HISTORIA ROCKA, rozdział I – Rock and Roll cz. 2


I.2. Afrykańska energia
Wraz z powstaniem rock and rolla zaczęła się też zmieniać mentalność Amerykanów. Biali zaczęli kupować płyty czarnych wykonawców, czarni zaczęli grać dla białych; otwierały się oczy i uszy, powstawała przestrzeń dla rasowej tolerancji. „Czarna” muzyka miała wywrzeć olbrzymi wpływ na rozwój rocka. To czarnoskórzy wymyślili bluesa i to czarnoskórzy byli później najwybitniejszymi konkurentami Presley’a. Kto wie, czy nie byli od niego lepsi – często sami komponowali, sami sobie akompaniowali i niejednokrotnie tworzyli bardziej wizjonerską sztukę niż ówczesny idol nastolatków.
Little Richard – Here’s Little Richard (1957)
W przypadku tej płyty okładka mówi chyba sama za siebie – czysty żywioł. Możliwe, że jest to pierwszy, prawdziwie rock and rollowy album. Nie ma tu miejsca na chwilę wytchnienia. Kawałki następują jeden po drugim niczym kolejne salwy z karabinu. Każdy z nich niesie potężną dawkę wykrzyczanych wokaliz, zadziornych dęciaków i galopującego fortepianu.
Little Richard, kreowany na drugiego Elvisa, okazał się o wiele ambitniejszym artystą. Jego głośne i bezkompromisowe Tutti Frutti było tak dobre, że doczekało się wykonania przez samego Króla Rock’N’Rolla. Richard był też prekursorem zarówno hard rocka jak i soulu; inspirował między innymi Jamesa Browna, Boba Dylana i Michaela Jacksona, a słynna fraza „She’s got it” z jego utworu o takim samym tytule była z kolei wykorzystana przez Shocking Blue w międzynarodowym przeboju Venus. Nie da się ukryć, że sposób śpiewania tego amerykańskiego muzyka wyznaczył standardy dla rockowego wrzasku na blisko pięć dziesięcioleci. Słuchając takich piosenek jak Ready Teddy czy Long Tall Sally aż dziw bierze, że nagrano je w drugiej połowie lat 50. Tak jak pisałem wcześniej – czysty żywioł.
A teraz przekonajmy się, że AC/DC i Jimi Hendrix nie wzięli się znikąd:
Chuck Berry – Chuck Berry Is on Top (1959)
Mówi się, że Chuck Berry był lepszym kompozytorem niż wykonawcą. Nie zgadzam się z tym. Wolę raczej wspierać opinię, że Chuck Berry > Chuck Norris. To on wyznaczył kierunek, w którym miała pójść muzyka gitarowa. Był prekursorem późniejszych wiosłowych gigantów, takich jak Clapton, Hendrix czy Beck. Berry był też twórcą wielu gitarowych zagrywek, które następne pokolenia powtarzały w nieskończoność. Ten album to wspaniała wizytówka pierwszych lat jego muzycznej działalności – pełnej rock and rollowej energii i przebojowości. Możemy tu usłyszeć takie klasyki jak coverowany później przez Beatlesów, a zamieszczony wyżej Roll Over Beethoven, przełomowy Maybellene i najbardziej znany Johnny B. Goode, który współczesnemu odbiorcy nieodparcie kojarzy się ze spolszczoną wersją wykonywaną przez kabaret Ani Mru Mru. Ogółem, jest to bardzo smaczny kąsek muzyki.
Bo Diddley – Go Bo Diddley (1959)
Wraz z Berry’m, gitarową rewolucję wszczynał także inny czarnoskóry muzyk – Bo Diddley. Miejsca w historii nie zapewniły mu jednak ani przeboje (których nie miał zresztą wcale tak mało), ani dynamizm kompozycji, ale wyjątkowa innowacyjność jego gry. Był jednym z pierwszych, którzy zaczęli przetwarzać dźwięk gitary elektrycznej przez wszelkiej maści efekty. Na płycie z 1959 roku, Diddley osiągnął niesamowicie oryginalne brzmienie przepuszczając swojego Gibsona przez flanger – efekt uzyskiwany przez nadawanie lekko zmodulowanego i opóźnionego sygnału na oryginalny sygnał z instrumentu (wikipedia). Najlepiej ukazuje to, jak sama nazwa wskazuje, utwór Bo’s Guitar, będący w istocie gitarową solówką trwającą dwie i pół minuty. Była to ewidentna zapowiedź rocka psychodelicznego ery hipisów. Z kolei wstęp do The Clock Strikes Twelwe był inspiracją dla wielu hard rockowych riffów, między tych, które wyszły spod palców Jimmy’ego Page’a.
Ray Charles – The Genius of Ray Charles (1959)
Na koniec przyszedł czas na prawdziwego geniusza epoki. Ray Charles – wokalista, pianista i saksofonista, jest słusznie uważany za jedną z najważniejszych postaci w historii muzyki rozrywkowej. Chociaż nie nagrał zbyt wielu wybitnych albumów, jego wpływ na późniejsze gatunki jest wprost nieoceniony. Łatwiej byłoby wymienić te, których nie zainspirował, niż te, których był prekursorem. Ukształtował rhythm and bluesa, był ojcem soulu, idolem późniejszych rockmanów, odświeżył country, a sam siebie nazywał po prostu artystą rock and rollowym.
Tak wpływowy muzyk nie miał łatwego życia. Oślepł w wieku 7 lat, przez co wiele razy go oszukano. Bardzo szybko stracił też brata i rodziców. Ray zawsze występował w ciemnych okularach – siedząc za swym fortepianem wyśpiewywał piosenki z energią, ale też czułością. Jego wszechstronność doskonale obrazuje album The Genius of Ray Charles. Pierwsza połowa to żywe i głośne utwory rhythm and bluesowe, druga zaś prezentuje łagodniejszą odsłonę Charlesa – ballady wzbogacone akompaniamentem orkiestry smyczkowej. W otwierającym płytę Let the Good Times Roll możemy usłyszeć nieposkromione wokalizy, które tak bardzo będą się później kojarzyć z muzyką rockową. Lecz to nie czadem stoi ta płyta, ale unikalnym połączeniem rozbujanego dęciakami R&B, nastrojowego jazzu i pięknych melodii.
A jako, że powoli kończymy podróż po latach 50., warto wspomnieć jeszcze o najbardziej rock and rollowej artystce tamtych czasów – Brendzie Lee. Posłuchajcie piosenki, którą wykonała w wieku dwunastu lat:
Elvis może się schować.
Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie, [Online], Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod red. R. Dimery’ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].
Reklamy

HISTORIA ROCKA, rozdział I – Rock and Roll


Dobrze widzicie, to nie fatamorgana. Oto rozpoczynam długi cykl postów poświęconych szeroko pojętej muzyce rockowej. Nie sądzę, abym był w stanie objąć całe spektrum dokonań tego gatunku i zaprezentować go w sposób obiektywny i adekwatny – w końcu nie udało się to chyba nikomu. Moją ambicją jest zapoznanie Was (i przy okazji również siebie) z najważniejszymi momentami w historii tego, można chyba powiedzieć, najpopularniejszego stylu muzycznego ostatnich 57 lat. Warto wiedzieć skąd wywodzą się rytmy, które nas dzisiaj poruszają – kto je pierwszy wymyślił i zagrał. Warto poznać najdoskonalsze i najbardziej wpływowe albumy, mieć o nich pojęcie i rozszerzyć swoje muzyczne horyzonty. Oczywiście nie każda klasyka musi nas zachwycać – wiele ważnych dzieł nie przetrwało próby czasu i, choć zainspirowało wielu artystów, nie sprawia już dziś takiego wrażenia jak dawniej. Bez nich jednak nie byłoby tego, co przyszło później. Panie i Panowie – klasyka to klasyka, i klasykę trzeba znać.
Opis kolejnych etapów rozwoju rocka będzie oczywiście wybiórczy. Nie sposób wymienić choćby wszystkich najważniejszych wykonawców tego nurtu – zawsze pominie się kogoś istotnego. Postaram się jednak bezwarunkowo wspomnieć o tych artystach i płytach, których wpływ i uznanie nie podlegały przez lata dyskusji. Chciałbym też skupić się na podgatunkach, które są moją główną dziedziną zainteresowania, ponieważ o nich mogę powiedzieć najwięcej. W przypadku hard rocka, rocka progresywnego czy psychodelicznego postaram się o opis jak najpełniejszy – pojawią się wzmianki o wykonawcach szerzej nieznanych, lecz ważnych z punktu widzenia danego muzycznego światka.
Zapraszam więc do podróży przez kilkadziesiąt lat rozwoju muzyki rockowej. Mam nadzieję, że uda się nam ją zakończyć w dzień jej sześćdziesięciolecia – w roku 2014. Miłego czytania.
I.1. Rockabilly i reszta prehistorii
Przenieśmy się na początek 58 lat wstecz. Wyobraźcie sobie, że jesteście ustatkowanym obywatelem USA, a w telewizji pojawia się coś takiego:
Uwierzcie mi, że bylibyście tym o wiele bardziej zaskoczeni, niż gdyby dzisiaj zamiast „Wiadomości” wyemitowano teledysk Behemotha. Piosenka Rock Around the Clock w żywiołowym wykonaniu Billa Haley’a (jej oryginalnym wykonawcą był zespół Sonny Dae and His Knights) jest powszechnie uznawana za pierwszy nagrany utwór rock and rollowy. Została wydana na małej płytce w maju roku 1954, lecz, co zrozumiałe, nie od razu zyskała popularność. Aby zaistniała w amerykańskim przemyśle muzycznym, potrzebne było wykorzystanie jej rok później jako czołówki w filmie „The Blackboard Jungle” („Szkolna dżungla”). Ale rock and roll (a właściwie jego pierwotna forma, czyli rockabilly) był już wtedy popularny i miał swojego króla.
Rockabilly, będące de facto uproszczonym i przyspieszonym graniem bluesa, zostało rozpowszechnione przez jedną z najważniejszych postaci w historii światowej muzyki rozrywkowej. Mowa oczywiście o Elvisie Presley’u. Trudno znaleźć kogoś, kto nie słyszał o tym panu. Zaskakujący jest jednak fakt, że nasze pokolenie wykazuje brak choćby fragmentarycznej znajomości jego twórczości. Czy powodem jest niemodny już dziś sposób śpiewania? Lalusiowaty image? Zaraz, zaraz, przecież Presley był jednym z największych buntowników swoich czasów! Jego wizerunek i zachowanie uchodziły w tamtych czasach za ekstrawaganckie, a wręcz nieprzyzwoite. Wystarczy wspomnieć występ w telewizyjnej audycji Miltona Berle’a, gdzie jego kontrowersyjne ruchy biodrami wywołały skandal.
Warto w tym momencie nadmienić, że termin „rock and roll” wywodzi się z bluesowego slangu i oznacza po prostu akt seksualny. W odniesieniu do nowopowstałego gatunku muzyki, jako pierwsi zaczęli go używać dziennikarze promując czarnoskórych, rhythm and bluesowych wykonawców wśród białej publiczności. To właśnie z takiego grania wywodzi się interesujący nas nurt. Na rock and roll wpływ miały również: muzyka country (to z jej słuchaczy wywodziło się wielu jego późniejszych entuzjastów), a także boogie i pośrednio jazz. Przełomowym momentem było spopularyzowanie prostej, lecz żywiołowej gry na gitarze elektrycznej, którą możemy usłyszeć w pierwszych piosenkach naszego Elvisa. Czegoś takiego przed 1954 rokiem jeszcze nie było. Do tego dochodziły młodzieńcze, oddające ducha czasu teksty oraz frywolne, buntownicze zachowanie. Nic dziwnego, że nasz bohater stał się idolem ówczesnych nastolatków. Wraz z nim oliwy do ognia dołożyli Carl Perkins oraz Jerry Lee Lewis – pierwszy prawdziwy rockowy skandalista (ożenił się ze swoją 13-letnią kuzynką). Ikoną tamtych czasów pozostaje jednak Presley. Dlaczego? W 1956 roku wydał pierwszą z płyt, które nazywamy dzisiaj „klasykami”.
Elvis Presley – Elvis Presley (1956)
W tamtych czasach nie mówiono o albumach jako o dziełach sztuki. Traktowano je raczej jako zbiór kilkunastu piosenek, w żaden sposób ze sobą niepowiązanych. Często była to po prostu kompilacja singli nagranych w danym okresie przez artystę. Podobnie było z debiutanckim krążkiem Króla Rock’N’Rolla. Mimo to, okazał się on ponadczasowy i nawet dzisiaj brzmi zaskakująco korzystnie. Oczywiście jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia – nie spodziewajmy się wyważonej studyjnej obróbki po pozycji sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Album uchwycił jednak doskonale klimat swojej epoki i stał się najlepszym świadectwem chwili, gdy rodziła się muzyka rockowa. Usłyszymy tu pełne energii piosenki takie jak I Got a Woman czy One-Sided Love Affair, a przede wszystkim ponadczasowy Blue Suede Shoes, który słyszał chyba każdy, kto kiedykolwiek włączył radio. Mamy tu też sporo miłosnych ballad będących znakiem rozpoznawczym Presley’a. Nastrojowa, okraszona pogwizdywaniem I Love You Because, a także wykrzyczana Tryin’ to Get to You wprowadzają do krążka nieco nostalgii.
Jeśli chcemy zapoznać się z pierwotnymi czasami rock and rolla, debiut Elvisa to najlepszy wybór na początek. Dla zachęty, zapraszam do wysłuchania tego klasycznego kawałka (skomponowanego i wykonywanego wcześniej przez Carla Perkinsa):
Fats Domino – This Is Fats (1956)
Rok 1956 to też data wydania słynnego albumu jednego z najpopularniejszych piosenkarzy rhythm and bluesowych lat 50. – This Is Fats Fatsa Domino. Ten przemiły, czarnoskóry wokalista zaserwował na nim całą masę chwytających piosenek opartych na fortepianie, które zainspirowały główny nurt muzyki popularnej w następnej dekadzie, włączając w to The Beatles. Ten autoironiczny artysta był również protoplastą rock and rolla – jego debiutancki utwór z 1949 roku zatytułowany The Fat Man stanowił wzorzec dla wielu późniejszych wykonawców grających ten gatunek. Dzisiaj jednak najbardziej cenimy go za przepiękną balladę Blueberry Hill, która ukazała się na This Is Fats, a której skomplikowany proces nagrywania (wiele podejść, zapominanie przez Fatsa tekstu, sklejanie ścieżek) obrósł legendą.
W połowie lat 50., kiedy rodził się rock and roll, zadebiutowali niesamowicie kreatywni, czarnoskórzy wykonawcy. Ich działalność stanowiła swoisty przełom i to nie tylko na tle muzycznym. Ale o tym w następnym artykule.
Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie. [Online]. Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod. red. R. Dimery’ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

System of a Down, "Toxicity" (2001)


Dziesiąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Dzisiaj prawdziwa petarda – płyta, która zyskała uznanie na całym świecie, w tym także w Polsce.
System of a Down – Toxicity (American)
„Ja przy Systemie kładłam się do łóżka”, „Nawet kupiłem sobie oryginał”, „Niezły metal, fajne to było”, „Jedyny metal, który mi się kiedykolwiek podobał”, …
Mam propozycję: przejdźcie się po ulicy i jak zobaczycie jakiegoś młodego człowieka, zapytajcie się, czy słuchał tej płyty. Uwierzcie mi, że nawet ci, którzy nie lubili SOADu, też jej słuchali. Nie można było inaczej.
Jak wyjaśnić fenomen tego najbardziej rozpoznawalnego metalowego bandu lat zerowych? Zadziałało tu chyba to samo, co w przypadku Linkin Park. Najlepsze elementy stylu zostały podane w sposób skondensowany, dopracowany, wraz z olbrzymią dawką melodii. Na korzyść Systemu, zadziała tu także oryginalność. Wystarczy wspomnieć niesamowicie charyzmatyczny wokal (zwłaszcza Serja Tankiana), ludowe inklinacje czy wykorzystanie bałałajki (!). System wynalazł również, sobie tylko właściwy, patent na łączenie fragmentów wyciszonych z wybuchami ekspresji bez uczucia kontrastu. Słysząc taką mieszankę, ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że coś tu do siebie nie pasuje. Weźmy na przykład klasyk: Chop Suey! – ciężkostrawne zwrotki przeplatane patetycznym, hymnicznym, ale także niesamowicie chwytliwym refrenem. To jeden z tych metalowych kawałków, które mogą wywołać prawdziwie romantyczne wzruszenie. Podobnie jest z utworem tytułowym – hymn pokolenia, bez dwóch zdań.

Somewhere, between the sacred silence and sleep,

Disorder, disorder, disorder.

A jeśli ktoś jeszcze wątpi w uniwersalność tego dzieła, powiem, że mama słysząc z mojego pokoju któryś z kawałków Systemu powiedziała: „To jest dobre”. I miała rację.
Na koniec powróćmy jeszcze do chwili, kiedy pierwszy raz zaskoczyła nas zmienność nastrojów tego ikonicznego dla SOADu utworu:

Fennesz, "Endless Summer" (2001)


Dziewiąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Przyjrzymy się dzisiaj elektronice na miarę 2001 roku.
Fennesz – Endless Summer (Mego)
To jedna z najbardziej cenionych i lubianych płyt z muzyką elektroniczną tej dekady.
W ostatnich latach nastąpił prawdziwy wysyp elektronicznych projektów, przez co oryginalność na tym polu była niesamowicie trudno osiągalna. Fenneszowi się udało. Jego Endless Summer to album przemyślany i doskonale dopracowany w każdym szczególe. Trzaski i zgrzyty są tu dobrane w sposób logiczny i zamierzony, a wszystkie kompozycje cechuje różnorodność: od atakującego, chaotycznego Made In Hong Kong, przez ambientowy A Year In A Minute i Shisheido o niemal piosenkowej strukturze, aż po wieloczęściową kompozycję tytułową. Niemały wpływ wywarła tu obecność gitary akustycznej, co w elektronice zdarza się niezwykle rzadko. Do tego album w całości mieści się na vinylu – to kolejna cecha wyróżniająca go na tle sceny, w której selekcja materiału i umiar jest w obecnych czasach rzadkością (ktoś kojarzy stare, przemyślane albumy Jeana Michela Jarre’a albo Tangerine Dream?). Fennesz postarał się też, aby poszczególne utwory nie były jednostajne – ich nastrój ewoluuje, a główny motyw zmienia się niekiedy aż kilka razy. Jest to rzecz obca dla większości współczesnych „elektronicznych” wykonawców.
Na Endless Summer ważny jest klimat – muzyka zabiera nas na piaszczyste plaże skąpane w blasku zachodzącego Słońca, podobnie jak wczesna twórczość grupy The Beach Boys skompilowana przed laty na albumie o tym samym tytule. Warto mu się przyjrzeć i porównać, jak zmieniło się dźwiękowe postrzeganie „niekończącego się lata” na przestrzeni kilku dekad.

A teraz zapraszam w objęcia tej zdecydowanie nienowoczesnej wizualizacji:

Wielkie Powroty


Kazik Staszewski śpiewa na ostatniej płycie, że czasy są coraz cięższe, życie szybsze, a radości coraz mniej: „na szczęście odłożyłem trochę pieniędzy”. Najwyraźniej te problemy dotykają wszystkich muzyków, nie tylko tych polskich. Przy czym nie wszyscy te pieniądze zdążyli odłożyć. 
The Animals we Wrocławiu? What?
Zespół The Doors ogłosił, że rusza w trasę koncertową. Niestety, Jim Morrison nie zmartwychwstał: zastąpi go wokalista grupy The Cult, Ian Astbury. Decyzja ta wzbudziła burzę wśród fanów. Jak zawsze pojawiły się dwa obozy: zwolennicy chwalą pomysł i już zacierają ręce na nadchodzące koncerty, przeciwnicy kręcą nosem narzekając, że bez Morrisona to nie to samo. Czy jest to totalnie amoralne zachowanie nastawione na wyciąganie pieniędzy, czy dopieszczanie fanów i delikatne pielęgnowanie legendy? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, pewne jest co innego: nie jest to nowa praktyka.

W 2006 roku, przed Wrocławskimi juwenaliami na Polach Marsowych, studentami wstrząsnęła nowina: przyjedzie The Animals. Grupa będąca supergwiazdą w latach 60, autorzy przeboju „House of The Rising Sun”: żywe legendy. Po szybkim sprawdzeniu informacji okazało się że nazwa „The Animals” nadana jest trochę na wyrost: w rzeczywistości z oryginalnego składu przyjechał jedynie perkusista, John Steel. Posiłkując się historycznym wydaniem „Słowa Polskiego Gazety Wrocławskiej” można dojść do wniosku, że skład składem, ale była zabawa, a i można było się klimatycznie pokołysać przy wspomnianym wcześniej przeboju. Nieco inną opinię wyraziła Gazeta Wyborcza: „To co wydarzyło się na Polach Marsowych, przekroczyło już wszelkie granice – bezczelności, dobrego smaku i muzycznej indolencji”.  Niestety, sam nie miałem przyjemności (?) uczestnictwa, więc ten historyczny już spór pozostanie tutaj nierozstrzygnięty.

Wspomnieliśmy już o dwóch wielkich zespołach minionej epoki, nie sposób zapomnieć o trzecim: Queen. Podobnie jak w przypadku Doorsów, ogromną rolę odgrywał w nim charyzmatyczny, nieżyjący już wokalista: Freddie Mercury. Jeśli wierzyć szalejącym na forach internautom, przewraca się on aktualnie w grobie. Czemu? Zespół ogłosił powrót do czynnej aktywności, nową trasę koncertową, a kto wie czy nie nową płytę. Najwięcej kontrowersji wzbudza news, według którego do współpracy ma zostać zaproszony nie kto inny jak Lady Gaga. I ponownie dochodzimy do trudnego pytania: odważny eksperyment muzyczny, czy podpieranie się znanym nazwiskiem aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy?

Wielkie powroty zawsze budzą wiele kontrowersji. Ale nie zawsze są to tylko ostatnie podrygi i próby dorobku: wspomnieć wystarczy chociażby AC/DC, które po śmierci Bona Scotta (mimo głosów, że bez niego nic nie będzie już takie samo) powróciło z rewelacyjną płytą Back in Black i tak samo skrzeczącym Brianem Johnsonem, czy też jedyny i niepowtarzalny koncert Led Zeppelin w O2 Arena z 2007 roku. Najważniejsze jest wyczucie chwili, ale szczęście również odgrywa niebagatelną rolę: czasami po prostu się uda.

A Wy co myślicie o takich powrotach? Wstyd i hańba, czy super sprawa?

W międzyczasie zaś polecam odkryty po latach kawałek Doorsów: She Smells So Nice, nagrany jeszcze z Morrisonem.

The Strokes, "Is This It" (2001)


Ósma odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.

Rok 2001 czas zacząć – nadchodzi wielka, indie rewolucja! …

The Strokes – Is This It (RCA)
Rzadko zdarza się, aby tytuł płyty tak dosłownie opisywał jej zawartość. Słuchając bowiem tego krążka po raz pierwszy, na usta od razu ciśnie się pytanie: „Is This It?!” Parafraza: „czy to naprawdę jest ta płyta, którą tak chwalą zachodnie media?!” Is This It to także tytuł pierwszego, najkrótszego utworu na albumie. Jak go znasz – znasz wszystkie jedenaście; są takie same. Można też posłuchać Last Nite, bo ma fajną melodię.

O The Strokes trzeba powiedzieć, że swym debiutem określili klimat mainstreamowego rocka na najbliższe dziesięć lat. Usłyszymy tu najpopularniejsze gitarowe patenty tej dekady, wielokrotnie powielane przez różne małpy. W odróżnieniu jednak od swoich naśladowców, Stroeksi przedstawili muzykę szczerą, bo wypływającą z serca i, a może przede wszystkim… Z nudy. Ich piosenki doskonale ilustrują popołudniową nudę, muzycy grają tak, jakby im się nudziło, a też same piosenki są na dłuższą metę nudne. Ale czyż nie taki właśnie album powinien być reprezentantem głównej sceny rocka lat zerowych?

Warto wspomnieć, że bas jest tutaj na poziomie – nie gra za dużo, ale właśnie tyle ile potrzeba. Perkusja jest sucha i do bólu prosta, ale jest to jak najbardziej uzasadnione. O gitarach już pisałem, lecz dodam, że można było podarować sobie solówki. Ich prostota i niechlujstwo są zamierzone, jednak szkoda, że właśnie na takich wychowali się ci wszyscy indie-naśladowcy. A wokalista specjalnie śpiewać nie umie, ale robi klimat. Klimat lat zerowych, moi drodzy.

A oto teledysk – do bólu prawdziwy, a w dodatku nagrany na żywo (!):

Vader, "Litany" (2000)


Siódma odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Dzisiaj zapoznamy się z pierwszym polskim albumem w cyklu, który zaprezentuje wkład naszego kraju w muzykę roku 2000. Rok ten obfitował u nas przede wszystkim w nagrania kapel „góralskich”, takich jak Brathanki czy Golec uOrkiestra. Nie ma jednak sensu ich tutaj wymieniać, gdyż było to zjawisko jedynie lokalne, nie mające miejsca gdzie indziej na świecie. Natomiast ciężka odmiana metalu, jaką prezentuje Vader, zyskała uznanie w wielu krajach poza Polską.
Jako, że na tym gatunku muzyki się nie znam, płytę Litany opisał Artur „Asarath” Ślipko – dobry znajomy ze studiów.
Vader – Litany (Metal Blade Records / Metal Mind Productions / Avalon/Marquee)
Słuchając Litany aż dziw człowieka bierze, że rok 2000 nie był rokiem apokalipsy. Toż ta płyta to czyste pandemonium! Od niszczącego „szlagieru” Wings (tak, wiem – epitet „niszczący” być może jest nadużywany w przypadku wielu death metalowych krążków/utworów, ale wystarczy zobaczyć co się dzieje na koncertach zespołu Generała w czasie grania wyżej wymienionego, żeby dojść do wniosku, że to jednak bardzo dobre określenie), przez równie hiciarskiego Xepera i Cold Demons (FIRE!!!), aż po Final Massacre, który akurat już wcześniej znalazł się na Reborn In Chaos, jednak, moim przynajmniej zdaniem, prawdziwą masakrą (w tym pozytywnym oczywiście słowa znaczeniu!) stał się właśnie na Litany.
Mimo cholernie szybkich, nawet jak na Vadera, temp płyta ani nie nudzi, ani nie zostawia w słuchaczu niedosytu. Robota… Przepraszam, sztuka jakiej dokonali tutaj Peter, Mauser, Shambo i Docent plasuje ten album zdaniem wielu fanów wyżej od osławionego De Profundis. Nieobeznanym z ekstremalnym metalem powiem tylko tyle, że to tak jakby skoczyć wyżej własnej d***. Średnia 92% na metal-archives.com mówi sama za siebie – jest tu wszystko czego największy nawet smakosz śmierć-metalu może oczekiwać. Perkusja nagrana tak precyzyjnie, że aż trudno uwierzyć, że mógł siedzieć za nią człowiek (kunszt Docenta, o którym fani ekstremy nigdy nie zapomną), solówki na których Peter dał się wyszaleć Mauserowi, bas Shamba i wreszcie same kompozycje Wiwczarka… Chyba najkrwawsza z bitew rozegranych przez Generała!
Nawet jeżeli Vader nie odkrył tutaj Ameryki, to udowodnił, że stara gwardia wciąż jest w stanie nagrywać płyty, przy których większość młodych zespołów brzmi jak wystrzał z kapiszona przy huku z B-4. I chociaż Vader wciąż nagrywa świetną muzykę (żeby wspomnieć chociażby Immpresions in Blood czy Welcome to Morbid Reich) to za ostatnią Wielką Płytę Petera wielu uważa właśnie ten krążek. Nieznajomość tego materiału w przypadku fana death metalu to nie tyle nietakt, co zwyczajny wstyd.
Artur „Asarath” Ślipko
Aby nie być gołosłownym, oto teledysk promujący w swoim czasie Litany:

Goldfrapp, "Felt Mountain" (2000)


Szósta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Tym razem zapraszam do zapoznania się z płytą pewnej niecodziennej artystki.
Goldfrapp – Felt Mountain (Mute)
Świat muzyki ostatnich lat pełen jest postaci skandalizujących, zwariowanych i robiących dosłownie wszystko, by zostać zauważonymi przez media. Ze świecą jednak szukać tak oryginalnych i twórczych osobistości jak Alison Goldfrapp, która chyba słusznie została uznana za ikonę „nowoczesnego” stylu. Płyta Felt Mountain z 2000 roku to dowód nieprzeciętnych ambicji projektu nazwanego od jej nazwiska (drugim członkiem jest pozostający w cieniu producent Will Gregory). Muzyka na niej zawarta zaprasza nas do tajemniczego świata ośnieżonych gór, gdzie kryje się mnóstwo sekretów i niedopowiedzeń.
W otwierającym album utworze Lovely Head, na tle podkładu niczym ze ścieżki dźwiękowej Bonda, pojawia się gwizdanie tak poruszające i piękne jak nigdy wcześniej, ani nigdy później. Dalej słyszymy łkający, analogowy syntezator oraz zamyślony i poważny głos Alison przypominający nieco Kate Bush z okresu The Sensual World (swoją drogą przyda się w najbliższym czasie post, który przybliży naszym Czytelnikom tę wyjątkową dla historii muzyki rozrywkowej postać). Podobnie zagadkowy i podniosły klimat utrzymuje się do końca płyty, jednak z każdym utworem coraz bardziej wciąga i zaskakuje. Kiedy Goldfrapp w przerażającym Human powtarza wciąż frazę: „Are you human?”, naprawdę można zwątpić. Dalej jest coraz piękniej i coraz bardziej fantasmagorycznie. Czy to w nieco kabaretowym Deer Stop, czy w balladowym Pilots (niesamowite wokalizy!), czy w utopijnej Utopii, duet raczy nas muzyką najwyższych lotów. Ale to nie wszystko, bo mamy tu też kawałki instrumentalne (a ściślej mówiąc: kawałki bez tekstów): weselszy od reszty utwór tytułowy i zwariowany niczym Sierżant Pieprz Ooompa Radar. Właściwie każda kolejna piosenka niesie ze sobą coś wyjątkowego, a przy tym nie zaburza spójności całego albumu.
Felt Mountain to płyta dobra i przemyślana – nic dziwnego, że zyskała uznanie zarówno krytyków jak i zwykłych słuchaczy. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – nie tylko fani trip hopu, do którego to gatunku jest często zaliczana.
Na koniec zapraszam do obejrzenia teledysku promującego album:

The Avalanches, "Since I Left You" (2000)


Piąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.

Dzisiaj pierwszy w cyklu album elektroniczny.

The Avalanches – Since I Left You (Modular Recordings)
Gdyby ktoś zapytał mnie kiedyś, co najlepiej określa klimat dekady zerowej, poleciłbym mu ten właśnie album. Tu jest dosłownie wszystko. Australijczycy z The Avalanches dokładnie przewidzieli przebieg rozwoju muzyki rozrywkowej początku XXI wieku, a może i późniejszej (ale o tym jeszcze nie wiemy). Since I Left You to swego rodzaju koncept, bowiem płyta jest przemyślana jako całość. Mógłbym ją też nazwać muzyczną pocztówką – zamiast krajobrazu, muzyczna uczta definiująca klimat tego dziesięciolecia.

Nasza „lektura” rozpoczyna się od hitowego utworu tytułowego. We wstępie słyszymy hiszpańską gitarę, potem art rockowe flety, orkiestrę z ery disco i wreszcie „nowocześnie” podwyższoną komputerowo, uroczą wokalizę. Na płycie znalazł się też całkiem przyjemny remix elektroniczny Boney M (Live at Dominoes) wieszczący modę na niszczenie wspaniałych piosenek (ktoś pamięta Say Say Say?), a także mix dyskoteki z patetyczną orkiestrą (Frontier Psychiatrist). Znajduje się tu mnóstwo muzyki klubowej, raz pomieszanej z rapem (Flight Tonight), raz z muzyką relaksacyjną (A Different Feeling), innym razem z anielskim chórem (Electricity). Mamy jazz, musical, klasykę, drum ‚n’ bass, techno, jakichś hipisów, lata 60., 70., 80., 90., a przede wszystkim zerowe. Mamy też Avalanche Rock wyrażający dobitnie, co stało się z mainstreamowym rockiem w ostatnim dziesięcioleciu. Jednym słowem, prościej byłoby wymienić to, czego tutaj nie ma.

Dlaczego jest aż tak różnorodnie? Odpowiadam: to wszystko sample. Australijczycy posklejali ze sobą fragmenty setek piosenek pochodzących z całej historii muzyki rozrywkowej i stworzyli album, jakiego jeszcze nie było. To niesamowita mieszanka, a do tego paradoksalnie spójna. Zupełnie jak dekada, w której powstała.

A dla zachęty – zabawny i uroczy teledysk do najbardziej znanego fragmentu płyty:

Gdzie oni są?


„Gdzie oni są? (…) Zabrakło ich, choć zawsze było ich niewielu” – to słowa otwierające „Białą Flagę” zespołu Republika. Wyjmując je całkowicie ze spójnych ram koncepcji utworu pomyślałem o artystach, którzy zbyt szybko odchodzą. Artystach, godnych tego mienia, bo dziś zbyt łatwo jest ono zawłaszczane przez nieodpowiednich ludzi – celebrytów. Artystach, których nie bardzo mamy kim zastąpić, szczególnie na dość ograniczonej polskiej scenie muzycznej. Dziś mija 10. rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego wokalisty, front mena Republiki – artysty niezastąpionego.
Sama kapela powstała na początku lat 80. wyrastając z popularnego wówczas punkowego nurtu. Prosty przekaz, prosta muzyka, dużo ekspresji, dużo krzyków – „trzy akordy darcie mordy”. Ozzy Osbourne wspominając własne początki mówił, że były to czasy kiedy do bycia muzykiem wystarczył jedynie sprzęt, a już niekoniecznie umiejętności. Wypada na to, że realia przekładały się tym bardziej na Polskę, gdzie możliwość zdobycia instrumentów była znacznie ograniczona. Szybko jednak ten typowo punkowy stereotyp Republika przełamała wychodząc dalej. O co najmniej dwa kroki, wymagając od przeciętnego słuchacza zaangażowania, bo prawdziwy przekaz utworów drzemał zakamuflowany za liryką tekstów Grzegorza Ciechowskiego. Trzeba było się przebić przez labirynty poezji – niezawodną barierę dla cenzury, aby dostrzec jak wiele emocji z sobą niosą. W krzykach Ciechowskiego na Jarocinie w 82’ zawarta była cała rozpacz trawiąca pokolenie.
Nie tylko teksty wyróżniały Republikę z fali muzyki lat 80. ale też brzmienie, które z biegiem czasu przeradzało się w swego rodzaju polską awangardę. Bardzo możliwe, że – jak to nierzadko bywa z wszelką awangardą – mogliby pozostać niezauważeni, pominięci, niszowi gdyby nie ojciec sukcesów wielu muzyków – Marek Niedźwiecki z Programu 
Trzeciego Polskiego Radia. Wziął ich pod swoje skrzydła organizując nagrania oraz dbając, aby później regularnie trafiały na antenę Trójki. Bardzo szybko Republika stała się popularna, słuchana, śpiewana, tańczona i… wyznawana. Ich symboliczne kolory: czerń i biel – skrajność i wyrazistość – były alternatywą dla miałkiej szarości PRL-u. Zaś w latach 90. już po transformacji stały w opozycji do jaskrawo-efekciarskiej fali popularności muzyki Disco Polo. W kapitalistycznej Polsce, która zacznie rodzić masowo swoje tandeciarskie gwiazdy jednego wieczoru Republika stała tam gdzie stała 10 lat wcześniej – z boku, uważnie się przyglądając.

Zespół zakończył swoją działalność, gdy 22 grudnia 2001 r. Polskę obiegła wiadomość o śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Zmarł podczas operacji tętniaka serca. Artysta, jak już wspomniałem na początku, niezastąpiony. Człowiek, który w gruncie rzeczy stał za sukcesem Republiki. To on komponował i pisał teksty większości ich utworów. Nie był z pewnością wybitnym wokalistą, ale to ile emocji, ile zaangażowania w to wkładał składało się na jego prawdziwość. Artysta, który nie kreuje swojej otoczki tańcząc, skacząc czy wywijając tyłkiem na scenie. Artysta, który robi to co potrafi najlepiej – gra i śpiewa, z niebywałym poziomem ekspresji, a to jak magnes przyciąga do siebie i sprawia, że po dziś dzień ciary przechodzą po plecach.
We współczesnej Polsce bycie artystą sprowadza się raczej do zasiadania w jury jednego z miliona telewizyjnych show czy zostania bohaterem pierwszej strony Super Expressu. Środki masowego przekazu serwują nam piękną papkę, papkę w którą zamieni się wkrótce nasz mózg. Popularyzujemy muzykę miałką, bezwartościową, bo dziś muzykę się produkuje nie tworzy. W takich realiach odejście wielkich muzyków – Riedel, Ciechowski, Niemen, Nalepa – to tragedia dla sztuki. Nie możemy o nich zapomnieć, bo mało jest takich o których warto pamiętać.