.dza – uczestnika dziejących się na scenie wydarzeń – nie emocjami, lecz myślą. Holoubka-aktora i Holoubka-człowieka, myśliciela. Podobnie jak kreacja Teresy Budzisz – Krzyżanowskiej, Holoubek- Hamlet siłą swojej osobowości potrafił zafascynować i uwiarygodnić proces myślenia bohatera. Dojrzały, wyważony w gestach, świadomy roli, którą odgrywa. Nigdy później w polskim współczesnym teatrze widz nie spotka się z podobnymi kreacjami. 
Zupełnie inaczej jawi się postać Hamleta w spektaklu z 2004 roku, wyreżyserowanym przez Łukasza Barczyka. Jako scenerię wybrano kopalnię w Wieliczce. Jest to przestrzeń klaustrofobiczna, idealnie nadająca się do pokazania, jak strasznym i ponurym więzieniem stała się Dania. W tej wyjątkowej inscenizacji widoczne jest starcie dwóch pokoleń polskich aktorów – po jednej stronie: Janusz Gajos, Graźyna Szapołowska, Andrzej Frycz, Zbigniew Zapasiewicz, a po drugiej: Andrzej Chyra, Michał Czerniecki i Paulina Baar, lecz nie chodzi o to, czy któraś ze stron wychodzi z tej walki zwycięsko. Chodzi o pokazanie subtelnych różnic, które zachodzą pomiędzy sposobem gry, pokazywania emocji, sztuki aktorskiej kiedyś i dziś. Starsze pokolenie aktorów, to dystans, umowność i subtelność przekazu, dzięki którym rola staje się tak sugestywna. Młode pokolenie to gwałtowność, agresja, obnażanie i brak granic. Nie ma w tym oczywiście nic złego, wręcz pomaga w interpretacji „Hamleta” jako spektaklu XXI wieku. W sztuce również widać te subtelności, tę przepaść mentalną, która dzieli statyczną starszyznę od buntowniczych i gwałtownych młodych uczestników wydarzeń. W rolę tytułowego bohatera wciela się tu Michał Czerniecki – w porównaniu z Teresą Budzisz-Krzyżanowską – jest to młody i niedoświadczony aktor. Jednakże to jego największy atut. Nie jest on, bowiem mężczyzną dojrzałym, pewnym swojej wartości. Nie chce też, by ktokolwiek postrzegał go jako starszego, niż jest w rzeczywistości. Czerniecki pokazuje Hamleta, jakim jest każdy młody człowiek. Jest to Hamlet na wskroś współczesny, obnażony, ale tylko zewnętrznie. Bowiem Czerniecki stworzył księcia Danii w lodowej zbroi. Hamlet jest tu zimny, odpychający, pozbawiony czasem ludzkich odruchów. Uwidacznia się egoizm księcia, który na wszystkich i na wszystko patrzy z pogardą. Nawet wobec matki, nie ma w nim ciepła, miłości i troski. Chce wszystkich poniżyć, udowodnić, że tylko on ma racje, tylko on może karać i nagradzać, wydawać wyroki i dokonywać egzekucji. Czyż nie jest to zachowanie podobne do zachowań młodych dwudziestego pierwszego wieku? 
Czym różnimy się od odpychającego Hamleta? Egoizm – wypełnia każdy skrawek naszej duszy. Osądzanie – jest to stały element naszego spojrzenia na otaczający nas świat. Pogarda – czyż nie sądzimy, że jesteśmy najmądrzejsi? Że możemy ustawiać dorosłych tak, by wszystko było po naszej myśli? Hamlet pokazany przez Czernieckiego jest zakorzeniony w sercach młodych. 
Pierwsza scena spektaklu to monolog Hamleta „Być albo nie być”. Książę jest samotny, opuszczony i zły, bo nie może odnaleźć odpowiedzi na to pytanie. Gdzie ma jej szukać? Gdzie szukać pomocy? Matka go nie wesprze, zbyt zajęta jest swym nowym mężem i zbyt zaślepiona, by zauważyć, że jej syn stacza ciężki bój z samym sobą. Jego nowy ojciec? Do tego Hamlet czuje obrzydzenie, jest on ostatnią osobą, do której zwróciłby się po pomoc. A może Ofelia? Może ona go zrozumie, pocieszy, da ukojenie w egzystencjalnym bólu? Nie. Ona nie potrafi pomóc nawet sobie. Ma przecież ten sam problem, co Hamlet – jest młoda, musi najpierw odnaleźć samą siebie, a skoro książę jeszcze tego nie dokonał, to tym bardziej ona. Jedyną osobą, która pomogłaby Hamletowi obrać prawidłową drogę, jest ojciec. Ojciec, który odszedł.
Stary Hamlet objawia się młodemu, ale zamiast mu pomóc, tylko pogarsza sytuację. Nie wspiera bowiem syna, tylko zakłada mu nowe jarzmo. Każe popełnić zbrodnię, dokonać zemsty. I tu znów księcia dotykają nowe problemy, znów nie wie, co ma zrobić, odwleka to, co nieuniknione, czuje w sercu nieznośny strach, który nie daje mu normalnie żyć, cieszyć się młodością. Hamlet przywdziewa maskę. Jest to maska pozbawiona uśmiechu czy też łez – ona jest pozbawiona jakichkolwiek uczuć. Ruch ten ma pomóc młodemu księciu w osiągnięciu celu swych działań – w pomszczeniu śmierci ojca. Jest to jednak kolejna przeszkoda w poznaniu siebie samego. Hamlet nie ułatwia sobie życia, tylko coraz bardziej je utrudnia. Jest to typowy syndrom dorastającego człowieka – by było dramatyczniej, wznioślej, by wciąż być w centrum uwagi. Taką postawę reprezentuje młode pokolenie. Rozwód rodziców, śmierć któregoś z nich, niespełniona miłość, niezrozumienie, zdrada przyjaciela – wszystko to czyni nas współczesnymi Hamletami. Buntujemy się przeciwko starszym, nie po to, by cokolwiek osiągnąć, chodzi o sam fakt buntu i bycia niezrozumianym. Czujemy się samotni, ale sami sobie tę samotnię budujemy. Brakuje nam wsparcia, ale sami nikomu tego wsparcia nie dajemy. MY JESTEŚMY HAMLETAMI, tylko to się liczy, tylko to daje nam siłę, by przetrwać. Każdy człowiek przechodzi w życiu ten etap. 
Spektakl Barczyka ukazuje te mechanizmy etapu życia człowieka, który we współczesnej psychologii określany jest jako okres dojrzewania. Czerniecki nie stara się wygłaszać monologów Hamleta, tak jak to robili Budzisz-Krzyżanowska, czy Lawrence Olivier – wielcy, doświadczeni aktorzy, odgrywający swe role dojrzale i z pełną świadomością tego, co chcą przekazać. Czerniecki sam jest młodzieńcem. Jest młodym aktorem, który w pewnym sensie jest księciem Danii. Nie widać tu dystansu pomiędzy aktorem, a rolą, którą odgrywa. Czerniecki ubrany w czarną, skórzaną kurtkę i dżinsy ukazuje każdego młodego człowieka (on sam jest młodzieńcem stojącym u progu życia). W tej inscenizacji Hamlet jest całkowicie nagi, pozbawiony umowności, odzienia, jakie daje kilkanaście lat pracy w zawodzie aktora. Czerniecki jest współczesnym buntownikiem. Jest mroczny, romantyczny, trochę agresywny i bardzo samotny. Nikt z dworu, nikt z ekipy aktorskiej go nie zrozumie! Można by mu zadać pytanie: „Dlaczego zagrałeś tak, a nie inaczej?”, i wiem, jaka byłaby odpowiedź: „Bo tak czułem. Bo wiem, że na miejscu Hamleta, zrobiłbym tak samo”.

Hamlet, książę Polski. C.D.


A oto drugi artykuł z cyklu poświęconemu „Hamletowi”.
Jest taka adaptacja „Hamleta” Szekspira, która porusza widza do głębi, udowadnia, jak dobrze i wiarygodnie aktor może pokazać postać, której tak naprawdę wcale nie odgrywał. On po prostu nią był.
Przedstawienie „Hamlet IV” Andrzeja Wajdy z roku 1989 zostało zagrane w Starym Teatrze w Krakowie, w którym główną, tytułową rolę zagrała Teresa Budzisz – Krzyżanowska. Dlaczego ona? Dlaczego kobieta? Wajda tłumaczy to widzowi na samym początku spektaklu. Reżyser nie myślał o postaci Hamleta, jako roli dla kobiety, uważał, że nie ma znaczenia, czy Hamletem będzie mężczyzna czy kobieta, ważne by był to aktor, który uniesie ciężar emocjonalny, jaki ta postać za sobą niesie – dojrzała kobieta, z bagażem doświadczeń za sobą. Jest znużona życiem i światem, który ją otacza. Jej Hamlet to nie postać sztuczna, to nie jest rola, którą Budzisz – Krzyżanowska odgrywa przez trzy godziny w teatrze, po czym wychodzi i znów jest zwykłą kobietą, ona nie udaje, że w ogóle Hamleta gra. Jest przede wszystkim aktorką, zakochaną w teatrze, jego historii, roli, jaką teatr odgrywa w sercu człowieka. To widać zwłaszcza wtedy, kiedy do księcia Hamleta przybywają aktorzy. Prowadzi on z głównym Aktorem długą rozmowę na tematy związane z istotą teatru. Wzrusza się do łez, widząc doskonałą grę przyjaciela, tylko on jest dla niej postacią przyjazną, budzącą zaufanie, nikt inny. Tylko on ją rozumie. Wie, że Teresa Budzisz – Krzyżanowska uwięziona została na scenie, gdzie wszędzie dookoła widzi fałsz, niezborną grę aktorów z prowincjonalnego teatru. Jak Hamlet, dla którego zakłamana Dania zdaje się więzieniem. Aktorka jest tak zniesmaczona tym, co się w tym teatrze dzieje, że nawet nie wychodzi na scenę. Inna rzecz, że na scenie po prostu nie czuje się bezpiecznie. Wciąż gra w garderobie – w jej przystani spokoju i ukojenia, w której może czuć się swobodnie. To nie w garderobie Laertes zadaje Hamletowi śmiertelny cios, tylko na scenie – tam zresztą giną wszyscy, gdzie każda deska, każda drzazga w podłodze jest symbolem kolejnego kłamstwa, fałszu, które doprowadziło do tylu tragedii. Ta właśnie scena to wyzwanie dla księcia i dla aktorki. Oboje boją się jej, unikają, wiedzą, że tylko wtedy, kiedy odważą się na nią wkroczyć, będą mogli coś zmienić, wpłynąć na bieg historii. Dlatego też wolą siedzieć w cichej, bezpiecznej garderobie, gdzie nic nie może zakłócić ich spokoju. Za kulisami, bowiem, nie dzieje się nic, co zmienia bieg akcji, to nie tu podejmowane są decyzje, król wkracza tu tylko dwa razy. To tak jakby Dania była sceną, a kulisy jej terenami przygranicznymi. Jako że centrum państwa jest tam, gdzie znajduje się jego władca, to scena (gdzie Klaudiusz przebywa najwięcej), jest Danią, jest miejscem, gdzie rodzi się fałsz, gdzie rodzą się intrygi tego dworu i tego teatru. Aktorka jest już tym zmęczona. Mówiąc o tym, że świat jest warty tylko śmiechu, o tym jak pusta, nudna i jałowa jest każda ziemska sprawa nie odgrywa roli Hamleta, ona doświadcza go w życiu zawodowym i prywatnym.

Teresa Budzisz – Krzyżanowska jest aktorką dojrzałą, świadomą swojego warsztatu – ubrana w męski strój, z krótko przystrzyżonym jasnymi włosami, o delikatnych rysach twarzy do złudzenia przypomina mlodego księcia Danii. Aktorka Starego Teatru w Krakowie może zagrać każdą rolę, nawet tę najmniejszą, a pozostawi po sobie głębokie wrażenie, a jej wypowiedź pozostanie w pamięci widza. Odgrywa uczucia we wszystkich odcieniach. Potrafi krzyczeć, głośno i donośnie, tak, że jej głos wibruje w uszach, sprawia, że widz nie tylko słyszy, ale i czuje tę kwestię, którą aktorka w danej chwili wypowiada. Ale Budzisz – Krzyżanowska może też szeptać, a to jest w stanie zadziałać bardziej na wyobraźnię odbiorcy, niż jej najdonośniejszy krzyk. Hamlet w jej wykonaniu to ona sama. Cała gama emocji, którą pokazuje w przedstawieniu, to nie są uczucia samej postaci księcia Danii, ale jej własne przeżycia, jej własne doświadczenia i spostrzeżenia. Andrzej Wajda dał aktorom dużą swobodę w odgrywaniu roli, zwłaszcza Hamletowi. Aktor nie gra tu automatycznie, jak maszyna, której powierzyło się raz pewne zadanie, a on ma je wykonywać w jakichś odstępach czasu. Gdyby tak było, role i postacie tego spektaklu umarłyby. A tu chodzi właśnie o to, żeby one żyły, nie skrępowane konwenansami, sztywnymi ramami ról.

„Hamlet IV” Andrzeja Wajdy to nie spektakl, tylko proces twórczy. Niedopracowany w niektórych momentach, ale kierujący się własnymi zasadami, które narzuca mu nie reżyser, nie scenariusz, ale poszczególni aktorzy odgrywający swoje role. Andrzej Wajda mówi o dramacie księcia Danii, Hamleta, jako o życiu. A przecież każde życie kończy się śmiercią. Kiedy kończy się przedstawienie, nadchodzi śmierć – kres wszystkiego. Hamlet uświadamia to sobie dopiero w drugiej części przedstawienia – w czasie swojej wyprawy do Anglii, gdzie spotkał wojska Fortynbrasa, kiedy nie mógł się nadziwić temu, że waleczni, wspaniali żołnierze idą się bić o mały skrawek ziemi, zupełnie nieznaczący dla historii, ale dla nich będący sprawą honoru, rycerskiej dumy, odwagi. Przecież idą tam, by zginąć, więc po cóż tracić życie, tak przecież cenne dla tak błahej „skorupki jajka”? Hamlet jednak zazdrości rycerzom. Zazdrości im odwagi, zapału, energii i konsekwencji w dążeniu do tak marnej w swej wartości sprawy. Bo przecież on – Hamlet ma o wiele ważniejsze zadanie. Musi pomścić śmierć ojca! Więc dlaczego tak zwleka? Dlaczego brak mu tego właśnie zapału, jakim odznaczają się wojska Fortynbrasa? Sprawa śmierci, wypełnienia przysięgi, tak dotąd odległa, zdaje się go coraz bardziej dotykać. Momentem przełomowym jest scena, kiedy wraz z
Horacym wracają do domu i spotykają na cmentarzu wesołego grabarza. Są oburzeni – ktoś taki jak grabarz nie powinien odznaczać się zbytnią wesołością, a zwłaszcza w czasie tak przygnębiającego zajęcia, jakim jest kopanie grobu. Jednakże sprawa śmierci jawi się tutaj jako normalna, bardzo przyziemna kolej rzeczy. Nie ma tu już dylematu – „Być albo nie być? Oto jest pytanie.” Sprawa zdaje się jasna – najpierw się jest, a potem nadchodzi śmierć. W czasie swojego jestestwa można dokonać wielu wielkich rzeczy, być kimś szlachetnym lub podłym, nie ma to jednak znaczenia, ponieważ po śmierci i tak wszystkich spotyka to samo. Pytanie Hamleta: „Myślisz, że Aleksander Wielki tak samo wyglądał w ziemi?” jest odzwierciedleniem tych przemyśleń. Jednakże, pomimo świadomości, że śmierć to po prostu kolejny etap, który spotyka każdego człowieka, Hamlet boi się kresu. Widać to szczególnie wtedy, kiedy wkracza na scenie kondukt pogrzebowy Ofelii. Książę Danii zachowuje się wtedy jak prawdziwy szaleniec, tak jakby zobaczył na miejscu swej byłej ukochanej samego siebie. Szał, jaki pokazuje Budzisz – Krzyżanowska odzwierciedla doskonale uczucia targające samym Hamletem. Hamlet jest przerażony. Książę Danii jako człowiek młody, zdaje się teraz obnażony całkowicie. Jest nagi, można wyczytać jego intencje i uczucia jak z otwartej księgi. Jest zmęczony, znużony, chory i przerażony. Boi się śmierci, a zarazem wie, że musi z nią stanąć twarzą w twarz. Nie tak jak wtedy, kiedy pozbawił życia Poloniusza (zrobił to, bowiem przez przypadek, działając z zaskoczenia), czy jak wtedy, kiedy przez jego podstęp zginęli Rozencranc i Guilderstern, i wówczas, kiedy Ofelia popadła w obłęd i popełniła samobójstwo. Wszystkie te zbrodnie były popełnione nieświadomie, a nawet, jeśli świadomie, to nieprzemyślanie i lekkomyślnie. Zbrodnia, którą Hamlet musi popełnić, nad którą myślał, przez czas trwania całego spektaklu, to zemsta za śmierć jego ukochanego ojca. Ma być to zabójstwo popełnione z całą świadomością swego czynu, niesprowokowane przez gwałtowne emocje i przemyślane, tak, by zbrodnia miała znaczenie i swoisty sens. Dlatego też Hamlet się boi. Czuje strach, ponieważ zbrodnia tak świadoma musi ponieść jakieś konsekwencje. Będą one ogromne, gdyż mogą dla Hamleta skończyć się nawet śmiercią. Książę ma tego świadomość, ale wie też, że zbrodnia ta musi dojść do skutku. Pomimo że jest osobą młodą, stosunkowo niemającą zbyt poważnych i znaczących ról, które odegrał w dotychczasowym życiu, zna swą powinność. Terasa Budzisz – Krzyżanowska również ją zna. Wie, że spektakl musi się skończyć. A jego koniec nadejdzie, kiedy ją – aktorkę i ją – Hamleta dotknie śmierć. Ale czy, gdy Hamlet poniósł śmierć, przedstawienie dobiegło końca? Nie. Pojawił po prostu inny aktor – Fortynbras, który być może będzie miał więcej szczęścia, być może mniej go doświadczy los, wygłosi swą krótką kwestię i zejdzie ze sceny. Śmierć jednak nie przeraża aktorki tak bardzo jak księcia Danii. W jej zmęczonych oczach widać raczej pragnienie śmierci. Jednakże wiadomo, że nie chce umierać na scenie. Chce wydać ostatnie tchnienie w swej cichej, ustronnej, bezpiecznej garderobie, gdzie nie ma nużącego ją kłamstwa. Hamlet w końcu też pragnie śmierci. Pokonuje przerażenie stając do walki z Laertesem. Ma świadomość tego, że mając na sumieniu tę jedną, choć popełnioną w wierze dopełnienia przysięgi, zbrodnię, nie będzie mógł normalnie żyć, bez wyrzutów sumienia, bez oskarżania samego siebie.

Widać tu odrębność postaci. Jest Hamlet i jest aktorka. Aktorka, która nie udaje, że jest Hamletem, ona po prostu jest sobą. Teresa Budzisz – Krzyżanowska, nie wciela się w postać księcia Danii, jest kobietą teraźniejszą, przyszłą i przeszłą. Jest subtelna, delikatna i naiwna, jak młoda dziewczyna, którą była kiedyś, ale jednocześnie jest mądra i doświadczona, bo teraz, kiedy osiągnęła już wiek dojrzały może przemówić poprzez gest i słowo, oszczędnie, ledwo namacalnie (w chwili odgrywania roli Hamleta aktorka miała 47 lat). Ta umowność w grze tej wybitnej artystki jest czymś niezwykle wyjątkowym. Wyjątkowym w świecie, gdzie sztuka zatraca swą najważniejszą rolę – właśnie umowność. Jest też zmęczona i schorowana, jest kobietą doświadczoną przez los, czekającą już tylko na śmierć i na to, by ponieść konsekwencje czynów popełnionych w swym marnym, ziemskim życiu. Hamlet obnażył się wewnętrznie w tym spektaklu właśnie dzięki temu, że zagrała go kobieta. Tylko kobieta ma zdolność do wyrażania swych uczuć bez dystansu, obnażania całej prawdy o tym, co czuje i co myśli. Mężczyzna zachowuje chłodny dystans, ponosi go duma i nie chce okazywać swych słabości, dlatego też Andrzej Wajda wybrał do roli Hamleta kobietę dojrzałą, aktorkę, która (nie) odgrywając roli, jaką jej powierzono, ukazała wszystkie odcienie ludzkich uczuć i przeżyć, które doświadczają człowieka w obliczu takiego dylematu, przed którym Szekspir postawił Hamleta.

Hamlet, książe Polski


To pierwszy artykuł z cyklu dotyczącego spektakli powstałych na podstawie Szekspirowskiego „Hamleta” i pełni on rolę wstępu, który ma na celu zainteresować was tym tematem i zachęcić do dalszej lektury.

„Show must go on” – są to słowa jednego z najsłynniejszych utworów XX wieku. W tłumaczeniu brzmią one: „przedstawienie musi trwać” i wyśmienicie oddają ideę Szekspirowskiego „Hamleta”. Sztuka ta wykorzystuje motyw życia jako teatru. Bo życie to przecież scena, aktorami zaś ludzie, wchodzą i wychodzą, mówią krótkie lub dłuższe kwestie, pojawiają się i znikają, ale przedstawienie wciąż trwa. Bez względu na to, jak straszne rzeczy dzieją się na scenie. Bez względu na to, jaką tragedię odgrywają na niej aktorzy, przedstawienie musi trwać. W tym wyraża się cały tragizm Hamleta. Księciu umiera ojciec, matka wychodzi za innego (a jak się później okazuje za mordercę ojca), jego ukochana zostaje od niego odsunięta i oszukuje go będąc w zmowie z innymi kłamcami, on sam zabija ojca ukochanej, powoduje śmierć swych przyjaciół, ginie w pojedynku, ale przedtem jest świadkiem śmierci matki, po czym zabija mordercę ojca. Ileż potwornych rzeczy się stało podczas tego krótkiego epizodu, odegranego na scenie życia! Ileż istnień straciło życie, nadzieję, miłość, honor, władzę, rodzinę! Ale przedstawienie się nie skończyło. Ono nadal trwa i tak łatwo się nie zakończy. Hamlet sam był aktorem. Grał, udawał, kłamał, tylko po to, by utrzymać spektakl, by doprowadzić go do końca. Ale czy doprowadził? Dopełnił zemsty, sam zapłacił za to najwyższą cenę – życie, ale przedstawienie się nie skończyło. Ono nadal trwa, ale już bez księcia Danii. Jego miejsce zajął po prostu inny aktor.


Teatr współczesny pokazuje nam rzeczywistość nowoczesną, przekłada stare dzieła na nową modłę. „Hamlet” Szekspira zagościł na deskach polskiego teatru we Lwowie w 1797 roku w inscenizacji i tłumaczeniu Wojciecha Bogusławskiego. W różny sposób interpretowany i wydobywający te treści, które dla ówcześnie żyjącego Polaka były najistotniejsze. Sama postać Hamleta jednak nigdy się nie zmieniła. Przez wszystkie wieki, przez całą historię teatru, Hamlet zawsze pozostawał ten sam – młody, zagubiony chłopak, który przez okoliczności, sytuację został skazany na przyśpieszone dojrzewanie, porzucenie młodzieńczych zabaw, rozrywek na rzecz krwawej zemsty na zabójcy swojego ojca. Do zemsty jednakże nigdy nie doszło, bowiem Hamleta odznaczało również niezdecydowanie, skłonność do marzeń i dekadencja. Wygłaszał filozoficzne monologi, roztrząsał sprawę życia i śmierci, myślał o sprawach ostatecznych, popadał ze skrajności w skrajność. Czuł się przy tym wszystkim bardzo osamotniony. Któż, bowiem mógł zrozumieć jego obłęd, szaleństwo, które doprowadziło do tak wielu tragedii? Kto zrozumiałby jego grę słów, zabawę w człowieka szalonego, gdy pod tą maską krył się człowiek myślący, który każde posunięcie dokładnie obmyślał, by tylko odkryć całą prawdę o morderstwie ojca, by przekonać się o miłości Ofelii, a także by dać sobie czas na dokonanie zemsty. Wszystkie cechy księcia, składają się na pojęcie hamletyzmu

(spotykanego w literaturze wielokrotnie, szczególnie w epoce romantyzmu) – nadwrażliwość, zwątpienie, poszukiwanie własnej tożsamości i konflikt wewnętrzny, który sprawiał, że Hamlet zwlekał. Cały dramat Szekspira opiera się na niezdecydowaniu tego młodego księcia, na jego przemyśleniach i czynach, które w finale doprowadzają do zemsty na Klaudiuszu i matce, (czyli Hamletowi udało się w końcu zrealizować cel, który wyznaczył mu duch ojca), ale nie tylko. Dla Hamleta jako człowieka młodego, zwyczajnego chłopca, który jeszcze nie zdążył dojrzeć, nie dano mu, bowiem na to czasu, liczył się przede wszystkim czyn. Nie od dzisiaj wiadomo, że młodzież szybciej dokonuje czynów, niż myśli nad nimi, a już zwłaszcza w uniesieniu emocji, w szale negatywnych uczuć. Tak też było, podczas rozmowy Hamleta z matką, kiedy to książę wzbił się na wyżyny swych emocjonalnych uniesień i w opętańczym szale zamordował przez przypadek, Poloniusza, ojca Ofelii. To tragiczne wydarzenie pociągnęło za sobą konsekwencje – szaleństwo Ofelii, chęć zemsty na Hamlecie Laertesa, zgładzenie Rosencrantza i Guildensterna, a wreszcie finał, kiedy to giną wszyscy, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Ocalał jedynie Horacjo, który w przyszłości spisze losy nieszczęsnego księcia Danii. Zachowanie Hamleta było przyczyną wielu tragedii. Choć stwierdzenie to byłoby wysoce niesprawiedliwe, zważając na fakt, iż szaleństwo księcia wzięło się właśnie nieodpowiedzialnych, okrutnych i bezdusznych zachowań osób starszych.

Hamlet jest postacią pełną sprzeczności. Wydaje się nam bowiem, iż jest to człowiek wrażliwy, pełen subtelności, który nienawidzi obłudy i fałszu, których jest wokół niego pełno, ale z drugiej strony jest to młodzieniec bezwzględny, dążący do zemsty i przyczyniający się swoim zachowaniem do kilku śmierci. Sam sposób, w jaki traktuje dwie najbliższe sobie kobiety – Ofelię i matkę, świadczy o jego egoistycznym podejściu do uczuć innych. Bezwzględnie odrzucił uczucia Ofelii, kilka razy z rzędu nakazując jej pójść do klasztoru i zarzucając jej fałszywość uczuć. Hamletowi nie wystarcza samo opuszczenie dziewczyny, musi ulżyć sobie ubliżając całemu rodzajowi kobiecemu, sprowadzając go do roli rozpustnego ciała, które ma w przyszłości „rodzić nowych grzeszników”. Zaprzecza sobie samemu mówiąc ukochanej „Ja cię kiedyś naprawdę kochałem”, po czym oświadcza „Wcale cię nie kochałem”, a potem wyolbrzymiając swą miłość do niej na pogrzebie Ofelii, kiedy to opowiada o swojej miłości porównując ją do „czterdziestu tysięcy połączonych serc braterskich”. Nic, więc dziwnego, że jedną z przyczyn obłędu Ofelii było niezdecydowanie i odrzucenie jej uczuć przez Hamleta. Nasz niedoszły szaleniec traktuje matkę Gertrudę jak osobę zupełnie mu obcą, zawiązującą kazirodczy związek z Klaudiuszem, twierdzi, że jej miłość do ojca była płytka i
nic nieznacząca. Rani tym uczucia kobiety, która pomimo wszystkich swoich czynów jednak kocha syna i chce dla niego jak najlepiej. Hamlet nie bierze pod uwagę innych powodów, dla których matka tak prędko po śmierci ojca związała się z kimś innym. Nie zastanawia się nad jej racjami, bierze pod uwagę tylko własne odczucia i swoje zdanie na temat jej zachowania. Jak każdy młody człowiek jest bowiem skupionym na sobie egoistą, w dodatku kierującym się rozpaczą po śmierci ojca i chęcią zemsty.

Lew Tołstoj mówił, że Hamlet, to „charakter bez charakteru”. Szekspir stworzył, bowiem postać, której cechy trudno jest zdefiniować. Młody człowiek, który dopiero kształtuje swój światopogląd, charakter, właśnie pod wpływem danych sytuacji, zdarzeń. Hamlet to chłopak zwyczajny, który poprzez szaleństwo obnaża się wewnętrznie. Każdy jego monolog, każda kwestia wypowiedziana przez niego jest dla nas wykładnią, próbą zdefiniowania jego charakteru.

Hamlet jest postacią ze wszech miar romantyczną. To właśnie romantyzm ukazał tego bohatera jako uniwersalny wzór, do którego odwoływali się wielcy artyści tej epoki i epok pokrewnych. Już Goethe pisał o nim, że „jest to człowiek o wielkiej duszy, ale niezdolnej do czynu”.

Topos Hamleta, czy mit o Hamlecie istnieje w polskiej kulturze od dawna, o czym szczegółowo pisze w swoim opracowaniu Jacek Trznadel.
Polscy romantycy: Juliusz Słowacki, Cyprian Kamil Norwid, Adam Mickiewicz przywoływali postać młodego Księcia Danii wielokrotnie. Powstają utwory bezpośrednio inspirowane dramatem Szekspira. Romantyczni bohaterowie wyobcowani, samotni, niezrozumiani, pogrążeni w poczuciu tragizmu i nieuchronności swojego losu tak bardzo przypominają szekspirowskiego bohatera, że na długo Hamleta mianowano polskim Księciem. W żadnym innym kraju Hamlet – jego losy, skomplikowana psychika nie odnosi się bezpośrednio do historycznych losów społeczeństwa polskiego. „Polski cień Hamleta“ pada na najważniejsze wydarzenia jakie rozegrały się w naszej Ojczyźnie od rozbiorów po czasy nam współczesne. Kiedy Hamlet wygłasza kwestię, że „Dania jest więzieniem“ to, czy pokolenia naszych ojców nie odnosiły tych słów do aktualnej politycznej sytuacji?

alHamlet wygłasza kwestie Ha Stanisław Wyspiański napisał: „W Polsce zagadką Hamleta jest to, co jest w Polsce do myślenia“. Jak żaden inny naród europejski nie byliśmy zmuszani do ciągłego stawiania sobie pytań odnoszących się do naszego narodowego „być, albo nie być“ , do odpowiedzialności jednostki za losy zbiorowości i postawy wobec zła, czy brutalnej przemocy. Ile to razy na kartach naszej historii mówiliśmy o samotności i wyobcowaniu? Samotności w narodzie, samotności narodu i o próbach wyjścia z tego stanu.

Polski Hamlet – Kordian na szczycie Mont Blanc parafrazuje słowa szeksprowskiego bohatera: „Żyć, alboli nie żyć?“ (…), „Ludy zawołam!
Obudzę!, A może lepiej się rzucić w lodowe szczeliny.“ Za każdym razem jest taki sam, niezmienny: młody, pełen uniesień i myśli rozsadzających czaszkę. Za
każdym razem tak bardzo bliski: nam Polakom naznaczonym przez historię i nam ludziom młodym, stojącym u progu życia. Pomimo upływających wieków jest nadal nieustającą inspiracją dla wielu twórców, gdyż sam nasz tragiczny bohater posiada duszę artysty. To aktor myślący i świadomie kreujący swą rzeczywistość. Różne są wcielenia polskich Hamletów, szczególnie zobaczyć to można na współczesnej polskiej scenie teatralnej. Postać młodego księcia Danii pojawia się od roku 1945 w polskim teatrze kilkakrotnie. W każdej scenie jawi się inaczej, raz wrażliwy, zamyślony, snujący filozoficzne rozważania na tematy wyższe, a raz gwałtowny, agresywny, rozkrzyczany, który zdolny jest do zabicia z zimną krwią doradcy królewskiego – Poloniusza. Ten młody książę Danii jest niczym morze, zmienia swe usposobienie pod wpływem pogody, otoczenia, sytuacji, w jakiej się znalazł. Tyle nieokreślonych uczuć rozrywa jego duszę, tyle romantycznych uniesień, które kryje jego serce, chciałoby wyjść na światło dzienne i dać upust skrytym emocjom…