Fenomen Kwejka


Wszystko co „kwejkowicze” lubią najbardziej.
Ostatnimi czasy internet z polską domeną został podbity przez strony zawierające pojedyncze obrazki często w formie ciekawostek lub o charakterze humorystycznym. Lecz również agitacyjnym lub reklamującym – lecz reklamującym nie konkretne produkty bądź marki tylko zachowania, poglądy i idee. Czy ze zwykłej strony utworzonej dla zabawy i przerodzonej w twór bardzo popularny i nawet zarabiający pieniądze może powstać strona o charakterze czysto agitacyjnym? O ile oczywiście jeszcze się nią nie stała…
Pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu był taki okres, że kilka stron podobnego rodzaju trzymały się w swojej popularności mniej więcej na równi z kwejkiem, ale w końcu ni z tego ni z owego kwejk zaczął wszystkich pobijać; inne strony – nawet najbardziej konkurencyjny w tamtym okresie po-land.pl – zaczęły odpadać w wyścigu o popularność. Obecnie kwejk jest najpopularniejszą tego typu stroną posiadającą 810 000 fanów na facebooku i bardzo wysoki wynik wyszukiwań w wyszukiwarce Google; jest kreatorem ludzkich poglądów i narzędziem kształtowania popkultury. Wystarczy, że jakaś treść zyska na popularności na przykład wielokrotnie powtarzane hasło: „Kocham piątek”, wtedy dociera do większej ilości osób i wystarczy przysłuchać się ludziom rozmawiającym na ulicy i można będzie dostrzec, że duża część z nich powtarza właśnie owe rzucone wyżej hasło, bądź inne, podobne.
Niedawno, gdy sprawa z ustawą ACTA była gorącym tematem, na Internecie, a konkretnie wśród portali z możliwością wypowiedzi pojawiły się głosy, że należałoby rozpowszechnić informację na portalach typu kwejk w formie obrazka z dokładnie wyjaśnioną istotą rzeczy szerszemu odbiorcy czyli głównie przeciętnemu potencjalnemu wyborcy, który jest, według forumowiczów, idiotą nie interesującym się polityką, głosującym na Platformę Obywatelską bez uprzedniego przeanalizowania jakości jej rządów, lub chociażby programu politycznego, byle tylko nie zagłosować na P. Kaczyńskiego. Dlaczego ludziom tego typu wydaje się, że w Polsce istnieją tylko 2 partie polityczne? Możliwe, że dlatego, ponieważ na kwejku i podobnych portalach nie podaje się informacji tego typu. W końcu to strona rozrywkowa i nikt nie oczekuje tam obrazków o charakterze politycznym.

Po wrzuceniu obrazka traktującego o ACTA strona oszalała. Udostępnień na facebookową „tablicę” było w najlepszym przypadku 38 000. Wielu z moich znajomych również udostępniło, lecz gdy próbowałam porozmawiać z nimi o ich zdaniu na temat tej ustawy zamykali usta i dopytywali się: a o co właściwie z tym chodzi? Widać, że do niektórych nie dociera nawet przekaz napisany prostym i konkretnym językiem.
Co do kształtowania opinii, to przykładów jest wiele: obrazek z tekstem długości kilku metrów o tym jaki powinien być mężczyzna i czego nie powinien robić: 61 000 udostępnień. Czy to naprawdę znaczy, że tyle osób się z tym zgadza? Inny przykład: ogromna popularność Króla Lwa. Trzeba przyznać, że film zrobiony jest bardzo dobrze, dużo wnosi dzieciom, ale czy jest to powód do tak wielkiego zainteresowania? Przez kilka lat nikt o nim nie mówił. Ktoś jednak sobie przypomniał, wrzucił na kwejka, kilka tysięcy osób zobaczyło obrazek, przypomniało sobie o świetności filmu, udostępniło i Król Lew znów jest na fali. Został puszczony w telewizji – oczywiście szał, ludzie rzucili wszystko żeby oglądać. Kwejk popiera również złe zachowania. Dla przykładu pokazuje świetność niektórych narkotyków, alkoholi – nabrały dużej popularności przez między innymi ten serwis. Należy przypomnieć, że głównie oglądany jest przez osoby w wieku szkolnym oraz gimnazjalnym. Promuje równocześnie nienawiść przez pokazywanie czego nie wolno popierać (dla przykładu nienawiść do J. Biebera o którym mniej osób by słyszało, gdyby nie antyreklama  na kwejku). Jednak popiera też dobre zachowania: na przykład kampanię „oddaj krew”.
Ludzie jednak powiedzą, że nic na nich nie wpływa i sami decydują o tym co im się podoba. Sami decydują o tym co robią, a czego nie powinni. Oczywiście na kwejka wchodzą tylko po to, bo lubią się śmiać. Czy to na pewno prawda? A czy ludzie po obejrzeniu reklamy nie są bardziej skłonni do zakupu czegoś? Z kwejkiem jest tak samo. Ludzie po prostu lubią iść za tłumem…
Reklamy

Heimdal i poprawność polityczna.


Witam Państwa serdecznie, zgodnie z zapowiedzią tej niedzieli poruszę po raz kolejny już problem multikulturalizmu i jego negatywnego wpływu, tym razem na kulturę, na przykładzie nienajnowszego już może filmu ze stajni Marvela o tytule „Thor”. Oparty (podobnie jak wiele ostatnich produkcji kinowych) na kanwie komiksu opowiada o strąceniu tytułowego boga przez ojca Odyna na ziemię celem zyskania pokory. Thor oczywiście rozbudza w sobie utracone moce i jako obrońca ludzkości powraca na Asgard.Lecz nie będzie to recenzja filmu. Skupić pragnąłbym się tu na jednym tylko epizodzie, mianowicie roli Idrisa Elby grającego Heimdala, strażnika Asgardu.

Kim jest ów Heimdal? W nordyckiej mitologii strzeże on Asgardu (czyli pałacu Odyna, naczelnego boga skandynawskiego panteonu, do którego trafiali polegli w boju by tam oczekiwać na bitwę końca świata, Ragnarok) przed nieproszonymi gośćmi. Stacjonuje na tęczowym moście Bifrost (czyli na zwyczajnej tęczy, w wierzeniach Wikingów będącej pomostem między Midgardem – czyli światem ludzi oraz Asgardem) i tam przepowiedziano też jego śmierć jako pierwszego z bogów mających polec podczas wspomnianego Ragnaroku – kresu czasu. Z boku obejrzeć można rycinę przedstawiającą owego strażnika wraz z jego magicznym rogiem, Gjallarhornem, w który zadąć ma ostrzegając innych bogów przed nadchodzącym Ragnarokiem.

Z tym właśnie Heimdalem zmierzy się tytułowy Thor podczas swego powrotu do Asgardu. W tym momencie zaznaczyć pragnę, że wydarzenia pokazane w filmie są jedynie adaptacją komiksu Marvela inspirowanego nordycką mitologią, nie zaś wierną ekranizacją mitów, i każda rozgarnięta osoba sama stwierdzić to powinna być w stanie. Stąd te dziwaczne, przylegające do ciała plastikowe zbroje bogów czy futurystycznie wyglądający Asgard. Oraz nasz obiekt zainteresowania, Heimdal, który okazuje się być czarnoskóry.

Oczywistym jest, że w panteonie ludów Skandynawii nie było miejsca dla żadnego boga mającego inny kolor skóry niż biały. Do odegrania roli Heimdala wybrany został jednak Idris Elba, o którym powiedzieć można wszystko, że jest utalentowanym aktorem, że sprawdził się w swojej roli, ale na pewno nie to, że jest biały. Głosy sprzeciwiające się portretowaniu Strażnika Bifrostu jako czarnoskórego mężczyznę odebrane zostały jako przejawy rasizmu. „Oburzeni” mieli na myśli jednak coś zupełnie innego – kalanie kulturowej schedy (i tak już dość swobodnie potraktowanej w popkulturze) skandynawskich Wikingów. Poprawność polityczna (wybór Elby uzasadniony został jako reprezentacja afroamerykańskiej ludności i zaznaczenie jej obecności w społeczeństwie, zaś nordycka mitologia jako fikcja może zostać interpretowana na wiele sposobów, także zakładających istnienie czarnoskórego boga) jest jedną stroną medalu, ale nie powinna ona stać ponad kanonami kulturalnymi, nawet w tak plastikowym i przetworzonym uniwersum Marvela (nota bene w komiksach Heimdal zachował swoją „pierwotną” białą skórę, o czym świadczy ilustracja z prawej).

Można pukać się w głowę i mówić, o co tyle krzyku, przecież to tylko film, w dodatku z cyklu tych, które to nie mają wywołać głębokich przeżyć duchowych u oglądających a raczej zapchać kieszenie producentów. Racja, fani Marvela i tak obejrzą film i będą spoglądać na niego przez inny pryzmat niż ludzie, którzy szukają jedynie rozrywki. Ale właśnie to ci ludzie po obejrzeniu „Thora” zapamiętają bogów północy jako odzianych przylegające ściśle zbroje gładkich herosów, z których jeden był czarnoskóry. Nie można wymagać od każdego człowieka „z ulicy” znajomości mitologii, ale jeżeli „Thor” dla większości z nich będzie jedynym zetknięciem z kulturą i panteonem wczesnośredniowiecznych mieszkańców Skandynawii powinien choć odrobinę wiernie ukazać postacie i motywy, nawet jeśli to tylko film nastawiony z góry na zarobienie pieniędzy i przyciągnięcie fanów serii komiksów.

Oczywiście przytoczyć można inne przykłady, w westernach z lat 50-ych Indian często odgrywali biali aktorzy lub w ekranizacjach z podobnego okresu Kleopatra miewała podobny odcień skóry co Juliusz Cezar, jednakże nie razi to aż tak bardzo jak czarnoskóry bóg, który jednak powinien mieć bladą, „skandynawską” karnację.

Być może to co piszę to czcze wołanie na pustkowiu, czym innym są bowiem filmy dokumentalne o kulturze Wikingów, czym innym popkultura, przesiąknięta chcąc nie chcąc poprawnością polityczną. Niemniej jednak sądzę, że obsadzenie czarnoskórego aktora w tej roli nie było dobrym posunięciem. Jako odpowiedź dla wszystkich oskarżycieli o rasizm powiedzieć pragnę, że nie widzę przeszkód dla czarnoskórych aktorów grających w filmach, ale wolałbym oglądać ich w rolach np. Nelsona Mandeli, Zulusa Czaki czy w każdej innej z ról gdzie kolor skóry nie odgrywa żadnej roli, nie jednak w przypadkach kiedy pochodzenie etniczne jawnie gryzie się z charakterem odgrywanej postaci, tak jak w omówionym powyżej „Thorze”. Miejmy nadzieję, że dzięki postępującej poprawności politycznej nie ujrzymy niebawem czarnoskórych krzyżowców (przepraszam, już ujrzeliśmy, w „Królestwie Niebieskim”) czy wręcz takie kurioza jak Hitler – hindus. I tak jak dziś już wspomniana wyżej Kleopatra we współczesnych filmach odegrana zostanie przez aktorkę o śniadej karnacji a Indianie napadający na pociągi będą prawdziwymi czerwonoskórymi, tak nordyccy bogowie winni pozostać biali. Niezależnie czy występują w popkulturowym filmie czy w programie na Discovery.

Na dziś to wszystko, zapraszam za tydzień, kiedy poruszę temat nowej reformy liceów, od razu powiem, że uważam ją delikatnie mówiąc za chybioną i błędną. Ale więcej w przyszłą niedzielę. Dziękuję za poświęcony czas, do usłyszenia.

Ilustracje ze stron: 1,2,3.

Człowiek jest dobry?


Liczba zabitych w hitlerowskich Niemczech przeraża nawet dziś: 6 milionów ludzi. Wszyscy unicestwieni w celu „oczyszczenia rasy”. Wszyscy zabici przez ludzi określanych dziś mianem „potworów”. Również i gorsze określenia znalazłyby się dla chętnych. Ale czy rzeczywiście byli oni tak inni od nas, współczesnych? Jedni powiedzą, że to tylko kwestia indoktrynacji od małego tych ludzi, jeszcze inni, że ślepego zapatrzenia w ideologię – że byli przekonani o słuszności teorii o czystości rasy. Temat kontrowersyjny, więc bardzo proszę czytać z przymrużeniem oka.
Inna teoria jest taka, że ci młodzi ludzie posiadający stopień co najwyżej podoficerski nie zawinili temu co się stało; byli tylko narzędziami do spełniania celów tych wyżej postawionych, choć często nie byli tego nawet świadomi.
Pewien naukowiec nazwiskiem Milgram postanowił kiedyś sprawdzić teorię, którą sam niegdyś wysnuł, że rzeczywiście zwykli szeregowcy w SS wykonywali tylko swoje rozkazy i nie zastanawiali się bardzo nad tym co robią, tak byli skupieni na dochowywaniu wierności swym przełożonym. Eksperyment Pana Milgrama rozpoczął się wraz z ogłoszeniem w gazecie oferty wzięcia udziału w badaniu, jak to było napisane w ogłoszeniu „wpływu kar na pamięć”. Zostało przygotowane laboratorium oraz zaaranżowani aktorzy. Kiedy pojawił się pierwszy ochotnik w laboratorium zastał dwóch aktorów. Jednego ubranego „po cywilu”, a drugiego w lekarskim kitlu. Wszystko zostało ustawione tak, aby ochotnik myślał, że wraz z nim udział w badaniu bierze też ktoś inny. Między aktorem a ochotnikiem zostało przeprowadzone losowanie, aby ustalić, który z nich ma być „nauczycielem”, a który „uczniem”. Oczywiście wynik losowania był z góry ustalony tak, aby ochotnik został nauczycielem. Uczeń został wprowadzony do drugiego pokoju oddzielonego szybą od pokoju, w którym znajdować się mieli nauczyciel i badacz. Uczeń został podpięty do krzesła oraz poinformowany, że będzie rażony prądem. Przez chwilę wahał się, oznajmiając, że ma kłopoty z sercem, lecz został zapewniony, że nic mu nie grozi. Nauczyciel, po uprzednim znalezieniu się po drugiej stronie szyby miał czytać słowa z kartki, a uczeń miał po nim powtarzać. W razie pomyłki, ucznia rażono prądem o coraz większej sile. Za każdy błąd napięcie prądu skakało o 15V w górę. W rzeczywistości ucznia nic nie raziło, musiał tylko udawać, że dostaje „kopniaki”, a dźwięk odtwarzany był z taśmy przez głośnik. Wywiady po eksperymencie ujawniły, że nikt z badanych nie zorientował się, że jest oszukiwany.
Zanim eksperyment zaczął się, spytano psychiatrów oraz przeprowadzono sondę uliczną o oczekiwaniach wobec wyniku eksperymentu. Przechodnie odpowiedzieli, że do najwyższego, śmiertelnego napięcia dojdzie jedynie 1% badanych, z kolei specjaliści uznali, że dojdzie 1 promil ochotników.
Okazało się jednak, że pytani pomylili się znacznie – otóż do dawki śmiertelnej doszło aż 65% badanych i nawet chcieli później kontynuować eksperyment, chociaż w sali panowała już cisza i nie było słychać okrzyków ucznia. Było jednak parę osób, które chciały przerwać eksperyment, lecz gdy tylko usłyszeli od aktora grającego naukowca słowa: „proszę kontynuować” – kontynuowały bez słowa sprzeciwu.
Milgram po przeanalizowaniu zachowania uczestników (którzy byli na skraju załamania nerwowego) oraz testów osobowości doszedł do wniosku, że to nie chęć sprawienia cierpienia, czy też skłonności sadystyczne były przyczyną coraz silniejszego zadawania bólu, lecz obecność człowieka o naukowym wyglądzie wpływającego na zachowanie ochotników. Chociaż naukowiec nie zmuszał do kontynuowania eksperymentu, jedna sentencja „Eksperyment wymaga, żeby kontynuować” lub podobne sprawiły, że ochotnik szedł wyżej zadając coraz silniejszy ból.
To tylko jeden z przykładów tego, jak w prawdziwym świecie łatwo ulegamy autorytetom, nawet jeżeli nakłaniają nas do czegoś złego. Pewnie zastanawiacie się dlaczego wszystko to piszę? Przejdę więc do sedna: Niedawno z okazji Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu pojawiła się kontrowersyjna internetowa kampania o nazwie „Pamiętaj o mnie, by to się nigdy nie powtórzyło” ukazująca na plakacie młodego, przystojnego mężczyznę w mundurze SS. Odsyłam do fanpage’u i pozostawiam resztę do refleksji.
Zdjęcie zaczerpnięte stąd.

Zanik czytelnictwa.


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej odsłonie z teorii spiskowych przerzucam się na bardziej społeczne nisze. Postaram się mianowicie poszukać odpowiedzi dlaczego ludzie dziś coraz mniej czytają. Skupię się tu na przykładzie Polski, aczkolwiek dopasować można ten schemat również i do innych państw europejskich – zwłaszcza w partiach poświęconych czasom dawnym i najbliższym, okres komunistyczny jest jak najbardziej charakterystyczny dla bloku wschodniego, w tym oczywiście Polski.

Od czasu wynalezienia ruchomej czcionki przez Gutenberga książka z elitarnego, drogiego rękopisu przeszła stopniową metamorfozę w tanie, ogólnodostępne źródło wiedzy, znane nam dziś z półek księgarni czy antykwariatów. I tak jak niedostępność, cena książek oraz fakt potrzeby znajomości pisma tylko przez wąskie grupy społeczne skutecznie ograniczały elitarne grono umiejących czytać do duchowieństwa i pewnej części szlachty i kupiectwa. W późniejszych jednak okresach szkoły jezuickie, oświeceniowa mentalność i rozpowszechnienie się taniego druku spowodowały obniżenie się wskaźników analfabetyzmu i rozwój literatury samej w sobie – teraz mogła rozchodzić się szerszym nakładem i trafić do dużej ilości odbiorców.

Niemniej jednak przez długi okres czasu czytanie pozostało dość elitarną czynnością. Chłopskie masy, choć coraz częściej poznające arkana sztuki pisania i czytania nie poznawały zazwyczaj innych druków poza obwieszczeniami lokalnych władz. Literatura i wiedza nadal ograniczone były do społecznej elity, powiązanej ściśle ze szlachtą i w okresie pozytywistycznym także jednostkom z nizin. Mowa ezopowa skutecznie trafiała ponad głowami zaborców, od Mickiewicza po Prusa, zachowując w narodzie ducha i dając nadzieję. Nadzieję, którą niosły właśnie książki.

I tak właściwie wyglądała sytuacja do końca II wojny światowej. W czasie wojny milczą muzy, i tako też milczało społeczeństwo, walczące w partyzantce, ginące w obozach czy zmagające się z trudami okupacji. Bardziej ważne były inne rzeczy. Profesorowie uniwersytetów zabici na początku wojny, młodzi na frontach Europy, w lasach lub w grobach. Potem nadeszła Armia Czerwona.

Paradoksalnie nowa władza zrobiła wiele w kwestii czytelnictwa narodu polskiego – Zafundowała oświecenie ludu pracującego, ale kiedy jasnym się stało, że komuniści zastąpić mają stary reżim, stare pozytywistyczne książki na nowo trafiły do rąk, powstały nowe, im podobne, które na granicy poprawności politycznej wodziły za nos cenzurę. I tak samo działo się w świecie muzyki, kabaretu czy teatru. Wspomnieć można choćby sławetne przedstawienie „Dziadów”. Okres komunistyczny pobudzał kulturę wśród ludzi jako czynnik przekazujący prawdę i przy tym zakazany, co tylko pobudzało jego fluktuację.

Po 1989 roku niestety sytuacja uległa zmianie. Otworzywszy się na zachód, zachłysnąwszy się dobrobytem, wchłonęła Polska także wątpliwie pożądane zjawiska jak popkultura, zachodni typ rozrywki oraz przenikająca zza upadłego berlińskiego muru mentalność nieskrępowanej wolności i swobody. Co doprowadziło do sytuacji znanej dziś. Rej wodzą celebryci (co ciekawe, jak zauważył jeden z moich znajomych, nawet w programach muzycznych mających znamiona kulturalnych w napisach najpierw wymieniani są właśnie znani konferansjerzy, zaś później dopiero same występujące zespoły muzyczne), programy, które nie wiedzieć czemu nazywane są kulturalnymi (wszelkie tańce z gwiazdami na lodzie i insza lekkostrawna papka dla mas), internet czy seriale. Ale w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Zmęczony wielogodzinną pracą człowiek po przyjściu do domu nie ma ochoty męczyć się ponad potrzebę, więc sięga po rozrywkę, która nie wymaga wysiłku. Także umysłowego. Przygnębia także wynikająca z tego prawidłowość – młodzi ludzie wychowani w takim społeczeństwie nie czują nawet potrzeby sięgnięcia po ambitniejszą kulturę niż tą, którą oglądają w telewizji. Młodym co prawda zdarza sięgać się dziś po fantastykę, zwłaszcza sztandarowego Sapkowskiego, ale mam wrażenie, że to dzięki sukcesowi gry komputerowej o przygodach pewnego Wiedźmina. I nie oszukujmy się, fantastyka to (poza kobiecymi harlequinami) najmniej chyba wymagająca literatura. Zaś mówiącym, że studenci czy licealiści nadrabiają czytelnicze zaległości narodu powiedzieć muszę, że niestety tak nie jest, Do zdania matury wystarczą streszczenia lektur w Internecie i repetytoria maturalne, zaś znaczna część studentów politechniki (czy, o zgrozo, studiów filologicznych) nie miała w ręku książek niezbędnych na ich kierunku, zadowalając się notatkami kolegów lub wyszukiwanymi w Internecie i prześlizgując się z semestru na semestr na trójach. Dochodzi nawet do tak kuriozalnych sytuacji, o których wspomniał jeden z moich wykładowców, że na studiach doktorskich znalazła się studentka, która zarzekała się, że podczas pobytu na uczelni nie przeczytała ani jednej książki, dając radę zaliczać dzięki kompendiom i notatkom znajdowanym w Internecie.

Czy da się wyrugować ze społeczeństwa złe nawyki i oczyścić telewizję publiczną ze śmieci? Niestety, wydaje mi się, że nie ma na to w obecnej chwili już szans, jedynie katastrofa podobna do zaborów lub rządów komunistycznych może coś poruszyć. Smutna to wizja, lecz niestety prawdziwa. Pozostawiam Państwa na dziś, zapraszając za tydzień, kiedy poruszę temat wypaczania świata i kultury przez wspomnianą dziś popkulturę, na przykładzie filmu „Thor” na kanwie marvellowskiego komiksu.

Zdjęcie zaczerpnięte spod tego linku;

Polecam przeczytanie także tego artykułu, rozszerza on o trochę statystycznych pomiarów sprawy, które wyżej poruszyłem.

Party



Kroniki Kulturalne prowadzone są przez wrocławskich studentów, a w dodatku tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę na wyższych uczelniach. Artykuły na tej stronie czytują głównie studenci (choć nie tylko) i właśnie dlatego ten tekst będzie na temat sesji, a raczej tego co się robi po sesji.

Wiadomym jest, było i będzie, że po męczącym i uciążliwym wysiłku intelektualnym potrzebny jest odpoczynek, a szczególnie popularną jego formą są imprezy. Może nie wszyscy o tym wiedzą i nie wszyscy się do tego stosują, ale imprezy rządzą się swoimi prawami i trzeba przestrzegać pewnych zasad savoir vivre’u. Zamieszczam tu, więc Poradnik Imprezowicza Posesyjnego.

Mądry student winien wiedzieć, że aby wkroczyć do czyjegoś domostwa na dobre party, musi mieć odpowiednią przepustkę. Mamy do wyboru:
a) Wódkę,
b) Wódkę,
c) Wódkę.
Jeśli już zakupimy „bilet wstępu”, stajemy w drzwiach i okazujemy go właścicielowi posyłając mu zniewalający uśmiech. Opcja „brak wstępu” przy takiej łapówce nie istnieje, więc wkraczamy na upragnioną prywatkę ze świadomością, że ta noc będzie wspaniała – ten nastrój winien nie opuszczać nas do samego końca, ale żeby tak się stało musimy odnaleźć siebie, zgłębić się w naszą psychikę i przygotować ją na epicki melanż. Lawirując między innymi, podobnie jak my, spragnionymi zapomnienia o traumatycznych przeżyciach sesyjnych studentami, szukamy towarzystwa. Dobre towarzystwo charakteryzuje się zazwyczaj dużą ilością „biletów wstępu” i chęcią podzielenia się z Tobą, drogi studencie, swym rogiem obfitości. Ponadto, co zależy od płci, pamiętaj, że w tym towarzystwie koniecznie musi znajdować się obiekt mogący spełnić twe oczekiwania, bo biorąc pod uwagę upojenie alkoholowe, które będzie ci towarzyszyć całą noc, odegranie paru scen z „Romea i Julii” będzie nieuniknione. Podsumujmy – masz Studencie przepustkę, towarzystwo, Julię/Romea i myślisz, że zapewniłeś sobie wszystko, co potrzebne, by doprowadzić swą psychikę do porządku po tym, co ostatnio przeżyłeś? Mylisz się! Tu jest potrzebny wstrząs, swoistego rodzaju katharsis, coś, czego będziesz się wstydził przez, co najmniej, następny miesiąc! Dlatego też pamiętaj o tym, by zawsze znajdować się w pobliżu łazienki, bądź drzwi prowadzących na zewnątrz – teraz już możesz być spokojny, masz wszystko pod kontrolą.

Kiedy nie będziesz już w stanie utrzymać pionu, najlepszym sposobem zatuszowania tego, jakże niegodnego stanu jest taniec. W tym wypadku muzyka nie jest najważniejsza – cokolwiek, byle by miało rytm i to dosyć prosty do opanowania, przez twoje galaretowate odnóża. Taniec jest dobrym sposobem na zachowanie równowagi pomiędzy stanem totalnej nietrzeźwości, a nietrzeźwości do przyjęcia – męczysz się, alkohol wyparowuje, potem znowu pijesz, zaczynasz się chwiać, wracasz do tańca – i tak w kółko. Nie przesadź jednak z tą monotonią i urozmaicaj sobie czas rozmowami na tematy podniosłe, poważne i patetyczne typu „Być albo nie być”, zbiciem paru drogocennych wazonów lub zadziwianiem wszystkich swymi umiejętnościami w czasie gry w Guitar Hero – nie próbuj tego, gdy jesteś beztalenciem, bo wstyd nie będzie cię opuszczał do końca studiów, a ludzie nigdy ci tego nie zapomną.

Nic tak nie rozrusza imprezy, jak wizyta panów w niebieskich mundurach na wezwanie upierdliwego sąsiada, który nie rozumiejąc waszych potrzeb chce iść spać, co oczywiście jest czystą złośliwością i wynikiem zazdrości ludzi niepotrafiących cieszyć się waszym szczęściem. Hasło „policja” powinno cię zmobilizować do odszukania w przepastnym domostwie obszernej szafy. Przetrzymaj ofensywę, po czym wyczołgaj się i gdy usłyszysz obelgi pod twoim adresem dotyczące twego tchórzostwa zrób minę zbitego psa, udaj, że nic nie wiedziałeś o ataku najeźdźcy i chciałeś zrobić znajomym psikusa, co oczywiście było infantylne i głupie i teraz tego żałujesz. Powinni uwierzyć, a jeśli nie, pogódź się z tym i baw się dalej.

PAMIĘTAJ! Nie nocuj w domostwie, w którym odbywała się impreza – jeśli to zrobisz, po przebudzeniu będzie czekał cię przykry obowiązek pomocy w sprzątaniu ruiny, jaką ty i tobie podobni po sobie zostawili. Zmyj się około 5 rano i tanecznym krokiem wróć do swego domu, by przeżywać helikopter w swoim łóżku, najlepiej w samotności.

Budzisz się rano i rozpaczasz, ponieważ to już koniec, a ty chciałbyś jeszcze raz? Nic trudnego, znajdź na facebooku następnego frajera robiącego imprezę, kup „bilet wstępu” i baw się dopóki trauma sesyjna nie opuści twego organizmu na następne pół roku.

Z dedykacją dla szefa i pomysłodawcy Kronik Kulturalnych, który dziś obchodzi swoje 20 – te urodziny. Wszystkiego najlepszego Adaś, a w szczególności epickich melanżów i tego, by ten piękny projekt, jakim są Kroniki nigdy nie przepadł w odchłani Internetu i nie uległ zapomnieniu.

Idea zdrowego rozsądku


Odejście od standardów. Bouguereau kontra Renoir
Co mówi Wikipedia: Utylitaryzm (łacińskie utilis – użyteczny) – postawa zwana też filozofią zdrowego rozsądku, kierunek etyki zapoczątkowany w XVIII wieku, wg którego najwyższym dobrem jest pożytek jednostki lub społeczeństwa, a celem wszelkiego działania powinno być „największe szczęście największej liczby ludzi”. W potocznym znaczeniu utylitaryzm to dążenie do osiągania celów praktycznych, materialnych.
Utylitaryzm jest – jakby spojrzeć na niego obiektywnie – jednym wielkim paradoksem. Wydaje się być bardzo logiczny, bowiem kto w życiu chciałby nie kierować się zdrowym rozsądkiem? Z drugiej jednak strony jest czymś brzydkim, w pewnym sensie złym, co zabija w nas wszystko to co czyni nas ludźmi. Weźmy jako przykład malarstwo. Było dawniej czterech przyjaciół, utalentowanych, którzy uczęszczali na zajęcia do Pana Charlesa Gleyre’a, jednego z przedstawicieli akademizmu – kierunku, który inspiracje czerpał głównie z renesansu i antyku oraz naśladował wszystkie te dzieła, które były uznane za doskonałe. No i tym czterem przyjaciołom się to nie podobało. Nie podobało im się również to, że wtedy bardzo popularnym kierunkiem był realizm i aby zostać uznanym malarzem należało być realistą. Starali się od tego odejść malując na swój sposób, co jednak nie spotkało się z aprobatą najsłynniejszej wtedy galerii Salonu. Kto jednak nie miał prac wywieszonych w Salonie nie miał szans na karierę. Spróbowali otworzyć własną galerię, bez najlepszych rezultatów, galeria bowiem została wyśmiana przez światek artystów. Mogli pójść z prądem i malować te realistyczne obrazy, pławić się w pieniądzach, być sławnymi. Bardzo zdroworozsądkowa postawa. Jednakże oni wybrali zupełnie inny kierunek, co w końcu wyszło im na dobre, bowiem ich nazwiska są znane na całym świecie, a ich dzieła podziwiane i inspirujące. No, przyznać się: kto nigdy nie słyszał o Monecie, Renoirze, Bazillu czy Sisleyu? Marsz po encyklopedię, ten kto nie słyszał!
Wróćmy jednak do tematu i spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: Czym byłby człowiek jeśli na każdym kroku kierowałby się ideą utylitaryzmu? Na pewno poprawiłby funkcjonowanie społeczeństwa, lecz byłoby to społeczeństwo bardziej podobne do robotów niż istot żywych. Społeczeństwo to robiłoby wszystko, aby swoimi czynami uzyskać jak najkorzystniejesze rezultaty, nawet przy użyciu okropnych środków. To właśnie jest kolejne złe oblicze utylitaryzmu: sprzeczność z etyką i moralnością. Weźmy pod uwagę tematy dzisiejszych czasów: aborcja i eutanazja. Z pewnością poprawiają jakość życia, nie trzeba wychowywać dziecka, którego jak się twierdzi nie będzie się w stanie wychować, nie trzeba płacić służbie zdrowia za opiekę i podtrzymywanie życia osoby, której los i tak jest już przesądzony. Logiczne i na pewno wiele osób się z tym zgodzi. Ale właśnie tylko logika jest czymś co podtrzymuje jeszcze tę ideę przy życiu. Pan Michael Koenigs wymyślił niegdyś bardzo ciekawe pytanie, ukazujące logikę, ale i niemoralność utylitaryzmu. A brzmi ono: „Twoje dziecko zaczyna głośno płakać. Jego płacz zwróci uwagę żołnierzy, którzy zabiją ciebie, twoje dziecko i innych ukrytych w piwnicy. Aby temu zapobiec musisz je cicho udusić. Czy zrobiłbyś to?”. Spróbuj sam odpowiedzieć na to pytanie, aby przekonać się czy kierujesz się tą ideą czy też nie.
Teraz przykład nam trochę bliższy. Wyobraźmy sobie sytuację:
Siedzisz w autobusie miejskim stojącym na pętli na ostatnim siedzeniu i czekasz na odjazd. Kierowca stoi na zewnątrz. Jest mroźna zima i jesteś zadowolony, że wreszcie siedzisz w cieple. Oprócz ciebie w autobusie jest kilka osób i jedna para drzwi jest otwarta. Dobrze, że są daleko i zimno nie dociera do mnie – myślisz. Drzwi umieszczone bliżej ciebie są zamknięte. Za oknem dostrzegasz kilka osób, chcących wejść do autobusu. Proszę, nie bądźcie tacy samolubni, nie kierujcie się utylitaryzmem i wsiądźcie otwartymi już drzwiami – prosisz ich w myślach, mimo, że wiesz, że do zamkniętych drzwi mają krótszą drogę. Ludzie zorientowawszy się w sytuacji robią parę kroków więcej, wsiadają otwartymi drzwiami i nie mrożą pasażerów. Jednakże utylitaryzm tak czy inaczej wkradł się w tę sytuacje, gdyż doprowadził do tego, że spowodował uzyskanie „szczęścia” ogółu społeczeństwa (patrz początek definicji na górze). Jednakże z tyłu autobusu już idzie kolejna osoba, która samolubnie otwiera zamknięte drzwi i wsiada. W każdym razie praktycznie dla niej. Znowu utylitaryzm, który objawia się pod wieloma wcieleniami (patrz koniec definicji na górze).
Widać już, że utylitaryzm jest ideą bardzo logiczną, jednakże w niektórych sytuacjach bywa niemoralna. A Ty, utożsamiasz się z nią czy nie? Zapraszam do dyskusji.

Vimany, Nefilim i przybysze z innych planet.


Witam Państwa serdecznie, dziś, wyjątkowo nie w niedzielę, a w poniedziałek przyjrzymy się kilku fragmentom Biblii i starożytnym hinduskim eposom, Ramajanie i Mahabharacie. Postaramy się odpowiedzieć sobie czym są owe widniejące w tytule vimany oraz dociec, czy rzeczywiście opisy mitologicznych bogów zstępujących z nieba nie są jedynie metaforyczne.
Rozpocznę tu od przedstawienia osoby Roberta Openheimera, szefa projektu tworzącego bombę atomową w USA w okresie II wojny światowej. Prócz tego studiował także starożytne indyjskie pisma. Co ciekawe, podczas pierwszych testów broni nuklearnej na pustyniach Nowego Meksyku miał porównać eksplozję bomby do blasku jaśniejszego od tysięcy słońc. Był to cytat z Mahabharaty.

Cóż więc w tym dziwnego, że zafascynowany kulturą starożytnych Indii naukowiec na opisanie charakterystycznego grzyba atomowego przywołał trafny passus z dawna pokrytego kurzem trzydziestu sześciu stuleci tekstu?

Być może jednak coś jest na rzeczy, a najlepszą metodą, by się o tym przekonać byłoby zajrzenie do tych starożytnych pism, co za chwilę wykonamy. Mahabharatę, ogromnych rozmiarów ten epos (siedmiokroć większy niż Iliada i Odyseja razem wzięte) nie poznałem jeszcze w języku polskim, bazując na przekładzie angielskim, zatem nie chcąc sięgać po źródła nieznane, cytaty podam w języku Szekspira. Później oczywiście powrócę do nadwiślańskiego dialektu, gdy rozwodził się będę nad tym, co może się za tymi słowy kryć.

“We beheld in the sky what appeared to us to be a mass of scarlet cloud resembling the fierce flames of a blazing fire. From that mass many blazing missiles flashed, and tremendous roars, like the noise of a thousand drums beaten at once. And from it fell many weapons winged with gold and thousands of thunderbolts, with loud explosions, and many hundreds of fiery wheels. Loud became the uproar of falling horses, slain by these missiles, and of mighty elephants struck by the explosions (. . .) Those terrible Rakshasas had the shape of large mounds stationed in the sky.”

“When the Daityas were being slaughtered they again took to their vimana and, employing the Danava science, flew up into the sky (. . .) I assaulted their vimana (. . .) Wounded by the flight of deadly-accurate iron missiles, the Asura vimana fell broken to the earth.

Oraz najbardziej nas interesujący fragment:

“Gurkha flying in his swift and powerful Vimana hurled against the three cities of the Vrishis and Andhakas a single projectile charged with all the power of the Universe. An incandescent column of smoke and fire, as brilliant as ten thousands suns, rose in all its splendour. It was the unknown weapon, the Iron Thunderbolt, a gigantic messenger of death which reduced to ashes the entire race of the Vrishnis and Andhakas.”

W każdym z cytatów czytamy (w tekstach datowanych na 14 wiek przed naszą erą!) o ogniach w powietrzu, pociskach, w eksplozjach których ginęły bojowe słonie, wystrzeliwanych z czegoś, co przypominać miało „kopce wiszące w przestworzach”. Widzimy też opis powietrznego pojedynku dwóch powietrznych viman (o tym czym są już za moment) i finalnie opis zniszczenia trzech miast przy pomocy jednego pocisku „o mocy całego wszechświata”. Obserwujemy, jak kolumna dymu i ognia unosi się, „jaśniejsza od tysięcy słońc” (czy to nie cytat wypowiedziany przez Openheimera?) Jeden ten pocisk zniszczyć miał kompletnie dwa państewka hinduskie.

Czym są więc zatem opisy niszczycielskich broni podniebnych viman w eposach hinduskich? Powyższy przekład Mahabharaty przez Pratapa Chandrę Roya z 1883 roku (sprostowanie: słowo „car” (samochód) mogło być już wówczas użyte jako opis mechanicznego środka lokomocji, jako iż pierwsza taka machina powstała już w 1870 roku, a vimany są dla bogów przede wszystkim środkiem lokomocji) wyklucza niejako wszelkie próby translacji w świetle ufologicznych sensacji, jako iż relacje „latających spodków” w tym okresie nie miały miejsca, podobnie jak domniemane opisy eksplozji nie mogły mieć punktu odniesienia do (niepowstałej jeszcze) broni jądrowej.

„Mahabharata”, tak jak inny hinduski epos tamtego okresu, „Ramajana”, opowiada o wojnach, w których ścierają się ze sobą ludzie (utożsamiani z rdzennymi Drawidami i najeźdźcami – Ariami), sprzyjający im lub wrogom bogowie i półbogowie. Czy opisy apokaliptycznych zniszczeń wywoływanych rękami (lub też zaawansowaną bronią?) bogów są metaforycznym ujęciem ich nadludzkiej, niszczącej mocy? Tu także napotykamy na opisy viman: (w przekładzie Ralpha Griffitha)

„(…)This chariot, kept with utmost care,
Will waft thee through the fields of air,
And thou shalt light unwearied down
In fair Ayodhyá’s royal town. (…)

„Swift through the air, as Rama chose,
The wondrous car from earth arose.
And decked with swans and silver wings
Bore through the clouds its freight of kings.”

Przenieśmy się teraz na tereny Palestyny, gdzie znaleźć możemy opis o naturze podobnej nieco hinduskiej vimanie. Gdzie? Otóż, w Biblii. Ot, choćby w Księdze Ezechiela (fragmenty z Biblii Tysiąclecia):

(4) Patrzyłem, a oto wiatr gwałtowny nadszedł od północy, wielki obłok i ogień płonący , a z jego środka [promieniowało coś] jakby połysk stopu złota ze srebrem, . (5) Pośrodku było coś, co było podobne do czterech istot żyjących. Oto ich wygląd: miały one postać człowieka. (6) Każda z nich miała po cztery twarze i po cztery skrzydła. (7) Nogi ich były proste, stopy ich zaś były podobne do stóp cielca; lśniły jak brąz czysto wygładzony. (8) Miały one pod skrzydłami ręce ludzkie po swych czterech bokach. Oblicza owych czterech istot – (9) skrzydła ich mianowicie przylegały wzajemnie do siebie – nie odwracały się, gdy one szły; każda szła prosto przed siebie. (10) Oblicza ich miały taki wygląd: każda z czterech istot miała z prawej strony oblicze człowieka i oblicze lwa, z lewej zaś strony każda z czterech miała oblicze wołu i oblicze orła, (11) i skrzydła ich były rozwinięte ku górze; dwa przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. (12) Każda posuwała się prosto przed siebie; szły tam, dokąd duch je prowadził; idąc nie odwracały się. (13) W środku pomiędzy tymi istotami żyjącymi pojawiły się jakby żarzące się w ogniu węgle, podobne do pochodni, poruszające się między owymi istotami żyjącymi. Ogień rzucał jasny blask i z ognia wychodziły błyskawice. (…)
(18) Obręcz ich była ogromna; przypatrywałem się im i oto: obręcz u tych wszystkich czterech była pełna oczu wokoło. (19) A gdy te istoty żyjące się posuwały, także koła posuwały się razem z nimi, gdy zaś istoty podnosiły się z ziemi, podnosiły się również koła. (20) Dokądkolwiek poruszał je duch, tam szły także koła; równocześnie podnosiły się z nimi, ponieważ duch życia znajdował się w kołach. (21) Gdy się poruszały [te istoty], ruszały się i koła, a gdy przestawały, również i koła się zatrzymywały: gdy one podnosiły się z ziemi, koła podnosiły się również, ponieważ duch życia znajdował się w kołach. (…)
(1) A On rzekł do mnie: Synu człowieczy, zjedz to, co masz przed sobą. Zjedz ten zwój i idź przemawiać do Izraelitów! (2) Otworzyłem więc usta, a On dał mi zjeść ów zwój, (3) mówiąc do mnie: Synu człowieczy, nasyć żołądek i napełnij wnętrzności swoje tym zwojem, który ci podałem. Zjadłem go, a w ustach moich był słodki jak miód. (…)

Enigmatyczne te opisy, w których moc boska zstępuje na ziemię by powołać proroka Ezechiela są często wskazywane jako miejsce, w którym nieporadnie (bo i bez znajomości technologicznych określeń) usiłowano opisać zejście pojazdów przybyszów z innych światów. Skrzydlate istoty przywodzą tu na myśl być może coś na kształt naszych myśliwców, zaś dalsze wersety mówiące o obręczach żywo kojarzyć się mogą do relacji świadków oglądających latające spodki. Zastanawiający jest także ów enigmatyczny zwój.

Jednakże, wbrew entuzjazmem ufologów powyższy tekst raczej nie opisuje nieudolnie lądowania kosmitów, a raczej metafizyczną wizję natchnionego proroka – czy zesłaną mu przez Pana czy też będącą wynikiem szwanku jego psychiki od głodowania na pustyni, tę kwestię pozostawiam już czytelnikowi. Wizerunki istot, ogni, dymu i błyskawic kojarzą się jednoznacznie z majestatem Pana, który przemawia do maleńkiego człowieka. Moim zdaniem jest to opis wizji, kto wie czy nie sennej, takiej jak wizja drabiny Jakubowej, co podkreślać zdaje się tylko ów tajemniczy, skonsumowany zwój, będący moim zdaniem metaforycznym opisem zesłania łaski na proroka.

„Synowie Boży, widząc, że córki ludzkie są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały”. Ten cytat z księgi Rodzaju otworzy kolejny ciąg przemyśleń na temat biblijnych odwiedzin obcych przybyszów.

Kim są owi Synowie Boży? Utożsamiani byli z synami Seta, trzeciego z synów Adama i Ewy, zaś kobiety miały pochodzić z przeklętej linii potomków Kaina lub należeć do ludów pogańskich, mężowie zaś zwiedzeni ich urodą popadać mieli w grzech i odchodzić od Jahwe. Owocem ich związków byli olbrzymi, zwani Nefilim.

Co innego mówi nam apokryficzna Księga Henocha, w której autor (nota bene opowiadający o swych podróżach po niebie, podczas których m.inn. ogląda kulistą ziemię z wysoka) opowiada o obcowaniu dwustu upadłych aniołów z ziemskimi kobietami. Efektem tego było olbrzymie potomstwo. Było ono złe, nikczemne i praktykować miało kanibalizm. Co ciekawe, Jozue zdając raport z podchodów w Kanaan mówi: „Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu. Widzieliśmy tam nawet olbrzymów – Anakici pochodzą od olbrzymów – a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach” (Ksiega Liczb 13,32n) Pokaźnego wzrostu (może potomkiem owych olbrzymów?) był także znany chyba każdemu Filistyn Goliat. W końcu Bóg wygubić miał Nefilich potopem, ale ich nieśmiertelne dusze pozostały na ziemi, by namawiać ludzi do złego.

Według niektórych opowieść ta jest ewidentnym dowodem na kontakty (także seksualne) przedstawicieli obcych cywilizacji z ziemianami. Co ciekawe, naukowcy dziś odnajdują ponoć często szkielety olbrzymów w wielu miejscach na ziemi. Znaleziska te mają być tuszowane i rzadko wychodzą na jaw jako podkopujące ustalony porządek historii antropologii. Kto wie, czy tak rzeczywiście jest, ale historia biblijna jest raczej moralitetem przestrzegającym przed wchodzenie w konszachty z niesprzyjającymi ludziom bytami. Olbrzymy zaś jako złe, zadufane we własne siły istoty (choćby Goliat) skazane są na porażkę czy to od gniewu pańskiego (potop) czy pokonane przez człowieka, który zawierzył Jahwe (Dawid w starciu z Goliatem)

Niektórzy paranaukowi badacze, tacy jak Erich von Däniken postulują, że wszystkie te opisy są dowodami na kontakty (lub nawet istnienie państw lub kolonii) przybyszów z obcych planet na Ziemi, ich wojen między sobą, z których ludzie (jako słudzy, niewolnicy lub bierni obserwatorzy) zapamiętać mieli niejasne obrazy, utrwalone później w ustnych przekazach, gdy przybysze opuścili nasz glob. Mieli jednak powracać, na co wskazują opisy biblijne, czy to jako niegodziwi tyrani (Nefilim), czy jako duchowi mentorzy (widzenie Ezechiela). Czy rzeczywiście tak było? Nie sposób dociec. Tego typu „dowody” nie są w żaden sposób twarde i niezaprzeczalne, a ich przyjmowanie poparte zawsze jest głęboką wiarą w istnienie i oddziaływanie obcych na nas. Stąd i wydawać się mogą mocno naciągane. Z drugiej jednak strony, dość jednoznaczne opisy wojen starohinduskich… Cechą wspólną eposu starożytnego, czy to greckiego, hinduskiego, czy też późniejszej epiki germańskiej było niezwykle dokładne, co do każdego szczegółu niemal poprawne relacjonowanie „faktów” – obrośniętych legendami, boskimi ingerencjami, cechującymi się atrosją herosami, ale zawsze mających w sobie podwaliny prawdy. Jak głęboko sięga ona w obydwu indyjskich eposach czy apokryficznych relacjach o Nefilim? Cóż, pozostawię to bez jednoznacznej odpowiedzi, zachęcając do własnych przemyśleń i dyskusji na ten temat.

Na tym zakończę dzisiejszy wpis i zapraszam kolejnym razem, kiedy odchodząc na czas jakiś od teorii spiskowych zajmę się tematem bardziej społecznym, mianowicie postaram się odpowiedzieć na pytanie co odciąga w obecnych czasach ludzi od książek i literatury. Do usłyszenia kolejnym razem, na koniec zamieścić pragnę odpowiedź Openheimera na pytanie, czy bomba, która eksplodowała na pustyniach Nowego Meksyku była pierwszym przypadkiem użycia broni jądrowej:

„Well — yes. In modern times, of course”.

Do zobaczenia kolejnym razem.

Ilustracje: 1, 2, 3, 4
Jeżeli kogoś zainteresowały bliżej tajemnicze vimany lub pragnąłby poznać starożytne eposy hinduskie, podaję linki do Mahabharaty w przekładzie Roya i Ramajany Griffitha. Ostrzegam, są to naprawdę olbrzymie objętościowo dzieła, wielokrotnie przewyższające rozmiarami Iliadę czy Biblię. Przeczytanie obydwóch pochłonęło ponad miesiąc okresu wakacyjnego w ubiegłym roku.

Ucieknijmy stąd razem, zanurzając się w siebie…


Najpiękniejsze w erotyzmie jest to, że można go pokazać posługując się wieloma rodzajami sztuki, a za każdym razem jest to przekaz na tyle oddziałujący na adresata, że nie jest on w stanie przejść obok takiego dzieła obojętnie. Elementy erotyczne znaleźć można w literaturze i sztuce już od starożytności (poezja Safony czy „Sztuka kochania“ Owidiusza). Wśród polskich twórców, którzy wykorzystali w swej twórczości motywy erotyczne, szczególnie w pamięć zapadają Krzysztof Kamil Baczyński i Bolesław Leśmian.
Krzysztof Kamil Baczyński poezją często wyrażał swoje uniesienia miłosne wobec swej ukochanej żony – Basi. Szczególnie w serii erotyków, które, oprócz patriotycznych i egzystencjalnych liryków, znajdują w jego twórczości szczególne miejsce. Jednym z najsłynniejszych jest „Biała magia“. Baczyński wykorzystał ten utwór, by wyrazić zachwyt nad pięknem kobiety, którą ukochał. Podmiot liryczny utożsamiany jest z postacią poety, ponieważ Baczyński wyraźnie zaznacza do kogo kieruje ten utwór: „ma Barbara srebrne ciało“, czyli do swojej żony. Podmiot liryczny widzi w Barbarze istotę fantastyczną, doskonale piękną, dlatego też do opisania jej wdzięku i urody nie wystarczają poecie zwykłe komplementy. Używa wyszukanych środków stylistycznych, by w pełni oddać niesamowitość i erotyzm opisywanej kobiety: stosuje metafory – „ma Barbara srebrne ciało” , „przyjmuje w siebie gwiazdy”, porównania – „ jak snu puszyste listki” , ‘jak dzban-światłem napełnia się”, i epitety – „aż napełniona mlecznie” , „pod niewidzialną ręką”. Adresat w ciekawy sposób odbiera wrażenia, które pragnie przekazać mu podmiot liryczny – utwór jest zbiorem kolejno następujących po sobie zjawisk. Najpierw Barbara „nalewa w szklane ciało srebrne kropelki głosu” – wchłania materię wszechświata, poi się nią. Następnie osiąga napełnienie. Przez jej ciało przebiegają metaforyczne istoty, które możemy odczytywać jako strumień energii (łasice, niedźwiedzie, myszy). Po wszystkim nadchodzi kojący sen i spokój – „biała łasica milczenia“. Baczyński pragnie ukazać czystość, miłość i uwielbienie Barbary poprzez kolory, które pomagają mu w opisie jego fantazji – biel i srebro.
Erotyzm jaki przepełnia postać Barbary opisywanej w utworze jest formą ucieczki od rzeczywistości. Poeta zapomina się w swej cielesnej i metafizycznej miłości do żony – ona jest dla niego oazą spokoju i szczęścia. Dla Baczyńskiego erotyzm jest więc zapomnieniem w świecie chaosu , w świecie pełnym krwi i nieszczęść podczas, gdy ciało Barbary jest symbolem harmonii, doskonałości i szczodrości natury, a jej sen niesie spokój i zatrzymuje czas. „W sen się powoli zapadnie, a czas melodyjnie osiądzie, kaskadą blasku na dnie.”
Erotyzm jako forma ucieczki od otaczającego nas świata występuje również w poezji Bolesława Leśmiana. Tu jednak odnajdujemy inne motywy, które skłaniają poetę do wyrażania uczuć poprzez silnie zmetaforyzowane erotyki. Leśmian był urzędnikiem, a jego twórczość nie była silnie nacechowana wydarzeniami historycznymi, skupiał się on głównie na przeżyciach duchowych, których doświadczał na co dzień. Był poetą kochliwym, nie stronił od przygodnych romansów, dlatego też nie dziwi fakt, że cykl erotyków „W malinowym chruśniaku“ został poświęcony jego kochance – Dorze Lebenthal (był to 1920 rok). Najpopularniejszym erotykiem tego cyklu jest „W malinowym chruśniaku“.
Utwór opisuje pierwsze doznania erotyczne pary kochanków, która skrywa się przed światem na polanie otoczonej krzewami malin. Pomimo, że otacza ich ze wszystkich stron przyroda, kochankowie swymi erotycznymi uniesieniami nie burzą jej ładu i harmonii, a wręcz przeciwnie – współistnieją z nią. Mikroświat, który poeta opisuje w swym utworze zastępuje malowniczy pejzaż. Widzimy więc z bliska „bąka złośnika”, „rdzawe guzy” na chorym liściu, „złachmaniałe pajęczyny”, czy „żuka kosmatego”. Bliskość odgrywa w tym utworze znaczącą rolę. Szczegółowość z jaką kochankowie widzą malinowy chruśniak podkreśla delikatność i intymność opisywanego, cielesnego zbliżenia. Następnym, najważniejszym elementem podkreślającym wymowę utworu jest synestezja – środek stylistyczny polegający na przypisywaniu jakiemuś zmysłowi wrażeń odbieranych innym zmysłem. Leśmian używa synestezji, by opisać wzruszenia i zmysłowe doznania zakochanych: „a szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni“, „palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem“.
Erotyzm, z jakim spotykamy się w utworze Leśmiana jest szczególny, główną rolę w przekazaniu uczuć odgrywa przyroda. Korespondencja świata przyrody i świata cielesności kochanków jest w tym utworze niezwykle znacząca, albowiem dzięki temu odbiorca zanurza się w głąb natury, gdzie tętni pełnia biologicznego życia. Przyroda jest pośrednikiem uczucia zakochanych, wspomaga, wyjaskrawia siłę doznań fizycznych i duchowych, jakie przeżywają kochankowie.
Dziś chciałam ukazać erotyzm, jako ucieczkę od otaczającej nas rzeczywistości, przedstawiając dwa utwory, dwóch wybitnych poetów. Będę wracać do tematu erotyzmu w sztuce, co jakiś czas na kartach Kronik Kulturalnych, by pokazać czytelnikom inne oblicze tego zjawiska. W dzisiejszych czasach nagość i skojarzenia z seksem, otaczają nas ze wszystkich stron. Jednakże ta radość z obnażania ciał, intymnych kontaktów, która wylewa się z ekranów naszych telewizorów, komputerów, ze stron gazet, nie jest w żaden sposób erotyczna, to tylko czysta pornografia. Istnieje w tym pewien paradoks – nadal nie potrafimy rozmawiać na tematy związane z seksem, są one dla nas pewnego rodzaju tabu, ale nie przeszkadza to nam, w żaden sposób, w obnoszeniu się z brakiem powściągliwości w okazywaniu pociągu fizycznego. Jednocześnie wciąż nie zauważamy różnicy pomiędzy ordynarną pornografią, a intymnymi erotycznymi uniesieniami, które tak wiele wnoszą do naszego życia.
Obraz pobrany stąd

Zatopiona utopia – przemyśleń kilka o Atlantydzie


Witam Państwa serdecznie, przepraszając jednocześnie czytelników bloku malarskiego za brak obrazów w tym tygodniu, niestety przedsesyjna nawała kolokwiów skutecznie odebrała mi czas na poczynienie wpisu. W przyszłym za to powinien pojawić się zgodnie z harmonogramem. Ale do rzeczy. Zgodnie z zapowiedzią dziś pochylimy się nad kolejnym z frapujących poszukiwaczy teorii spiskowych problemem, mianowicie tajemną i z dawna ponoć pokrytą wodnistym kurhanem wyspę zwaną Atlantydą wraz z zamieszkującą ją (podobno bardzo zaawansowaną) cywilizacją. Postaramy się dziś odnaleźć źródła owej legendy i poszukać wyjaśnień nie wkraczając na pola fantastyki naukowej.

Pierwsze wzmianki o zatopionej wyspie pochodzą od Platona. W jednym ze swoich późniejszych dialogów, powstałym około 360 roku przed naszą erą Timaiosie, zostaje ona wspomniana jako wysoce zaawansowana społeczność, która dawnymi czasy zagroziła Helladzie. Opowiada Platon, jak to Solon, szacowny ateński prawodawca, goszcząc w Egipcie usłyszał od tamtejszych kapłanów pewną historię:

„Pisma nasze mówią, jak wielką niegdyś państwo wasze złamało potęgę, która gwałtem i przemocą szła na całą Europę i Azję. Szła z zewnątrz, z Morza Atlantyckiego. Wtedy to morze tam było dostępne dla okrętów. Bo miało wyspę przed wejściem, które wy nazywacie Słupami Heraklesa. Wyspa była większa od Libii i od Azji razem wziętych. Ci, którzy wtedy podróżowali, mieli z niej przejście do innych wysp. A z wysp była droga do całego lądu, leżącego naprzeciw, który ogranicza tamto prawdziwe morze. Bo to, co jest po wewnętrznej stronie tego wejścia, o którym mówimy, to się okazuje zatoką o jakimś ciasnym wejściu. A tamto morze jest prawdziwe i ta ziemia, która je ogranicza całkowicie, naprawdę i najsłuszniej może się nazywać lądem stałym. Otóż na tej wyspie, na Atlantydzie, powstało wielkie i podziwu godne mocarstwo pod rządami królów, władające nad całą wyspą i nad wieloma innymi wyspami i częściami lądu stałego. Oprócz tego po tej stronie tutaj oni panowali nad Libią aż do granic Egiptu i nad Europą aż po Tyrrenię. Więc ta cała potęga zjednoczona próbowała raz jednym uderzeniem ujarzmić wasz i nasz kraj i całą okolicę Morza Śródziemnego. Wtedy to, Solonie, objawiła się wszystkim ludziom potęga waszego państwa: jego dzielność i siła. Wasze państwo stanęło na czele wszystkich, zachowało równowagę ducha, rozwinęło sztuki wojenne i już to na czele Hellady, już też odosobnione, bo inni je opuścili z konieczności, w skrajne niebezpieczeństwo popadło, jednak pokonało najeźdźców i wzniosło pomnik zwycięstwa; nic pozwoliło ujarzmić tych, którzy jeszcze nie byli ujarzmieni, i nam wszystkim, którzy zamieszkujemy po tej stronie Słupów Heraklesa, zachowało wolność, nie zazdroszcząc jej nikomu. Później przyszły straszne trzęsienia ziemi i potopy i nadszedł jeden dzień i jedna noc okropna – wtedy całe wasze wojsko zapadło się pod ziemię, a wyspa Atlantyda lak samo zanurzyła się pod powierzchnię morza i zniknęła. Dlatego i teraz tamto morze jest dla okrętów niedostępne i niezbadane; bardzo gęsty muł sianowi przeszkodę – dostarczyła go wyspa zapadająca się na dno.”

I to w zasadzie wszystko co Plato ma nam w „Timaiosie” do powiedzenia o Atlantydzie. Spróbujmy teraz wgryźć się w tekst i wydobyć zza antycznej nomenklatury i nazw geograficznych trochę danych o potencjalnej lokalizacji zatopionego lądu.

Pierwszym, co rzuca się w oczy jest wspomnienie wyspy, która miała jakoby znajdować się na Atlantyku za słupami Heraklesa, czyli Gibraltarem po stronie hiszpańskiej i Ceutą w obecnym Maroku. Plasuje nam to już zaginioną wyspę poza obrębem Morza Śródziemnego, gdzie niepomni na wskazania Platona poszukiwacze doszukują się resztek zatopionego lądu. Ale o tym później, idźmy dalej.

Rozmiary wyspy nie są podane dokładnie, ale miałaby być „większa od Libii i od Azji razem wziętych”. Co możemy przez to rozumieć? Libią określali Grecy obszary znanej im północnej Afryki, Azją zaś tereny Azji Mniejszej (obecna Turcja), w późniejszym, hellenistycznym okresie zaś cały obszar byłego Imperium Perskiego. Można jednak mniemać, że chodzi tu po prostu o obszar odpowiadający obecnym Turcji, Libii, Egiptowi i Tunezji. Więc „wyłania” się nam tu całkiem pokaźny kawał lądu, mający znajdować się na Atlantyku. Podaję poniżej mapę Herodota ukazującą znany wówczas świat.

Platon wspomina też o istnieniu innych wysp niedaleko Atlantydy oraz innym, dużym lądzie znajdującym się „naprzeciw”. Kuszące byłoby domniemanie, że chodzić tu może o Amerykę, zaś wyspami mogłyby z powodzeniem być Azory, Wyspy Kanaryjskie, a także Karaiby.

Tyle geografii, jawi się nam tu masywna wyspa pośrodku Atlantyku, po rozmiarach i niejasnych wspomnieniach zdająca się sięgać kontynentu amerykańskiego. Dalej znajduje się opis prastarej wojny z Atlantydą, w której to zjednoczone pod ateńską hegemonią ludy greckie odparły najeźdźcę z Atlantyku. Ustęp kończy się wzmianką o krótkim i fatalnym w skutkach dla wyspy kataklizmie, zatapiającym ląd i czyniącym żeglugę po tamtych wodach niemożliwą. Nie jest do końca jasne o jaki rejon morza tu może chodzić, choć wskazywano nawet na tak odległe rejony jak Morze Sargassowe.

W innym swoim dialogu, Kritiasie, Plato opowiada o geografii samej wyspy i mieszkańcach ją zaludniających:

(…) Posejdon dostał w udziale wyspę Atlantydę i osadził tam potomków swoich i jednej kobiety śmiertelnej w jakiejś takiej okolicy wyspy. Od brzegu morza aż do środka całej wyspy była równina. Najpiękniejsza miała być ze wszystkich równin i zadowalającej była wartości. Blisko tej równiny, ale znowu ku środkowi jakoś na pięćdziesiąt stadiów oddalona, była góra, niewysoka, ze wszystkich stron. Tam mieszkał jeden z tych ludzi, którzy się tam na początku byli urodzili z Ziemi, a nazywał się Euenor. Mieszkał tam z żoną Leukippą. Oni mieli jedyną córkę Kleiło. Kiedy dziewczyna była już na wydaniu, umiera jej matka i ojciec. A ją sobie upodobał Posejdon, więc obcuje z nią i pagórek, na którym mieszkała, ogrodził pięknie i odciął od reszty lądu naokoło, bo porobił z morza i z ziemi na przemian szereg większych i mniejszych kół współśrodkowych. Dwa z ziemi, a z morza trzy jakby cyrklem obrócił ze środka wyspy – ze wszystkich stron jednakowo były oddalone – tak że ludzie tam dostępu nie mieli. Bo okrętów i żeglugi jeszcze w tych czasach nie było. I sam tę wyspę na środku, jako bóg przecież, z łatwością pięknie urządził. Dwojakie wody źródłami spod ziemi na wierzch wyprowadził. Jedno źródło gorące, a drugie zimne z krynicy spływało i pożywienie różnorodne i dostateczne z ziemi wywiódł. (…)

(…)ich potomkowie przez szereg pokoleń tam mieszkali i panowali nad wieloma innymi wyspami na morzu, a oprócz tego, jak się i przedtem mówiło, panowanie ich sięgało aż po Egipt i Tyrrenię i obejmowało ziemie po lej stronie Słupów Heraklesa.(…)

(…)Przekopali kanał, poczynając od morza, szeroki na trzy pletry, a na sto stóp głęboki i długi na pięćdziesiąt stadiów, sięgający do obręczy najbardziej zewnętrznej, i w ten sposób otworzyli wjazd z morza do środka, jakby do portu. Rozkopali wejście tak szerokie, że mogły w nie wpływać największe okręty. Przekopali leż w kierunku mostów te pierścienie ziemne, które przedzielały koliste kanały morskie. Tak szeroko, że jedna triera mogła przepływać z jednego kanału do drugiego(…)

(…)W ten sposób była ta dolina uposażona od natury, a w ciągu długiego czasu wielu królów ją uprawiało. Ona była czworoboczna po większej części, prosta i długa. A czego niedostawało, to wyprostowywał rów naokoło niej wykopany. Jego głębokość, szerokość i długość podają niewiarygodną. Trudno uwierzyć, żeby w porównaniu do innych robót tak wielkie dzieło było rękami ludzkimi wykonane(…)

(…)Dzięki takiemu wyrachowaniu i dlatego że w nich trwała natura boska, wzrastało u nich to wszystko, cośmy poprzednio przeszli. Ale kiedy w nich cząstka boża wygasła, dlatego że się często z wieloma pierwiastkami ludzkimi mieszała, ludzka natura zaczęła brać górę, wtedy już nie umieli znosić tego, co u nich było, zrobili się nieprzyzwoici i kto umiał patrzeć, ten widział już ich brzydotę, kiedy zatracali to, co najpiękniejsze, pośród największych dóbr. Tym, którzy nic potrafią dojrzeć życia naprawdę szczęśliwego, wydawało się właśnie wtedy, że są osobliwie piękni i szczęśliwi, kiedy ich napełniała chciwość niesprawiedliwa i potęga. Otóż bóg bogów, Zeus, królujący zgodnie z prawami, umiał dojrzeć taki stan rzeczy, zobaczył, że się marnuje ród, który był jak się należy, więc karę im wymierzyć postanowił, aby się opamiętali, nabrali rozumu i zaczęli panować nad sobą(…)

Oczom naszym ukazują się piękno, przepych i wysoki technologiczny poziom mieszkańców Atlantydy, królestwa Posejdona oraz powody upadku wielkiej wyspy. To degeneracja i upadek moralny spowodowały zesłanie przez Dzeusa kataklizmu, który zatopił społeczeństwo Atlantydy. Zwrócić warto byłoby uwagę na obecność prastarego toposu kary boskiej, podobnego choćby do biblijnych przykładów potopu czy zniszczenia Sodomy i Gomory. W obu przypadkach będących karą za rozpasanie i upadek moralności.

Prześledźmy teraz skąd właściwie Platon wiedział o tej dawno już zapomnianej, archaicznej już w jego czasach cywilizacji. Jak wspomniałem wcześniej, egipscy kapłani, z którymi rozmawiał Solon przekazali mu opowieści o Atlantydzie, a miało to miejsce około 600 roku przed naszą erą. Platon żył zaś niecałe 250 lat później. Siłą rzeczy wkraść się mogły tu nieścisłości, przekłamania, a metaforyka zmieszać mogła z rzeczywistością. Oraz, jak to sam Plato podaje w „Timaiosie” kapłani w Egipcie powiedzieć mieli ateńskiemu prawodawcy następujące słowa: „Oj, Solonie, Solonie! Wy, Hellenowie, zawsze jesteście dziećmi. Nie ma starca między Hellenami.” Odnosić miała się do faktu logicznego i bezpośredniego myślenia Greków, w odróżnieniu od alegorycznego i przepełnionego mistycyzmem języka egipskich hierofantów. I tak Solon zapewne wziął przekazane mu opowieści o Atlantydzie za rzecz prawdziwą, podczas gdy być może była to jedynie przypowieść moralizatorska o „złotym wieku” i przestroga przed złymi obyczajami?

Przenieśmy się na chwilę w obecne czasy i prześledźmy współczesne, naukowe wyjaśnienia mitu Atlantydy. Najczęściej pojawiają się głosy lokalizujące wyspę na Krecie, łącząc ją z kulturą minojską, lub na wyspie Thera zniszczonej przez erupcję wulkanu. Oba wyjaśnienia opierają się na kataklizmach, które stanowiły zmierzch minojskiej cywilizacji. Jest to w pewien sposób sensowne, egipscy bowiem kapłani kupowali z Krety właśnie oleje i żywice niezbędne do balsamowania ciał, stąd łączyć mogli opisywaną wyżej utopię z cywilizacją z Knossos właśnie. Kolejną wskazówką może być passus opisujący obrzędy Atlantean związane z bykami:

A kiedy mieli sądzić, takie sobie nawzajem wystawiali uwierzytelnienie. Koło świątyni Posejdona pasły się na wolności byki. Otóż ci królowie w liczbie dziesięciu, sami tylko będąc w świątyni, modlili się do boga, żeby im dał złapać ofiarę, która by mu była miła, i wtedy rozpoczynali polowanie bez pomocy żelaza, a tylko przy pomocy kijów i pętli ze sznura. A gdy którego byka złapali, prowadzili go do słupa i tam na jego wysokości zarzynali go na ofiarę według przepisów pisma.

Budzi to skojarzenia z minojską cywilizacją, w której byk odgrywał ważną rolę w bliżej nieznanych obrzędach, zachowanych jednak na malowidłach ściennych (zdjęcie obok).

Nijak ma się jednak Kreta do platońskiego opisu sytuującego Atlantydę poza Morzem Śródziemnym, choć wpisywać by się to mogło w przeniesienie obrazu minojskiej cywilizacji na Atlantyk jako wspomniana wyżej moralizatorska przypowieść.

Inną, nie mniej ciekawą koncepcją jest sytuowanie Atlantydy na zatopionej w wyniku topnienia lodowców 12000 lat temu wyspie Spartel znajdującej się właśnie na zachód od cieśniny gibraltarskiej. Zastanawiać może tylko rozmiar owej wysepki, dziwnie mały w porównaniu do platońskiego opisu, oraz okres zatonięcia – ciężko przypuszczać, by jakakolwiek cywilizacja w tym okresie zamieszkiwała ową wysepkę, co także przekreśla cały ustęp o wojnie z Helladą. Ciekawe znalezisko, acz wydaje się być przypadkowo tylko usytuowane w „odpowiednim” miejscu.

Podsumowując, lokowałbym Atlantydę właśnie na Krecie. Dane o rozmiarze wyspy zrzuciłbym na karb czasu dzielącego Solona od Platona (nie wpomniawszy o źródłach samych kapłanów egipskich). Nie wyjaśnia to jednak nam usytuowania platońskiej wyspy na Atlantyku. Mniemam, że opis Atlantydy zawarty w obu źródłach poczyniony został przede wszystkim w celu moralizatorskim, ukazując przykład utopijnego społeczeństwa. (problem przewijający się w twórczości Platona, choćby w „Państwie„) Dwustuletnie przekazy mogły być nieścisłe, a także stanowić opisy istniejących państw wzbogacone o topikę „złotego wieku ludzkości”. Niemniej najwięcej poszlak wskazuje właśnie na Kretę. Teorie o Ameryce, Skandynawii, Trójkącie Bermudzkim czy Antarktydzie pominąłbym jako grubymi nićmi szyte lub niemające cienia poszlak naukowości karkołomne próby znalezienia azylu na mapie świata dla utopistycznej Atlantydy. Dodam jeszcze, że wzmianki o wojnie Atlantów z Hellenami czy Egipcjanami budzą dość bliskie skojarzenia z najazdami Ludów Morza, i być może w nich właśnie odnajdują swój pierwowzór.

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie wywodom o Atlantydzie, zachęcam do sięgnięcia po wyżej przytoczone dialogi Platona (jak i inną jego twórczość) i zapraszam za tydzień, gdzie przyjrzymy się domniemanym opisom wizyt przybyszów z innych planet opisanym ponoć w Biblii i eposach hinduskich.

Ilustracje: 1, 2, 3, 4, 5.

Teksty zaczerpnięte z:.

Platon: Timaios, Kritias, tłum. Władysław Witwicki, wyd. Antyk, Warszawa 2002.

Chleba i igrzysk.


„Szanuj swoją prywatność, jeśli możesz, nie odsłaniaj podbrzusza przed obcymi, nie ufaj zbyt szybko, nie pokazuj swoich słabości, bo nikogo nie obchodzą twoje problemy, ludzie pragną krwi i tragedii, twoje upadki są tylko pożywką mas.” – te słowa winny być mottem, które rozpoczynałoby podręcznik dla nowych „gwiazd”, gdyby taka książka kiedykolwiek powstała. Sławnych i lubianych jest wielu, a plotek, wywiadów, informacji na ich temat przybywa, co dzień o wiele więcej. Nic w tym dziwnego – są piękni (najczęściej dzięki Photoshopowi), lubiani, bądź znienawidzeni, sławni i bogaci. Ich życie najczęściej do nich nie należy, a nawet od nich nie zależy – wszystkim kierujemy my, ludzie. Mamy nieograniczoną władzę i bardzo dobrze ją wykorzystujemy.
Zazdrościmy gwiazdom pieniędzy i sławy, tego, że zna ich cały świat, że są w gazetach, na wielkich ekranach, dają koncerty i wszyscy ich kochają. Czy na pewno mamy, czego im zazdrościć? Problem polega na tym, że ludzie maja różne osobowości, różne charaktery. Niektórzy są silni, inni słabi i choć utalentowani, nie potrafią dać siebie światu tak, by pozostawić jeszcze coś dla siebie.
Przykładów nie trzeba szukać daleko – Michale Jackson, Heath Ledger, Amy Winehouse, Marylin Monroe, Elvis Presley i wielu innych. Ikony popkultury, które przez samotność, niezrozumienie i własną głupotę opuścili ten ziemski padół w bardzo młodym wieku. Nie potrafili stawić czoła życiu, popadli w uzależnienia, dręczeni wspomnieniami z trudnego dzieciństwa i jeszcze trudniejszej teraźniejszości uciekali od rzeczywistości połykając tabletki. Niektórzy wcale nie chcieli umierać – po prostu brali, aż w końcu przesadzili i nieświadomi odeszli z Kostuchą w stronę białego światła. Co było później? Piękne pogrzeby, na których wierni fani zalewając świat potokami swych łez, lamentowali po stracie swych idoli. Doprawdy bajecznie. Pogrzeb to raczej sprawa intymna, prywatna, a nie wydarzenie „na sprzedaż”. Skoro tak kochacie swoich idoli to dajcie im, choć trochę prywatności po śmierci – dajcie im to, o czym marzyli za życia. Nie, przecież wy macie taką solidną argumentację: kochaliśmy go, my też mamy prawo do pożegnania naszego króla. To usiądźcie sobie w ciszy w waszych domach, puśćcie największe dzieła swojego artysty, pożegnajcie go w sercu. Chwila skupienia i ciszy też może być hołdem, a może nawet cenniejszym niż ciągnące się w nieskończoność pochody za trumną, co oczywiście filmowane jest przez wszystkie media. Na wszystkim można zarobić, trzeba tylko wiedzieć, jak sprzedać dany „towar”, w tym wypadku żywy towar.
Nie odwiedzam plotków, pudelków, nie czytuję „moich imperiów” i innych tego typu szmatławców, które posiłkują się tylko i wyłącznie tym, że kradną prywatność innym ludziom, którzy są tacy sami jak my, z tą różnicą, że są popularnymi aktorami, muzykami, artystami, politykami. Nie mam z tymi portalami/gazetami styczności, a i tak wiem, że Mucha ma dziecko, Jolie kupiła Bradowi na urodziny wodospad, a Okupnik będzie nowym jurorem w X-factor. To jest wszędzie – włączę telewizor, patrzę a tu Cruise zjadł łożysko po narodzinach córki (szkoda kurwa, że dowiadując się o tym nie byłam w trakcie obiadu). A najbardziej dołujące jest to, że ludzie tego pragną, chcą o tym wszystkim wiedzieć.
Kiedyś uwielbialiśmy patrzeć jak na arenie gladiatorzy się mordują, jak na turniejach rycerze walą się toporami po głowie, oglądaliśmy egzekucje publiczne, które stanowiły główną rozrywkę. Dziś oglądamy pogrzeby i piękne śluby, czytamy o rozwodach, o tym, kto jest wredną zdzirą noszącą prawdziwe futro, i o tym, kto dziś idzie na odwyk. Cywilizacja ruszyła do przodu, czy też może jesteśmy tak samo ogarnięci przez pierwotne instynkty, co kiedyś, z tym, że forma naszej rozrywki nie wymaga, aż takiej ilości krwi? Chociaż… Może by jakaś gwiazdka w przyszłym tygodniu przypadkowo przedawkowała? Powoli robi się nudno.
Zdjęcie przedstawia ostatnią publiczną egzekucję w USA. „W 1936 roku w Owensboro w hrabstwie Kentucky odbyła się ostatnia publiczna egzekucja w USA. Ku uciesze 15 tysięcy „widzów” stracono 22-letniego Rainey’a Bethea.”