"Wenus i Mars" Botticellego.


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszym wydaniu tygodnika malarskiego nadeszła kolej na obraz renesansowego malarza Sandro Botticellego o tytule „Wenus i Mars”. Jest to jedno z nielicznych (obok między innymi innej znanej szeroko bogini miłości z „Narodzin Wenus” ) płócien o mitologicznej tematyce pędzla tego florenckiego mistrza. Spójrzmy teraz na obraz.
Oczom naszym ukazują się rzymska bogini miłości, Wenus, oraz patron wojny, Mars, spoczywający wspólnie na łączce po miłosnych figlach. Zapożyczeni z mitologii greckiej, pod zmienionymi imionami, Wenus z Marsem nie różnią się wiele od Afrodyty i Aresa, tak charakterem jak i identycznymi do znanych już Hezjodowi perypetiami. Najpiękniejsza z bogiń, nieszczęśliwa w związku z kulawym i brzydkim bogiem-kowalem Hefajstosem (lub Wulkanem jako jego rzymskim odpowiednikiem) chętnie oddawała się miłosnym harcom z pięknymi śmiertelnikami (z urodziwym Adonisem) czy też z postawnym i wspaniale wyrzeźbionym bogiem wojny. Po opisy ich miłosnych perypetii i zemstę Hefajstosa na kochankach odsyłam do którejś antologii mitów greckich, po przedstawieniu postaci skupmy się dalej an obrazie.

Prócz pary miłośników w tle harcuje gromadka satyrów. Te na pół ludzkie, na pół koźle złośliwe wiecznie podchmielone istotki z orszaku boga wina, Dionizosa (lub rzymskiego Bakchusa) dokazujące swoimi kudłatymi przyrodzeniami od zawsze kojarzone były z płodnością i erotyzmem. Nic więc dziwnego, że znajdują się tutaj, w chwilę po miłosnym spełnieniu boskiej pary.

Zwrócić uwagę może fakt pełnego odziania Wenus i kontrastujący z jej postawą negliż boga wojny. Mars zasnął zmęczony miłosnymi figlami, zaś Wenus spoczywa odziana. W strój bynajmniej nie helleński lub rzymski, ale w suknię typowo renesansową. Motyw częsty, który poruszyłem już w jednym z wpisów o malarstwie Boscha, przedstawiający postaci w garderobie współczesnej twórcy. Podobnie pancerz boga wojny. Jego hełm nie przypomina tych noszonych przez hoplitów, wygląda żywo jak XV-wieczna rycerska ochrona głowy.

Co jednak znaczyć może sen Marsa i dumne wejrzenie Wenus? Najpewniej obrazuje znane prawidło, że miłość (czyli akt cielesny) odbiera siły mężczyźnie – które ulatywać mają zeń w momencie ejakulacji, zaś dodają je kobiecie. Nic więc dziwnego, że wycieńczony kolejną ciężką „bitwą” bóg wojny odnowić musiał swoje siły po stoczonym „pojedynku”.

Można spojrzeć na to też z innej strony. Odziana, triumfująca Wenus, rozerotyzowane satyry bawiące się porzuconym puklerzem śpiącego Marsa mogą być niczym innym jak alegorycznym triumfem miłości ponad wojną.

Ostatecznie, uwagę zwracać może też jeden mały szczegół, znajdujący się w prawym dolnym rogu. Zieleni się tam niepozornie mała roślinka. Jest to nic innego jak znany już w starożytności bieluń, zawierająca substancje wywołujące halucynacje, a do tego mocno podwyższająca temperaturę ciała. Nic więc dziwnego, że bóg wojny zdarł z siebie pancerz i szaty, rozgrzany i odurzony bieluniem oraz pięknem Wenus oddaje się teraz zapewne pięknym wizjom, w których zapewne przewija się spoczywająca obok bogini.

Dziękuję za uwagę, w przyszłym tygodniu również przyglądać się będziemy drobnym szczegółom, tym razem na jednym z obrazów kolejnego florenckiego artysty, Domenico Ghirlandaio. Serdecznie zapraszam, do usłyszenia.

John William Waterhouse, "Hylas i nimfy".


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej odsłonie malarskiej obejrzymy neoklasycystyczny obraz Johna Williama Waterhouse’a pod tytułem „Hylas i nimfy”. Malarz ów specjalizował się w przelewaniu na płótno rodzajowych scenek mitologicznych i inspirowanych legendami. Jeden z takich obrazów obejrzymy dziś.

Przenieśmy się teraz na pokład mitycznej Argo. Oto Jazon na czele gromady herosów wypływa na niej z Iolkos do Kolchidy w poszukiwaniu Złotego Runa. Pośród wielkimi herosami, takimi jak Tezeusz czy Meleager jest także i Hylas. Młodzieniec, ulubieniec Heraklesa, uprosił zabranie go na wyprawę. Właśnie lądować mają u brzegów Myzji.

Tam Herakles poleca swojemu wychowankowi poszukać źródła i zaczerpnąć wody. Chłopiec udaje się na poszukiwania. Odnajduje źródełko i zaczyna zeń czerpać. Ku jego zdziwieniu, z przejrzystej toni wyłania się kilka najad, nimf rzecznych, zwabionych pięknością młodzieńca.


Ten właśnie moment uchwycił Waterhouse. Siedem nagich nimf wychynia spośród nenufarów, spoglądając zalotnie w oczy młodzieńca. Ten zapomina o wodzie, o Heraklesie, Argonautach i wyprawie. Podąża za nimi wgłąb, oczarowany ich pięknością.

Na wybrzeżu Herakles niecierpliwie oczekuje powrotu wychowanka. W końcu sam udaje się na jego poszukiwania. Odnajduje tylko bukłak, z którym nad wodę poszedł młodzian. Sam Hylas zaginął.

Towarzysze naglą herosa, zbliża się czas odbicia od brzegów Myzji. Ten jednak odmawia, zdeterminowany by odnaleźć druha. Drużyna rozwija żagle i udaje się w morze, pozostawiając Heraklesa na brzegu. Ten wciąż szuka Hylasa.

Co się z nim stało? Niestety, uwiedziony przez nimfy tonie w odmętach, a boginki zabierają jego ciało do swej podwodnej domeny, gdzie cieszą się jego pięknością, która teraz należy już do nich, i tylko do nich.

Waterhouse, korzystając z ram dobrze znanego mitu zdaje się ostrzegać przed zagrożeniami płynącymi z cielesnej miłości. Dosłowne „zatopienie się” Hylasa przestrzegać może nas przed zbyt głębokim „zatopieniem się” w czyjejś urodzie, fascynacją daną, pociągającą nas fizycznie osobą, co przynieść może dla nas, tak jak i przyniosło biednemu Hylasowi, zgubne konsekwencje. Ilu z nas słuchając podszeptów uczucia czyniło często rzeczy, które rozum od razu napiętnowałby jako głupie, niebezpieczne czy uwłaczające. Niemniej, głusi na rozum, upojeni i „zatopieni” w czyimś uroku czynimy wbrew rozsądkowi, często finalnie boleśnie zderzając się z rzeczywistością.

Takim ostrzeżeniem zakończyć pragnę dzisiejszy wpis, dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i zapraszam jednocześnie za tydzień, gdzie przyjrzymy się dziełu renesansowego malarza florenckiego, Sandro Botticelliego.

Obraz zaczerpnięty stąd.

Bosch po raz trzeci, ostatni. "Śmierć skąpca".


Witam Państwa serdecznie, dzisiejszą, trzecią już odsłonę malarstwa Hieronima Boscha rozpoczniemy nie przedstawieniem obrazu, ale średniowiecznego wiersza „Skarga umierającego”, będącego prawdopodobnie polskim przekładem czeskiej pieśni. Oto odchodzący człowiek wypomina sobie źle przepędzone życie i prosi Boga o zmiłowanie. Lektura tego wiersza przybliży nam mentalność człowieka epoki średniowiecza tak za jego życia jak i w chwili śmierci, co będzie odniesieniem do omawianego obrazu, „Śmierci Skąpca”.

Ach! Moj smętku, ma żałości!

Nie mogę się dowiedzieci,
Gdzie mam pirwy nocleg mieci,
Gdy dusza z ciała wyleci.

Byłżem s młodości w rozkoszy,
Nie usłałem swojej duszy,
Już stękam, już mi umrzeci,
Dusza nie wie, gdzie się dzieci.

Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.

Dziatki s matką narzekają,
Bracia mię w rzekomo żałują,
Ku jimieniu przymierzają,
Na mą duszę nic nie dbają.

Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!

Fałszywy mi świat powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał,
Wczora mi tego nie powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał.

Gdzie ma siła, ma robota,
Głupiem robił po ty lata:
Ośm miar płotna, sidm stop w grobie,
Tom tylo wyrobił sobie.

Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.

Jałmużnym nędznem nie dawał,
Ofierym Bogu nie czynił,
Ni z pirwiny, ni z nowiny
Bogum nie dał z siebie winy.

Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.

Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.

Młotem moje pirzsi biją,
Dusza nie śmie wynić szyją;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

Nie gdzie się przed Bogiem skryci,
Dusza nie śmie przed sąd jici;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

O duszyco, drogi kwiecie,
Nic droszego na tem świecie,
Tanieś się diabłu przedała,
Iżeś się w grzeszech kochała.

Pamiętaj coś na chrzcie ślubowała,
Gdyś się diabła otrzekała,
Jego pychy, jego działa –
Toś wszytko przestępowała.

Kwap się rychło ku spowiedzi,
Kapłany w swoj dom powiedzi,
Płacz za grzechy, przymi świątość,
Boże Ciało, święty olej!

Rolą z domem dziatkam podaj,
Coś urobił za duszę daj,
S jimienia przyjacioł nabywaj,
Coć przyłączą twą duszę w raj.

Zbierz gniewliwe i dłużniki,
Odproś, zapłać pieniądz wszelki:
Za jeden pieniądz w piekle być –
Na wieki stamtąd nie wyniść.

Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!

Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.

Zażżycie-ż mi świeczkę ale,
Moji mili przyjaciele!
Dusza jidzie z krawym potem;
Co mnie dzisia, to wam potem.
Amen.

Dusza z cieła wylecieła,
Na zielone łące stałe.
Stawszy, silno, barzo rzewno zapłekałe.
K nie przyszedł Święty Piotr a rzeknęcy:
Czemu, duszo, rzewno płaczesz?
Ona rzekłe:
Nie wola mi rzewno płakać,
A ja nie wiem, kam sie podzieć.
Rzekł święty Piotr je:
Podzi, duszo moje miła!
Powiedę cie do rejskiego,
Do krolestwe niebieskiego.
Do ktorego krolestwa dowiedzie nas
Ociec Bog, Syn i Duch Święty.
Amen.

Spójrzmy teraz na obraz Boscha. Jego dość nieforemny, wydłużony kształt wskazuje na bycie w przeszłości częścią jakiegoś tryptyku, niestety do dziś już niezachowanego. Na samym zaś obrazie widzimy bladego, konającego, tytułowego skąpca. U jego boku klęczy jego anioł stróż, usiłując nakierować myśli umierającego na wiszący gdzieś pod sufitem krzyż. Wokół kłębią się charakterystyczne dla twórczości Boscha maszkary – złe duchy, rozpraszające uwagę na sprawach duchowym doczesnościami – jeden z nich podsuwa wypełniony pieniędzmi mieszek. Do pomieszczenia wchodzi śmierć. Ukazana w charakterystyczny dla średniowiecznej symboliki sposób, jako owinięty w łachmany kościotrup, dzierży w dłoni strzałę. Wnioskować po tym można, że nasz skąpiec umiera od zarazy. Od antycznych bowiem czasów Apollo, który godził morowymi strzałami w Achajów oblegających Troję jednoznaczny był z chorobami i wszelką zarazą. Do średniowiecza przeniknął ten wizerunek, a strzała symbolizowała zarazę uderzającą znienacka w swoją ofiarę.

Dostrzegamy też inną postać, najprawdopodobniej tego samego skąpca, w okresie kiedy jeszcze nie zmogła go choroba, jak nachyla się nad skrzynią wypełnioną dobrami. W niej również harcują diabliki, ukryte w dobrach doczesnych.

Dlaczego zamieściłem najpierw ów anonimowy, średniowieczny wiersz? Pomoże on nam w odpowiedzi na pytanie, co czeka naszego skąpca. Umierający z wiersza również całe życie przetrwonił na doczesności, ale jednak dostał się do Raju. Czy i więc postać z obrazu Boscha ma szanse się tam znaleźć? Przekonajmy się:

„Byłżem s młodości w rozkoszy (…)”

„Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.”

„Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.”

Umierający widzi, że cielesne uciechy, pozycja na dworze i zgromadzone bogactwa nijak nie pomogą mu teraz – w godzinie śmierci. Co więcej, to, co przydawało mu splendoru za życia zdaje się być w chwili śmierci tylko przeszkodą – Rozkosze i bogactwa oddalały go od Boga, o którym moribundus (człowiek na łożu śmierci) zdaje się dopiero teraz poważnie myśleć. Jego ziemska egzystencja była taka sama jak skąpca z obrazu Boscha. Ten jednak zamiast w kierunku krzyża spogląda na mieszek wypełniony trzosem.

„Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!”

„Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.”

Umierający z wiersza zdaje sobie sprawę na łożu śmierci ze swoich grzechów i żałuje za nie. Niestety, skąpiec wydaje się być zatwardziały aż po kres.

„Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.”

(…)Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.”

W swoich ostatnich chwilach moribundus widzi już otwierające się przed nim piekielne wierzeje. Nie ma nadziei na ratunek, droga do raju jest przed nim zamknięta. Ale czy aby na pewno? Spowiedź, sakramenty, a także modlitwa – zarówno przez rodzinę, jak i specjalnie do tego celu wynajętych „modlących się”, uregulowanie długów mają w ostatniej chwili pomóc umierającemu zawrócić.

Do domu skąpca wchodzi już śmierć. Anioł stróż bezsilnie próbuje pobudzić konającego do poprawy swego losu. Na próżno. Śmierć zabierze go wprost w piekielną otchłań.

„Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!”

Nad jego ciałem trwa zaciekła wojna. Wojna między siłami dobra i zła, której łupem dla zwycięskiej strony przypaść ma dusza nieszczęśnika. I chociaż za życia ów potwornie nagrzeszył i żył bez Boga wciąż może jeszcze trafić do Raju.

Wokół skąpca kłębią się diabły, kusząc go, podsuwając myśli mające odciągnąć go od Boga, podtrzymujące jego przywiązanie do ziemskiego padołu i nagromadzonych dóbr doczesnych. Umierający nie zwraca uwagi na anioła, starającego się nakierować jego myśli na wiszący gdzieś wysoko, zapomniany krzyż. Skąpiec miast na zbawienie spogląda gasnącym wzrokiem na trzymany przez diabła trzos.

„Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.”

Umierający zawierzył ostatecznie swego ducha Bogu, wydając ostatnie tchnienie. Teraz wszystko w rękach Boga, i, jak możemy dostrzec, siły dobra zwyciężyły tą psychomachię – dusza trafia w końcu do Raju.

A nasz skąpiec? Konając z dala od Boga, otoczony przez demony swego życia doczesnego, głuchy na głos anielskiego patrona, niestety skończy zapewne na wiecznych mękach w piekle.
Na tym skończę moją podróż po średniowiecznym świecie boschowej alegorii. Poprzednie dwa wpisy (ten oraz ten) w połączeniu z omawianym dziś dziełem oraz zamieszczony wyżej wiersz wpasowujący się doskonale w ogólnoeuropejską, uniwersalną konwencję stanowią razem spójny obraz kultury i mentalności średniowiecza, epoki pełnej kontrastów, przesyconej Bogiem, śmiercią, pruderią i moralnością, ale także i rozpustą, brzydotą i brutalnością. Zapraszam też jednocześnie na przyszłotygodniowy wpis poświęcony o wiele późniejszemu autorowi, jakim jest John William Waterhouse.

Tekst „Skargi umierającego” zaczerpnięta z portalu www.staropolska.pl

"Chrystus dźwigający krzyż" – część druga boschowskiego tryptyku.


Witam Państwa serdecznie. Dziś przyjrzymy się kolejnemu obrazowi Hieronima Bosha o tytule „Chrystus dźwigający krzyż”. Samej osobie malarza przyjrzałem się w poprzednim wpisie, więc nie powtarzając się zbędnie przejdę do meritum.

Tym co jako pierwsze rzuca się w oczy jest nawała nieprzyjaźnie wyglądających facjat, groteskowo wykrzywionych, o dzikim wejrzeniu, nie budzących skojarzeń z niczym dobrym. I tak w istocie jest, ale o tym za moment.

Spójrzmy najpierw na całą scenę rozgrywającą się na naszych oczach. Oto widzimy Jezusa niosącego krzyż; ma on zamknięte oczy i pogodną twarz, jakże kontrastującą ze szpetnymi wizerunkami go otaczającymi. Dostrzec da się także postać podtrzymującą belkę, niewątpliwie Szymona z Cyreny. W tłumie idą także dwaj łotrzy, którzy zawisnąć na krzyżach mają obok Chrystusa – jeden stoi w prawym górnym rogu, nagabywany przez szczerbatą postać, drugi, spętany powrozami zdaje się kłócić lub wygrażać szydzącym zeń gapiom (prawy dolny róg). Jest tu jeszcze jedna postać wyróżniająca się z niepokojąco łypiącego tłumu, mianowicie kobieta trzymająca chustę z odbitym wizerunkiem Chrystusa (lewy dolny róg). Oczywiście jest to znana z tradycji chrześcijańskiej Weronika, która otrzeć miała twarz Jezusa, a pot zmieszany z krwią odbija się na płótnie.

To, co dostrzec można od razu to spokój Jezusa, Weroniki oraz jednego z łotrów w morzu agresywnych i szyderczych gąb, których szpetota nie jest przypadkowa – w średniowieczu panowało przekonanie, że brzydota, zdeformowanie ciała czy choroby świadczą o zepsuciu moralnym człowieka. To, co negatywne czy szpetne „wewnątrz” objawiać się miało na zewnątrz. Dlatego też ludzie, jako grzesznicy, ukazani są tu jako ohydne, odrażające pokraki, o niemal zwierzęcym wejrzeniu, szyderczo spoglądające w kierunku prowadzonego na śmierć Chrystusa.

„Dobry łotr”, któremu apokryficzna Ewangelia Nikodema nadaje imię Kosma nie jest wolny od brzydoty – w przeciwieństwie do Jezusa lub świętych, tak jak Weronika – wszak jest zbrodniarzem, który w życiu z pewnością naznaczył się wieloma przewinami. Jednak jego ostatecznie zawierzenie w godzinie śmierci na krzyżu zabrało go wraz z Jezusem do Ojca, stąd też i rysujący się na jego twarzy spokój i obojętność na szykany tłumu.

Warto zwrócić uwagę także na wizerunek Jezusa odbity na płótnie trzymanym przez Weronikę – ma on otwarte oczy i zdaje się patrzeć na oglądającego. Wyrażać to może milczącą zachętę do podążenia w jego ślady i wzięcie własnego krzyża na barki.

Co charakterystyczne dla obrazów średniowiecznych, postacie wyglądają nie jak ludzie żyjący w Palestynie okresu Heroda, lecz jak przeciętni mieszkańcy miast niderlandzkich. Widzimy tu w górnym prawym rogu wspomnianego szczerbatego duchownego, kupców, zwykłych mieszczan, rzemieślników i innych, ubranych w charakterystyczne dla epoki stroje. Nawet „rzymski” żołnierz okuty jest w średniowieczną, rycerską płytę.

Na dziś tyle. W przyszłym tygodniu zamknąć mi przypadnie nasz boschowski tryptyk obrazem „Śmierć skąpca”. Wszystkie trzy dzieła zebrane razem pokażą nam wiele o mentalności ludzi okresu średniowiecza. Zapraszam w kolejną środę i przepraszam za brak tekstu w poprzednią, niestety studencka dola skradła mi czas potrzebny do napisania tekstu. Do usłyszenia za tydzień!

Obraz: link

Średniowieczny świat Hieronima Boscha, odsłona pierwsza: "Wóz z sianem"


Witam Państwa serdecznie, wpisem dzisiejszym mam przyjemność otworzyć trzytygodniowy tryptyk poświęcony malarstwu Hieronima Boscha. Nieprzypadkowo pojawiło się tu słowo „tryptyk”, zajmiemy się dziś bowiem właśnie jednym z licznych, wykonanych na zlecenie Kościoła tryptyków, dziełem „Wóz z sianem”. Nie bez przyczyny także chciałbym poświęcić twórczości Boscha aż trzy tygodnie, twórczość bowiem niderlandzkiego malarza doskonale oddaje ducha średniowiecznej Europy i każdy z trzech obrazów które mam zamiar przedstawić odsłoni nam jeden z jej aspektów, a łącznie dadzą kompletne i przenikające się świadectwo owej epoki.

Zacząć wypadałoby od zaznaczenia, że malarz szerzej znany jako Hieronimus Bosch faktycznie nosił miano Jeroen Anthoniszoon van Aken. Skąd więc ów przydomek? Twórca, członek szacownej rodziny malarzy van Acken posługiwał się zawsze skrótem od nazwy swego rodzinnego miasta, w którym spędził całe swoje życie, mianowicie Hertogenbosch. Jeroen zaś jest niderlandzką wersją imienia Hieronim. Zatem kwestie pochodzenia przydomku mając za sobą a nie chcąc zanudzać biograficznymi faktami z życia Jeroena przejdźmy może od razu do tego, co najważniejsze, czyli do samego dzieła.

Wspomniałem wcześniej, że tryptyk „Wóz z sianem” nie jest jedynym tego typu dziełem Boscha. Najsłynniejsze chyba z dzieł autora, „Ogród ziemskich rozkoszy” (nawiasem mówiąc zachęcam do obejrzenia, i to wnikliwego, charakterystyczną cechą twórczości Hieronima jest przeładowywanie obrazów licznymi postaciami, scenami i przedmiotami, z których niemal każda stanowi alegorię lub jest symbolem.) jak i wiele innych tryptyków powstały na zamówienie Kościoła i zazwyczaj traktują o podobnej tematyce – obrazy Raju i Piekła ukazane na dwóch skrzydłach tryptyku oraz w tym przypadku tytułowy wóz siana będący alegorycznym wizerunkiem życia doczesnego pośrodku. Każda ze scen przepełniona własną symboliką, którą teraz spróbujemy rozwikłać. Przyjrzyjmy się najpierw lewemu skrzydłu przedstawiającemu wizję Raju.

Dostrzec zdają się tu cztery sceny obrazujące najdawniejsze momenty historii. Na szczycie widzimy Boga zasiadającego na tronie strącającego z niebios hufce upadłych aniołów, ukazanych tu pod postaciami owadów i gadów, istot nieprzyjaznych człowiekowi, zatruwających, kąsających, będących zwiastunem zarazy. I jako takie właśnie ohydne stworzenia kojarzone były z siłami ciemności, zła czy piekieł, co znajduje odbicie w wyobrażeniach średniowiecznych demonologów przydających cechy gadzie i owadzie właśnie złym duchom. Za przykład posłuży niech rycina demona Agaresa. (poniżej)

Niżej dostrzegamy stworzenie pierwszych ludzi. Bóg z żebra śpiącego Adama kształtuje Ewę. Wszystko w scenerii rajskiego ogrodu. Następnie oglądamy moment kuszenia pierwszej kobiety przez węża (przedstawionego z głową kobiety, co symbolizować ma zapewne jego kłamliwość i chęć do odwrócenia człowieka od Boga, echa filozofii Tomasza z Akwinu). Na samym dole wygnani przez anioła z Raju. Znane dobrze wydarzenia z początków księgi Rodzaju oraz tradycji chrześcijańskiej (upadek aniołów) odnaleźć można nie tylko w „Wozie z sianem”, ale także w innym tryptyku Boscha, „Sądzie ostatecznym”.

Pomińmy na razie środkową część obrazu i obejrzyjmy prawe skrzydło, ukazującą wizję piekła. Widzimy tu grzeszników cierpiących wieczne katusze z rąk diabłów i rozmaitych potworów symbolizujących grzechy. U dołu dostrzec można ropuchę (w średniowiecznej symbolice utożsamiana z lubieżnością) pożerającą nieszczęśnika, i inne maszkary prowadzące mężczyznę ku bliżej nieokreślonym piekielnym katuszom i kolejnego, kąsanego boleśnie przez stado ogarów. (fragment obrazu z lewej) Ponad nimi diabły (pokazane tu pod postacią małp, których zwierzęce kształty, podobne jednak do ludzkich, w mentalności średniowiecznych kojarzyły się z siłami nieczystymi) budują wieżę, nawiązującą tu do biblijnej wieży Babel. (z prawej) W oddali, pośród ruin szaleje pożoga. Typowe przedstawienie piekła jako miejsca wiecznych mąk dla grzeszników.

Skupmy się teraz na tytułowej, środkowej części tryptyku. W oczy rzuca się od razu wielki, ciągnięty przez groteskowe stwory stóg siana. Nie bez przyczyny ciągnięty właśnie przez te dziwolągi wóz posuwa się w prawo, ku piekielnemu skrzydłu. Dlaczego tam właśnie? O tym zaraz. I dlaczego właściwie na wozie znajduje się ogromna sterta siana? Otóż w średniowiecznych Niderlandach popularna była ludowa przyśpiewka: „Świat jest wozem siana, z którego każdy bierze ile może”. Nie inaczej jest tutaj. Owe siano, które nęci wszystkich wokół to nic innego jak ziemskie, doczesne dobra i przyjemności, które odwracają uwagę od Boga i sprowadzają człowieka na drogę potępienia. Widzimy wielkich możnych (z lewej) na koniach, którzy skuszeni owym dostatkiem podążają za toczącym się ku piekielnej otchłani wozem. Nie inaczej czyni pospólstwo – tłoczy się i kotłuje wokół siana, walcząc między sobą o skrawki dobrobytu, uciekając się nawet do mordu. Na szczycie wozu siedzi kilka postaci – zakochani oraz zajęci sobą młodzi. Przygrywa im na flecie błękitny demon. Cielesne uciechy także znajdują się pośród oddalających od zbawienia rozkoszy (z prawej).

Żadna warstwa społeczna nie jest obojętna na nęcący wóz z sianem. Nawet zakonnice gromadzą wory nim wypełnione przed grubym mnichem, uosabiającym obżarstwo, opilstwo i chciwość. Chęć posiadania dóbr doczesnych odsuwa w niebyt dobra duchowe, czego doskonałym przykładem jest ów właśnie mnich i towarzyszące mu siostry zakonne. Jak na ironię, siano, które jest niewiele warte ciągnie za sobą rzesze istnień ku potępieniu. I tak dobra doczesne, symbolizowane tu przez owe siano nie są wiele warte w porównaniu z dobrem najwyższym, życiem wiecznym, Rajem, od którego ludzie odwracają się i ślepo zmierzają ku zatraceniu. Całej scenie przygląda się z góry Chrystus, na którego nikt jednak nie zwraca uwagi.

Wszystkie części tryptyku zdają się być już wnikliwie obejrzane. Nic bardziej mylnego. Zamknijmy teraz lewe i prawe skrzydło. Oczom naszym ukazuje się czwarta część dzieła, pielgrzym zmierzający przed siebie drogą – jak się okazuje – pełną niebezpieczeństw. Nastaje na niego pies, którego ów odgania kosturem (przypomnijmy sobie sforę kąsającą jednego z potępionych – pies jest symbolem czyhającego grzechu. Ogary w piekle już dopadły nieszczęśnika i wiodą go ku męce wiecznej). Tuż obok w błocie leży sterta kości dziobanych przez ptaki, przypominając o marności żywota. Dalej w oddali banda rzezimieszków przywiązuje do drzewa jakiegoś nieszczęsnego podróżnego, a w oddali błękit nieba przełamuje widok szubienicy. Postać pielgrzyma w oparciu o stóg siana symbolizować może ludzką wędrówkę przez świat. Wszak nasze życie nie jest niczym innym jak doczesną drogą ku zbawieniu. Lub też potępieniu. I droga łatwą nie jest, ale na wytrwałych, którzy nie podążą za doczesnym zbytkiem i nie zlękną się przeciwności czeka najwyższa nagroda w niebie.

W kolejnym tygodniu przyjrzymy się obrazowi męki pańskiej na przykładzie kolejnego dzieła Hieronima Boscha. Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie dzisiejszego tekstu i zapraszam ponownie w kolejną środę.

"Urizen Stwarzający Świat"


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej podróży po wirtualnym muzeum zatrzymamy się przed obrazem „Urizen Stwarzający Świat” namalowanym przez XVIII-wiecznego angielskiego malarza, poety i wielkiego mistyka, Williama Blake’a.

Spójrzmy najpierw na samo dzieło. Wykonane metodą trawienia reliefowego (rozpropagowaną w malarstwie właśnie przez pasjonującego się rytownictwem Blake’a), czyli poprzez stworzenie woskowego negatywu obrazu na miedzianej płytce i wytrawienie kwasem niezabezpieczonej miedzi. Wykonaną odbitkę taką wypełniał następnie artysta akwarelami. Ujawnia się to w charakterystycznych, krzyżujących się liniach, które dostrzec można w wielu punktach obrazu.

Za swoją twórczość malarz niejednokrotnie spotykał się z krytyką środowisk kościelnych i umieszczaniem swojej twórczości pisanej na liście ksiąg zakazanych. Paradoksalnie, sam był człowiekiem głęboko religijnym, doznawał niejednokrotnie objawień, które uznawał za najwyższe przeżycia duchowe. Treść jednak jego dzieł miała wydźwięk dość niepokojący, przesycony duchem Miltona i swedenborgistycznymi poglądami. Uważał, że Jezus jest ucieleśnieniem wyobraźni, a jego apostołami dziś są artyści. Sam Blake tworzył dla ludzi wybijających się ponad przeciętność, jak sam wspominał:
„To, co wielkie, jest nieuchronnie ukryte przed słabymi. To, co oczywiste dla idioty, nie jest warte mego zachodu.”
Chciałbym przytoczyć tutaj fragmenty poematu „Księga Uriziena” i w oparciu o nie spojrzeć na obraz.

„Oto cień grozy się wzniósł pośród Wieczności!
Nieznany, bezpłodny, zamknięty w sobie,
Wszystko odpychający. Jakiż Demon
Tę wstrętną pustkę ukształtował,
Próżnię, która przeraża duszę? Niektórzy powiadali:
„To Urizen”. Lecz nieznana, odosobniona,
Zaczajona, tajemna, mroczna m
oc się kryła.
Czasy po czasach rozdzielił; i przestrzeń

Wymierzył za przestrzenią w dziewięciokrotnej ciemności,
Niewidzialny, nieznany. Zmiany się pojawiły
Jak odosobnione góry, roztrącone gwałtownie
Czarnymi zamętu wichrami.

Albowiem bitwy toczył przeraźliwe
W niewidzialnej Wojnie ze zrodzonymi
Z porzuconej przez niego puszczy
Kształtami bestii, ptaków, ryb, wężów, żywiołów,
Ogni, wichrów, oparów i chmur.

(…)
Ziemi nie było ani kul przyciągania.
Wola Nieśmiertelnego rozprzestrzeniała
Albo ścieśniała wszystkie jego giętkie zmysły.
Śmierci nie było; wieczne krzewiło się życie.

Głos trąby niebiosa przebudził;
I szeroko rozpostarte chmury krwi
Toczyły się wokół skał Urizena zamglonych.
Takie nosił imię ten samotny w
Bezmiarze.

Urizien stwarzający świat budzi jednoznaczne skojarzenia z Jahwe. Od razu jednak wkradają się nam tu pewne wątpliwości. Obraz Stwórcy przesycony epitetami pogłębiającymi aurę tajemniczości i mroku  nie przystaje nam do dobrego Boga. I tak jak Jahwe dla ludu Abrahama z pewnością był „nieznany”, tak nie na miejscu wydaje się być twierdzenie jakoby „odpychający Demon”, jak nazwany jest tu Stwórca, mógł rzeczywiście być biblijnym Bogiem. Poniekąd słusznie, Urizen jest w „prywatnej mitologii” Blake’a symbolem i ucieleśnieniem rozumu, swoistym demiurgiem, ideą, która według wzorca idei nadaje kształt światu. I jako taki nadaje prawa, zaskakujące rozdźwiękiem z Dekalogiem, a zbliżone bardziej do nauk Jezusa:

„Niechaj każdy jeden wybierze przybytek,

Odwieczny swój dom bezmierny,

Jedno przykazanie, radość jedną, tęsknotę jedną,
Jedną klątwę, jedno brzemię, jedną miarę,
Jednego Króla, jednego Boga, jedno Prawo.”

Są to prawa, które mógłbym podsumować stwierdzeniem, że niezależnie od wyznawanej religii człowiek powinien być bliźnim dla innego człowieka i czynić dlań tak, jak chciałby, aby i on względem niego czynił.
Przyjrzyjmy się teraz samemu obrazowi. Skulony starzec, któremu wicher (od średniowiecza już tradycyjnie towarzyszący podniosłej chwili stworzenia) rozwiewa długie, siwe włosy kształtuje własnoręcznie świat przy pomocy swej boskiej mocy, okolony ognistą sferą, która rozjaśnia kłębiące się wokół mroki. Nietrudno jest wyciągnąć wniosek, że Urizen, najwyższy rozum, oświeca swym rozumem przestrzeń wokół siebie i kreuje rzeczywistość. Promienie wybiegające z jego dłoni noszą zadziwiające podobieństwo do wolnomularskiej symboliki cyrkla, będącego symbolem wiedzy, rozumu, mądrości w symbolice masońskiej. Cyrkiel , który łączy w sobie punkt i okrąg może być tu alegorią absolutu Urizena, ucieleśnieniem kreowania świata powołanego z rozumu, a on sam staje się nie tyle co stwórcą, ale Architektem świata.

Nawet jednak odpychający i ponury Demon nie jest niewrażliwy na piękno istnienia, i po dokonaniu aktu stworzenia pada na kolana z zachwytu nad światem, co obrazuje zamieszczona z lewej iluminacja.

Dzieło Blake’a do dziś porusza oglądających, będąc źródłem inspiracji i nawiązań. Za przykład posłużyć może wejście do GE Building w Nowym Jorku na fotografii poniżej.

Dziś to już na tyle. Dziękuję za poświęcony czas i zapraszam za tydzień, gdzie rzucimy okiem na twórczość mojego ukochanego malarza, Hieronima Boscha. Dziękuję i do zobaczenia.

Przypis:

Fragmenty „Księgi Urizena” w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka.

Grób Gerharda von Kügelgena


Witam Państwa serdecznie, poniższy tekst jest pierwszym w cyklu wpisów o tematyce malarstwa. Pragnąłbym pokazać tu dzieła wielkich, choć niekoniecznie szerzej znanych malarzy, tych nieznanych, a wartych uwagi, tych, których dzieła zdobią ściany największych muzeów, nowatorskich, przecierających nowe szlaki twórców jak też i takich, których sława, dawniej sięgająca piedestałów, dawno już przeminęła. W dzisiejszym wpisie pragnąłbym zająć się twórczością znanego niemieckiego malarza tworzącego w duchu romantyzmu, Caspara Davida Friedricha.

Friedrich znany jest przede wszystkim jako romantyczny malarz, twórca nastrojowych, tchnących tajemnicą dzieł, pełnych symboliki i spływających niejednokrotnie wręcz mroczną atmosferą. Wpisując nazwisko artysty w wyszukiwarkę internetową natrafimy od razu na sztandarowe jego dzieła, takie jak „Wędrowiec przed morzem mgły”, „Etapy życia” czy „Kobieta w oknie”. Zainteresowanych zachęcam do wyszukania tych obrazów w internecie, naprawdę warto. Chciałbym jednak obejrzeć dokładnie z Wami inne, mniej znane dzieło Friedicha. Oto „Grób Gerharda von Kügelgena”.
Obraz powstał na przełomie 1821 i 1822 roku przedstawia nagrobek niemieckiego portrecisty i malarza obrazów historycznych, i, co dla nas najważniejsze, mentora dla Caspara Friedricha. Kügelgen zginął w 1820 roku zabity w drodze do Drezna przez przydrożnego rabusia i został pochowany na Starym Cmentarzu Katolickim w Dreźnie. Tyle informacji o denacie nam wystarczy, spójrzmy teraz na sam obraz. Co widzimy? W oczy rzuca się nam jasny, oświetlony żółtawymi promieniami wschodzącego słońca pomnik nagrobny otoczony licznymi, pociemniałymi już ze starości krzyżami, które zębem czasu zagłębiły się w ziemi i przekrzywiły na boki. Widzimy też kilka znamienitszych grobów, obrośniętą bluszczem bramę cmentarza, lichą brzózkę i porzucone narzędzia grabarskie. Wszystko to zalane różowawą poświatą jutrzenki.

Jak sam wielokrotnie wspominał, Friedrich malując porozumiewał się z Bogiem, którego obecność dostrzegał w otaczającej go naturze, a jego obrazy przesycone są symboliką religijną. Nie inaczej jest tu. Płótno to samo w sobie jest sceną przemijania i melancholii, zmuszającą do zastanowienia się nad doczesnością. Ciemne, stonowane barwy cmentarnych traw, grobów i górującego nad wszystkim muru dopełniają wrażenia przygnębienia, smutku, kresu. Smętny cmentarz, który ogrodzony wysokim, grubym murem, do którego nie wpada wiele światła z zewnątrz jest namacanym jak i symbolicznym kresem – dosłownym, bo kończącym życie, ostatnim miejscem spoczynku, oraz symbolicznym, kresem życia doczesnego, ciemnego i grzesznego. Padające na grób Kügelgena światło spoza murów nie pada na żaden z innych nagrobków tak wyraźnie. Czy światło może być tu alegorią zbawienia, życia wiecznego, które oświetla mogiłę friedrichowego mentora? Jutrzenka, jako symbol odradzającego się dnia może nieść tu analogie do czekającego na pogrzebanego tu malarza zmartwychwstania. Inni zmarli nie są objęci światłem tak wyraźnie, inne krzyże przytłaczają swoją ciemnością. Czy ostatni sąsiedzi Kügelgena nie cieszą się wiecznym życiem, czy pokutują w czyśćcu? Wątpliwe, jako iż sam Caspar Friedrich był głęboko wierzącym protestantem, idea czyśćca była więc mu obca. Z drugiej jednak strony nauczyciel malarza pochowany został na katolickim cmentarzu. Zatem czy inni zmarli leżący tu skazani są na wieczne męki, czy może dane im będzie kiedyś ujrzeć boży majestat? Nie wiadomo.

Jako ciekawostkę zamieszczam nagrobek Kügelgena takim, jaki można oglądać go dziś.
Dziękuję za uwagę i czas poświęcony obiorowi mojej interpretacji dzieła, w przyszłym tygodniu w podróży po wirtualnym muzeum zatrzymamy się przy płótnie Williama Blake’a, angielskiego preromantyka, poety wyklętego. Bywajcie, i pomódlcie się za dusze biednego Kügelgena jak i jego ucznia, Friedricha.