Cinema Wroclawiso


Dziś chciałabym rozpocząć cykl artykułów dotyczących historii wrocławskich kin począwszy od roku 1956. Przy pisaniu, inspirować się będę opowieściami mojej babci, która przepracowała we wrocławskich kinach całe życie i zgodziła się podzielić z nami swymi wspomnieniami.

Każdy, kto oglądał film Giuseppe Tornatorego pt. „Cinema Paradiso” zna klimat, starych, uroczych sal, w których fotele przesiąknięte dymem papierosowym gościły ludzi oczarowanych magią kina. Dziś wszystko jest już zupełnie inne. Kino stało się wielką korporacją, której głównym celem jest nabijanie sobie kieszeni zielonymi papierkami, a nie dostarczanie ludziom rozrywki, wprawianie w zachwyt, wywoływanie całej gamy emocji związanych z przebiegiem fabuły danego filmu. Jednakże przechadzając się ulicami Wrocławia, zaglądając w jego różne zakamarki odnaleźć można ślady dawnych dni…
Za każdym razem, gdy przejeżdżam obok Teatru Muzycznego Capitol, wspominam, jak, gdy byłam mała przesiadywałam tam z moją babcią (pracowała jako kasjerka) całymi dniami. Odwiedzałam operatorów i przyglądałam się całemu mechanizmowi wyświetlania takich maleńkich klatek na taśmie filmowej na wielkim ekranie. Nie było wtedy Capitolu – zamiast niego było tam kino Śląsk i działała Operetka. Zabawnym zdaje mi się fakt, że teraz, nie ma tam nic prócz wielkiej dziury w ziemi pełnej żurawi i innych maszyn budowlanych. Najbardziej serce łka na myśl, że skasowano „Lalkę” i „Ognisko”, z którego pamiętam do dziś „Konika Garbuska” i „Króla Lwa”, na których to płakałam jak bóbr i babci ledwo udało się mnie wyprowadzić z sali, żebym nie została na następnym seansie. Nie było wtedy kas fiskalnych, ani czytników kart kredytowych – pomagałam kasjerkom liczyć monety i banknoty na liczydłach (babcia uznała, że będzie to dobry sposób na to bym nauczyła się podstaw matematyki) bądź kalkulatorach. Najbardziej lubiłam obserwować, jak potężne, ciężkie, bordowe, bądź granatowe kotary rozsuwały się ukazując biały ekran. Starsi panowie często przychodzili w garniturach, pod krawatem, prowadząc za rękę swoje małżonki, młodzież natomiast wpadała z uśmiechem na ustach, siadając na schodach, gdy nie było wolnych miejsc, by tylko zobaczyć najnowsze filmy – cuda ekranu. Nieraz babcia opowiadała mi, jak przy premierze „Siedmiu wspaniałych” od naporu tłumu szyba przy okienku kasowym była zaparowana i po pewnym czasie pękła – było to jeszcze w PRL – u. Wtedy kino było czymś, co pomagało oderwać się od szarej rzeczywistości, zapomnieć o kolejkach po papier toaletowy, było czymś, co przenosiło ludzi w inny wymiar – tu świetnym przykładem wydają mi się „Gwiezdne Wojny” wyświetlane w Hali Stulecia – kino „Gigant”.
Ciekawe jest to, że kino do Wrocławia trafiło ze Lwowa w 1954 roku. Pionierami i animatorami kinematografii na Dolnym Śląsku byli ludzie ze Lwowa: inżynierowie, fotograficy, kinomani. Pierwszym kinem, które oni uruchomili, było Kino „Polonia” przy ul. Żeromskiego. Budynki, w których miały powstawać kina, trzeba było odremontować. Okazało się też, że sporo osób było zainteresowanych kinematografią i oni właśnie, ci pasjonaci, angażowali się w prace. Do obsługi projektorów zatrudniano byłych przedwojennych fotografów, którzy wyciągali z gruzów projektory i naprawiali je. Uruchomiony został od razu ośrodek kształcenia operatorów, na ul. Nowowiejskiej w jednej z kamienic, która była niezbombardowana i tam uruchomiono jedno z pierwszych kin i już kształcono następnych, spośród różnych, przygodnych ludzi, którzy przyjechali do Wrocławia. Naczelnym dyrektorem technicznym, koordynatorem wszelkich działań był Lwowiak dyrektor Meller i miał do pomocy P. Kościółka – starszego pana, inżyniera, który też przyjechał ze Lwowa. Razem organizowali załogi do powstających kin. Niewiele później drugim otwartym kinem był „Pionier” przy ul Jedności Narodowej, a później dopiero „Tęcza” przy ul. Kościuszki, którą Wrocławianie sami odgruzowywali.
Moje dzieciństwo przypadło na lata 90 – te, wtedy właśnie rozpoczęła się prywatyzacja kin, które po kolei podupadały, ludzi zwalniano i zaczęto przygotowywać się do stworzenia multipleksów. Na szczęście zdążyłam poczuć klimat starych kin, których wspomnienie do tej pory mnie oczarowuje.