Zanik czytelnictwa.


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej odsłonie z teorii spiskowych przerzucam się na bardziej społeczne nisze. Postaram się mianowicie poszukać odpowiedzi dlaczego ludzie dziś coraz mniej czytają. Skupię się tu na przykładzie Polski, aczkolwiek dopasować można ten schemat również i do innych państw europejskich – zwłaszcza w partiach poświęconych czasom dawnym i najbliższym, okres komunistyczny jest jak najbardziej charakterystyczny dla bloku wschodniego, w tym oczywiście Polski.

Od czasu wynalezienia ruchomej czcionki przez Gutenberga książka z elitarnego, drogiego rękopisu przeszła stopniową metamorfozę w tanie, ogólnodostępne źródło wiedzy, znane nam dziś z półek księgarni czy antykwariatów. I tak jak niedostępność, cena książek oraz fakt potrzeby znajomości pisma tylko przez wąskie grupy społeczne skutecznie ograniczały elitarne grono umiejących czytać do duchowieństwa i pewnej części szlachty i kupiectwa. W późniejszych jednak okresach szkoły jezuickie, oświeceniowa mentalność i rozpowszechnienie się taniego druku spowodowały obniżenie się wskaźników analfabetyzmu i rozwój literatury samej w sobie – teraz mogła rozchodzić się szerszym nakładem i trafić do dużej ilości odbiorców.

Niemniej jednak przez długi okres czasu czytanie pozostało dość elitarną czynnością. Chłopskie masy, choć coraz częściej poznające arkana sztuki pisania i czytania nie poznawały zazwyczaj innych druków poza obwieszczeniami lokalnych władz. Literatura i wiedza nadal ograniczone były do społecznej elity, powiązanej ściśle ze szlachtą i w okresie pozytywistycznym także jednostkom z nizin. Mowa ezopowa skutecznie trafiała ponad głowami zaborców, od Mickiewicza po Prusa, zachowując w narodzie ducha i dając nadzieję. Nadzieję, którą niosły właśnie książki.

I tak właściwie wyglądała sytuacja do końca II wojny światowej. W czasie wojny milczą muzy, i tako też milczało społeczeństwo, walczące w partyzantce, ginące w obozach czy zmagające się z trudami okupacji. Bardziej ważne były inne rzeczy. Profesorowie uniwersytetów zabici na początku wojny, młodzi na frontach Europy, w lasach lub w grobach. Potem nadeszła Armia Czerwona.

Paradoksalnie nowa władza zrobiła wiele w kwestii czytelnictwa narodu polskiego – Zafundowała oświecenie ludu pracującego, ale kiedy jasnym się stało, że komuniści zastąpić mają stary reżim, stare pozytywistyczne książki na nowo trafiły do rąk, powstały nowe, im podobne, które na granicy poprawności politycznej wodziły za nos cenzurę. I tak samo działo się w świecie muzyki, kabaretu czy teatru. Wspomnieć można choćby sławetne przedstawienie „Dziadów”. Okres komunistyczny pobudzał kulturę wśród ludzi jako czynnik przekazujący prawdę i przy tym zakazany, co tylko pobudzało jego fluktuację.

Po 1989 roku niestety sytuacja uległa zmianie. Otworzywszy się na zachód, zachłysnąwszy się dobrobytem, wchłonęła Polska także wątpliwie pożądane zjawiska jak popkultura, zachodni typ rozrywki oraz przenikająca zza upadłego berlińskiego muru mentalność nieskrępowanej wolności i swobody. Co doprowadziło do sytuacji znanej dziś. Rej wodzą celebryci (co ciekawe, jak zauważył jeden z moich znajomych, nawet w programach muzycznych mających znamiona kulturalnych w napisach najpierw wymieniani są właśnie znani konferansjerzy, zaś później dopiero same występujące zespoły muzyczne), programy, które nie wiedzieć czemu nazywane są kulturalnymi (wszelkie tańce z gwiazdami na lodzie i insza lekkostrawna papka dla mas), internet czy seriale. Ale w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Zmęczony wielogodzinną pracą człowiek po przyjściu do domu nie ma ochoty męczyć się ponad potrzebę, więc sięga po rozrywkę, która nie wymaga wysiłku. Także umysłowego. Przygnębia także wynikająca z tego prawidłowość – młodzi ludzie wychowani w takim społeczeństwie nie czują nawet potrzeby sięgnięcia po ambitniejszą kulturę niż tą, którą oglądają w telewizji. Młodym co prawda zdarza sięgać się dziś po fantastykę, zwłaszcza sztandarowego Sapkowskiego, ale mam wrażenie, że to dzięki sukcesowi gry komputerowej o przygodach pewnego Wiedźmina. I nie oszukujmy się, fantastyka to (poza kobiecymi harlequinami) najmniej chyba wymagająca literatura. Zaś mówiącym, że studenci czy licealiści nadrabiają czytelnicze zaległości narodu powiedzieć muszę, że niestety tak nie jest, Do zdania matury wystarczą streszczenia lektur w Internecie i repetytoria maturalne, zaś znaczna część studentów politechniki (czy, o zgrozo, studiów filologicznych) nie miała w ręku książek niezbędnych na ich kierunku, zadowalając się notatkami kolegów lub wyszukiwanymi w Internecie i prześlizgując się z semestru na semestr na trójach. Dochodzi nawet do tak kuriozalnych sytuacji, o których wspomniał jeden z moich wykładowców, że na studiach doktorskich znalazła się studentka, która zarzekała się, że podczas pobytu na uczelni nie przeczytała ani jednej książki, dając radę zaliczać dzięki kompendiom i notatkom znajdowanym w Internecie.

Czy da się wyrugować ze społeczeństwa złe nawyki i oczyścić telewizję publiczną ze śmieci? Niestety, wydaje mi się, że nie ma na to w obecnej chwili już szans, jedynie katastrofa podobna do zaborów lub rządów komunistycznych może coś poruszyć. Smutna to wizja, lecz niestety prawdziwa. Pozostawiam Państwa na dziś, zapraszając za tydzień, kiedy poruszę temat wypaczania świata i kultury przez wspomnianą dziś popkulturę, na przykładzie filmu „Thor” na kanwie marvellowskiego komiksu.

Zdjęcie zaczerpnięte spod tego linku;

Polecam przeczytanie także tego artykułu, rozszerza on o trochę statystycznych pomiarów sprawy, które wyżej poruszyłem.

Reklamy

Bosch po raz trzeci, ostatni. "Śmierć skąpca".


Witam Państwa serdecznie, dzisiejszą, trzecią już odsłonę malarstwa Hieronima Boscha rozpoczniemy nie przedstawieniem obrazu, ale średniowiecznego wiersza „Skarga umierającego”, będącego prawdopodobnie polskim przekładem czeskiej pieśni. Oto odchodzący człowiek wypomina sobie źle przepędzone życie i prosi Boga o zmiłowanie. Lektura tego wiersza przybliży nam mentalność człowieka epoki średniowiecza tak za jego życia jak i w chwili śmierci, co będzie odniesieniem do omawianego obrazu, „Śmierci Skąpca”.

Ach! Moj smętku, ma żałości!

Nie mogę się dowiedzieci,
Gdzie mam pirwy nocleg mieci,
Gdy dusza z ciała wyleci.

Byłżem s młodości w rozkoszy,
Nie usłałem swojej duszy,
Już stękam, już mi umrzeci,
Dusza nie wie, gdzie się dzieci.

Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.

Dziatki s matką narzekają,
Bracia mię w rzekomo żałują,
Ku jimieniu przymierzają,
Na mą duszę nic nie dbają.

Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!

Fałszywy mi świat powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał,
Wczora mi tego nie powiedał,
Bych ja długo żyw byci miał.

Gdzie ma siła, ma robota,
Głupiem robił po ty lata:
Ośm miar płotna, sidm stop w grobie,
Tom tylo wyrobił sobie.

Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.

Jałmużnym nędznem nie dawał,
Ofierym Bogu nie czynił,
Ni z pirwiny, ni z nowiny
Bogum nie dał z siebie winy.

Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.

Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.

Młotem moje pirzsi biją,
Dusza nie śmie wynić szyją;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

Nie gdzie się przed Bogiem skryci,
Dusza nie śmie przed sąd jici;
Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.

O duszyco, drogi kwiecie,
Nic droszego na tem świecie,
Tanieś się diabłu przedała,
Iżeś się w grzeszech kochała.

Pamiętaj coś na chrzcie ślubowała,
Gdyś się diabła otrzekała,
Jego pychy, jego działa –
Toś wszytko przestępowała.

Kwap się rychło ku spowiedzi,
Kapłany w swoj dom powiedzi,
Płacz za grzechy, przymi świątość,
Boże Ciało, święty olej!

Rolą z domem dziatkam podaj,
Coś urobił za duszę daj,
S jimienia przyjacioł nabywaj,
Coć przyłączą twą duszę w raj.

Zbierz gniewliwe i dłużniki,
Odproś, zapłać pieniądz wszelki:
Za jeden pieniądz w piekle być –
Na wieki stamtąd nie wyniść.

Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!

Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.

Zażżycie-ż mi świeczkę ale,
Moji mili przyjaciele!
Dusza jidzie z krawym potem;
Co mnie dzisia, to wam potem.
Amen.

Dusza z cieła wylecieła,
Na zielone łące stałe.
Stawszy, silno, barzo rzewno zapłekałe.
K nie przyszedł Święty Piotr a rzeknęcy:
Czemu, duszo, rzewno płaczesz?
Ona rzekłe:
Nie wola mi rzewno płakać,
A ja nie wiem, kam sie podzieć.
Rzekł święty Piotr je:
Podzi, duszo moje miła!
Powiedę cie do rejskiego,
Do krolestwe niebieskiego.
Do ktorego krolestwa dowiedzie nas
Ociec Bog, Syn i Duch Święty.
Amen.

Spójrzmy teraz na obraz Boscha. Jego dość nieforemny, wydłużony kształt wskazuje na bycie w przeszłości częścią jakiegoś tryptyku, niestety do dziś już niezachowanego. Na samym zaś obrazie widzimy bladego, konającego, tytułowego skąpca. U jego boku klęczy jego anioł stróż, usiłując nakierować myśli umierającego na wiszący gdzieś pod sufitem krzyż. Wokół kłębią się charakterystyczne dla twórczości Boscha maszkary – złe duchy, rozpraszające uwagę na sprawach duchowym doczesnościami – jeden z nich podsuwa wypełniony pieniędzmi mieszek. Do pomieszczenia wchodzi śmierć. Ukazana w charakterystyczny dla średniowiecznej symboliki sposób, jako owinięty w łachmany kościotrup, dzierży w dłoni strzałę. Wnioskować po tym można, że nasz skąpiec umiera od zarazy. Od antycznych bowiem czasów Apollo, który godził morowymi strzałami w Achajów oblegających Troję jednoznaczny był z chorobami i wszelką zarazą. Do średniowiecza przeniknął ten wizerunek, a strzała symbolizowała zarazę uderzającą znienacka w swoją ofiarę.

Dostrzegamy też inną postać, najprawdopodobniej tego samego skąpca, w okresie kiedy jeszcze nie zmogła go choroba, jak nachyla się nad skrzynią wypełnioną dobrami. W niej również harcują diabliki, ukryte w dobrach doczesnych.

Dlaczego zamieściłem najpierw ów anonimowy, średniowieczny wiersz? Pomoże on nam w odpowiedzi na pytanie, co czeka naszego skąpca. Umierający z wiersza również całe życie przetrwonił na doczesności, ale jednak dostał się do Raju. Czy i więc postać z obrazu Boscha ma szanse się tam znaleźć? Przekonajmy się:

„Byłżem s młodości w rozkoszy (…)”

„Com miał jimienia na dworze,
Com miał w skrzyni i w komorze,
To mi wszytko opuścici,
Na wieki się nie wrocici.”

„Halerzem łakomo zbierał,
Swoj żywot rozpustnie chował:
Prze ty dwa bogi przeklęta
Nie czciłem żadnego święta.”

Umierający widzi, że cielesne uciechy, pozycja na dworze i zgromadzone bogactwa nijak nie pomogą mu teraz – w godzinie śmierci. Co więcej, to, co przydawało mu splendoru za życia zdaje się być w chwili śmierci tylko przeszkodą – Rozkosze i bogactwa oddalały go od Boga, o którym moribundus (człowiek na łożu śmierci) zdaje się dopiero teraz poważnie myśleć. Jego ziemska egzystencja była taka sama jak skąpca z obrazu Boscha. Ten jednak zamiast w kierunku krzyża spogląda na mieszek wypełniony trzosem.

„Eja, eja, dusza moja,
Ocuci się, długoś spała,
Nie masz wierniejszego k sobie,
Uczyń dobrze sama w sobie!”

„Kaki to moj rozum głupi,
Sobiem był szczodr, Bogu skąpy:
Com kiedy Bogu poślubił,
Tegom nigdy nie uczynił.”

Umierający z wiersza zdaje sobie sprawę na łożu śmierci ze swoich grzechów i żałuje za nie. Niestety, skąpiec wydaje się być zatwardziały aż po kres.

„Leży ciało, barzo stęka,
Duszyca się barzo lęka,
Bog się z liczby upomina,
Diabeł na grzechy wspomina.”

(…)Widzi niebo zatworzone,
Widzi piekło otworzone.”

W swoich ostatnich chwilach moribundus widzi już otwierające się przed nim piekielne wierzeje. Nie ma nadziei na ratunek, droga do raju jest przed nim zamknięta. Ale czy aby na pewno? Spowiedź, sakramenty, a także modlitwa – zarówno przez rodzinę, jak i specjalnie do tego celu wynajętych „modlących się”, uregulowanie długów mają w ostatniej chwili pomóc umierającemu zawrócić.

Do domu skąpca wchodzi już śmierć. Anioł stróż bezsilnie próbuje pobudzić konającego do poprawy swego losu. Na próżno. Śmierć zabierze go wprost w piekielną otchłań.

„Tam sam oczy moje głądzą,
Toć już trzy złe duchy widzą,
Na mię me grzechy wzjawiają,
Mej duszy sidła stawiają.

Wircę się, wołam pomocy,
Nikt za mię nie chce umrzeci,
Nikt przyjaciel na tym świecie,
Jedno w Bodze nadzieję mieci.

Kryste, przez twe umęczenie,
Rozprosz diable obstąpienie,
Daj duszycy przeżegnanie,
Daj ciału dobre skonanie!”

Nad jego ciałem trwa zaciekła wojna. Wojna między siłami dobra i zła, której łupem dla zwycięskiej strony przypaść ma dusza nieszczęśnika. I chociaż za życia ów potwornie nagrzeszył i żył bez Boga wciąż może jeszcze trafić do Raju.

Wokół skąpca kłębią się diabły, kusząc go, podsuwając myśli mające odciągnąć go od Boga, podtrzymujące jego przywiązanie do ziemskiego padołu i nagromadzonych dóbr doczesnych. Umierający nie zwraca uwagi na anioła, starającego się nakierować jego myśli na wiszący gdzieś wysoko, zapomniany krzyż. Skąpiec miast na zbawienie spogląda gasnącym wzrokiem na trzymany przez diabła trzos.

„Ja twoj synek marnotrawny,
Tyś moj ociec miłosierny,
Żal mi tego, iżem cię gniewał,
Ale ciem się nie otrzekał.”

Umierający zawierzył ostatecznie swego ducha Bogu, wydając ostatnie tchnienie. Teraz wszystko w rękach Boga, i, jak możemy dostrzec, siły dobra zwyciężyły tą psychomachię – dusza trafia w końcu do Raju.

A nasz skąpiec? Konając z dala od Boga, otoczony przez demony swego życia doczesnego, głuchy na głos anielskiego patrona, niestety skończy zapewne na wiecznych mękach w piekle.
Na tym skończę moją podróż po średniowiecznym świecie boschowej alegorii. Poprzednie dwa wpisy (ten oraz ten) w połączeniu z omawianym dziś dziełem oraz zamieszczony wyżej wiersz wpasowujący się doskonale w ogólnoeuropejską, uniwersalną konwencję stanowią razem spójny obraz kultury i mentalności średniowiecza, epoki pełnej kontrastów, przesyconej Bogiem, śmiercią, pruderią i moralnością, ale także i rozpustą, brzydotą i brutalnością. Zapraszam też jednocześnie na przyszłotygodniowy wpis poświęcony o wiele późniejszemu autorowi, jakim jest John William Waterhouse.

Tekst „Skargi umierającego” zaczerpnięta z portalu www.staropolska.pl

Vimany, Nefilim i przybysze z innych planet.


Witam Państwa serdecznie, dziś, wyjątkowo nie w niedzielę, a w poniedziałek przyjrzymy się kilku fragmentom Biblii i starożytnym hinduskim eposom, Ramajanie i Mahabharacie. Postaramy się odpowiedzieć sobie czym są owe widniejące w tytule vimany oraz dociec, czy rzeczywiście opisy mitologicznych bogów zstępujących z nieba nie są jedynie metaforyczne.
Rozpocznę tu od przedstawienia osoby Roberta Openheimera, szefa projektu tworzącego bombę atomową w USA w okresie II wojny światowej. Prócz tego studiował także starożytne indyjskie pisma. Co ciekawe, podczas pierwszych testów broni nuklearnej na pustyniach Nowego Meksyku miał porównać eksplozję bomby do blasku jaśniejszego od tysięcy słońc. Był to cytat z Mahabharaty.

Cóż więc w tym dziwnego, że zafascynowany kulturą starożytnych Indii naukowiec na opisanie charakterystycznego grzyba atomowego przywołał trafny passus z dawna pokrytego kurzem trzydziestu sześciu stuleci tekstu?

Być może jednak coś jest na rzeczy, a najlepszą metodą, by się o tym przekonać byłoby zajrzenie do tych starożytnych pism, co za chwilę wykonamy. Mahabharatę, ogromnych rozmiarów ten epos (siedmiokroć większy niż Iliada i Odyseja razem wzięte) nie poznałem jeszcze w języku polskim, bazując na przekładzie angielskim, zatem nie chcąc sięgać po źródła nieznane, cytaty podam w języku Szekspira. Później oczywiście powrócę do nadwiślańskiego dialektu, gdy rozwodził się będę nad tym, co może się za tymi słowy kryć.

“We beheld in the sky what appeared to us to be a mass of scarlet cloud resembling the fierce flames of a blazing fire. From that mass many blazing missiles flashed, and tremendous roars, like the noise of a thousand drums beaten at once. And from it fell many weapons winged with gold and thousands of thunderbolts, with loud explosions, and many hundreds of fiery wheels. Loud became the uproar of falling horses, slain by these missiles, and of mighty elephants struck by the explosions (. . .) Those terrible Rakshasas had the shape of large mounds stationed in the sky.”

“When the Daityas were being slaughtered they again took to their vimana and, employing the Danava science, flew up into the sky (. . .) I assaulted their vimana (. . .) Wounded by the flight of deadly-accurate iron missiles, the Asura vimana fell broken to the earth.

Oraz najbardziej nas interesujący fragment:

“Gurkha flying in his swift and powerful Vimana hurled against the three cities of the Vrishis and Andhakas a single projectile charged with all the power of the Universe. An incandescent column of smoke and fire, as brilliant as ten thousands suns, rose in all its splendour. It was the unknown weapon, the Iron Thunderbolt, a gigantic messenger of death which reduced to ashes the entire race of the Vrishnis and Andhakas.”

W każdym z cytatów czytamy (w tekstach datowanych na 14 wiek przed naszą erą!) o ogniach w powietrzu, pociskach, w eksplozjach których ginęły bojowe słonie, wystrzeliwanych z czegoś, co przypominać miało „kopce wiszące w przestworzach”. Widzimy też opis powietrznego pojedynku dwóch powietrznych viman (o tym czym są już za moment) i finalnie opis zniszczenia trzech miast przy pomocy jednego pocisku „o mocy całego wszechświata”. Obserwujemy, jak kolumna dymu i ognia unosi się, „jaśniejsza od tysięcy słońc” (czy to nie cytat wypowiedziany przez Openheimera?) Jeden ten pocisk zniszczyć miał kompletnie dwa państewka hinduskie.

Czym są więc zatem opisy niszczycielskich broni podniebnych viman w eposach hinduskich? Powyższy przekład Mahabharaty przez Pratapa Chandrę Roya z 1883 roku (sprostowanie: słowo „car” (samochód) mogło być już wówczas użyte jako opis mechanicznego środka lokomocji, jako iż pierwsza taka machina powstała już w 1870 roku, a vimany są dla bogów przede wszystkim środkiem lokomocji) wyklucza niejako wszelkie próby translacji w świetle ufologicznych sensacji, jako iż relacje „latających spodków” w tym okresie nie miały miejsca, podobnie jak domniemane opisy eksplozji nie mogły mieć punktu odniesienia do (niepowstałej jeszcze) broni jądrowej.

„Mahabharata”, tak jak inny hinduski epos tamtego okresu, „Ramajana”, opowiada o wojnach, w których ścierają się ze sobą ludzie (utożsamiani z rdzennymi Drawidami i najeźdźcami – Ariami), sprzyjający im lub wrogom bogowie i półbogowie. Czy opisy apokaliptycznych zniszczeń wywoływanych rękami (lub też zaawansowaną bronią?) bogów są metaforycznym ujęciem ich nadludzkiej, niszczącej mocy? Tu także napotykamy na opisy viman: (w przekładzie Ralpha Griffitha)

„(…)This chariot, kept with utmost care,
Will waft thee through the fields of air,
And thou shalt light unwearied down
In fair Ayodhyá’s royal town. (…)

„Swift through the air, as Rama chose,
The wondrous car from earth arose.
And decked with swans and silver wings
Bore through the clouds its freight of kings.”

Przenieśmy się teraz na tereny Palestyny, gdzie znaleźć możemy opis o naturze podobnej nieco hinduskiej vimanie. Gdzie? Otóż, w Biblii. Ot, choćby w Księdze Ezechiela (fragmenty z Biblii Tysiąclecia):

(4) Patrzyłem, a oto wiatr gwałtowny nadszedł od północy, wielki obłok i ogień płonący , a z jego środka [promieniowało coś] jakby połysk stopu złota ze srebrem, . (5) Pośrodku było coś, co było podobne do czterech istot żyjących. Oto ich wygląd: miały one postać człowieka. (6) Każda z nich miała po cztery twarze i po cztery skrzydła. (7) Nogi ich były proste, stopy ich zaś były podobne do stóp cielca; lśniły jak brąz czysto wygładzony. (8) Miały one pod skrzydłami ręce ludzkie po swych czterech bokach. Oblicza owych czterech istot – (9) skrzydła ich mianowicie przylegały wzajemnie do siebie – nie odwracały się, gdy one szły; każda szła prosto przed siebie. (10) Oblicza ich miały taki wygląd: każda z czterech istot miała z prawej strony oblicze człowieka i oblicze lwa, z lewej zaś strony każda z czterech miała oblicze wołu i oblicze orła, (11) i skrzydła ich były rozwinięte ku górze; dwa przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. (12) Każda posuwała się prosto przed siebie; szły tam, dokąd duch je prowadził; idąc nie odwracały się. (13) W środku pomiędzy tymi istotami żyjącymi pojawiły się jakby żarzące się w ogniu węgle, podobne do pochodni, poruszające się między owymi istotami żyjącymi. Ogień rzucał jasny blask i z ognia wychodziły błyskawice. (…)
(18) Obręcz ich była ogromna; przypatrywałem się im i oto: obręcz u tych wszystkich czterech była pełna oczu wokoło. (19) A gdy te istoty żyjące się posuwały, także koła posuwały się razem z nimi, gdy zaś istoty podnosiły się z ziemi, podnosiły się również koła. (20) Dokądkolwiek poruszał je duch, tam szły także koła; równocześnie podnosiły się z nimi, ponieważ duch życia znajdował się w kołach. (21) Gdy się poruszały [te istoty], ruszały się i koła, a gdy przestawały, również i koła się zatrzymywały: gdy one podnosiły się z ziemi, koła podnosiły się również, ponieważ duch życia znajdował się w kołach. (…)
(1) A On rzekł do mnie: Synu człowieczy, zjedz to, co masz przed sobą. Zjedz ten zwój i idź przemawiać do Izraelitów! (2) Otworzyłem więc usta, a On dał mi zjeść ów zwój, (3) mówiąc do mnie: Synu człowieczy, nasyć żołądek i napełnij wnętrzności swoje tym zwojem, który ci podałem. Zjadłem go, a w ustach moich był słodki jak miód. (…)

Enigmatyczne te opisy, w których moc boska zstępuje na ziemię by powołać proroka Ezechiela są często wskazywane jako miejsce, w którym nieporadnie (bo i bez znajomości technologicznych określeń) usiłowano opisać zejście pojazdów przybyszów z innych światów. Skrzydlate istoty przywodzą tu na myśl być może coś na kształt naszych myśliwców, zaś dalsze wersety mówiące o obręczach żywo kojarzyć się mogą do relacji świadków oglądających latające spodki. Zastanawiający jest także ów enigmatyczny zwój.

Jednakże, wbrew entuzjazmem ufologów powyższy tekst raczej nie opisuje nieudolnie lądowania kosmitów, a raczej metafizyczną wizję natchnionego proroka – czy zesłaną mu przez Pana czy też będącą wynikiem szwanku jego psychiki od głodowania na pustyni, tę kwestię pozostawiam już czytelnikowi. Wizerunki istot, ogni, dymu i błyskawic kojarzą się jednoznacznie z majestatem Pana, który przemawia do maleńkiego człowieka. Moim zdaniem jest to opis wizji, kto wie czy nie sennej, takiej jak wizja drabiny Jakubowej, co podkreślać zdaje się tylko ów tajemniczy, skonsumowany zwój, będący moim zdaniem metaforycznym opisem zesłania łaski na proroka.

„Synowie Boży, widząc, że córki ludzkie są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały”. Ten cytat z księgi Rodzaju otworzy kolejny ciąg przemyśleń na temat biblijnych odwiedzin obcych przybyszów.

Kim są owi Synowie Boży? Utożsamiani byli z synami Seta, trzeciego z synów Adama i Ewy, zaś kobiety miały pochodzić z przeklętej linii potomków Kaina lub należeć do ludów pogańskich, mężowie zaś zwiedzeni ich urodą popadać mieli w grzech i odchodzić od Jahwe. Owocem ich związków byli olbrzymi, zwani Nefilim.

Co innego mówi nam apokryficzna Księga Henocha, w której autor (nota bene opowiadający o swych podróżach po niebie, podczas których m.inn. ogląda kulistą ziemię z wysoka) opowiada o obcowaniu dwustu upadłych aniołów z ziemskimi kobietami. Efektem tego było olbrzymie potomstwo. Było ono złe, nikczemne i praktykować miało kanibalizm. Co ciekawe, Jozue zdając raport z podchodów w Kanaan mówi: „Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu. Widzieliśmy tam nawet olbrzymów – Anakici pochodzą od olbrzymów – a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach” (Ksiega Liczb 13,32n) Pokaźnego wzrostu (może potomkiem owych olbrzymów?) był także znany chyba każdemu Filistyn Goliat. W końcu Bóg wygubić miał Nefilich potopem, ale ich nieśmiertelne dusze pozostały na ziemi, by namawiać ludzi do złego.

Według niektórych opowieść ta jest ewidentnym dowodem na kontakty (także seksualne) przedstawicieli obcych cywilizacji z ziemianami. Co ciekawe, naukowcy dziś odnajdują ponoć często szkielety olbrzymów w wielu miejscach na ziemi. Znaleziska te mają być tuszowane i rzadko wychodzą na jaw jako podkopujące ustalony porządek historii antropologii. Kto wie, czy tak rzeczywiście jest, ale historia biblijna jest raczej moralitetem przestrzegającym przed wchodzenie w konszachty z niesprzyjającymi ludziom bytami. Olbrzymy zaś jako złe, zadufane we własne siły istoty (choćby Goliat) skazane są na porażkę czy to od gniewu pańskiego (potop) czy pokonane przez człowieka, który zawierzył Jahwe (Dawid w starciu z Goliatem)

Niektórzy paranaukowi badacze, tacy jak Erich von Däniken postulują, że wszystkie te opisy są dowodami na kontakty (lub nawet istnienie państw lub kolonii) przybyszów z obcych planet na Ziemi, ich wojen między sobą, z których ludzie (jako słudzy, niewolnicy lub bierni obserwatorzy) zapamiętać mieli niejasne obrazy, utrwalone później w ustnych przekazach, gdy przybysze opuścili nasz glob. Mieli jednak powracać, na co wskazują opisy biblijne, czy to jako niegodziwi tyrani (Nefilim), czy jako duchowi mentorzy (widzenie Ezechiela). Czy rzeczywiście tak było? Nie sposób dociec. Tego typu „dowody” nie są w żaden sposób twarde i niezaprzeczalne, a ich przyjmowanie poparte zawsze jest głęboką wiarą w istnienie i oddziaływanie obcych na nas. Stąd i wydawać się mogą mocno naciągane. Z drugiej jednak strony, dość jednoznaczne opisy wojen starohinduskich… Cechą wspólną eposu starożytnego, czy to greckiego, hinduskiego, czy też późniejszej epiki germańskiej było niezwykle dokładne, co do każdego szczegółu niemal poprawne relacjonowanie „faktów” – obrośniętych legendami, boskimi ingerencjami, cechującymi się atrosją herosami, ale zawsze mających w sobie podwaliny prawdy. Jak głęboko sięga ona w obydwu indyjskich eposach czy apokryficznych relacjach o Nefilim? Cóż, pozostawię to bez jednoznacznej odpowiedzi, zachęcając do własnych przemyśleń i dyskusji na ten temat.

Na tym zakończę dzisiejszy wpis i zapraszam kolejnym razem, kiedy odchodząc na czas jakiś od teorii spiskowych zajmę się tematem bardziej społecznym, mianowicie postaram się odpowiedzieć na pytanie co odciąga w obecnych czasach ludzi od książek i literatury. Do usłyszenia kolejnym razem, na koniec zamieścić pragnę odpowiedź Openheimera na pytanie, czy bomba, która eksplodowała na pustyniach Nowego Meksyku była pierwszym przypadkiem użycia broni jądrowej:

„Well — yes. In modern times, of course”.

Do zobaczenia kolejnym razem.

Ilustracje: 1, 2, 3, 4
Jeżeli kogoś zainteresowały bliżej tajemnicze vimany lub pragnąłby poznać starożytne eposy hinduskie, podaję linki do Mahabharaty w przekładzie Roya i Ramajany Griffitha. Ostrzegam, są to naprawdę olbrzymie objętościowo dzieła, wielokrotnie przewyższające rozmiarami Iliadę czy Biblię. Przeczytanie obydwóch pochłonęło ponad miesiąc okresu wakacyjnego w ubiegłym roku.

Listy przeciwko wojnie


Od pierwszych lat naszego życia jesteśmy kształtowani, aby wyrosnąć na dobrze funkcjonującą jednostkę w społeczeństwie. Proces socjalizacji, czyli bardziej naukowe określenie wychowania to proces istotny i długotrwały. Od rodziców, przez szkołę, nauczycieli i towarzystwo, z którym przystajemy. Wszędzie, oprócz tego ostatniego, jak mantra powtarza się, że: przemoc jest zła. Nie bije się kolegów. Koleżanek tym bardziej. Przemoc rodzi tylko przemoc, jak on cię uderzył to bądź mądrzejszy i nie rób tego samego. Życie to nie prawo dżungli, nie wygrywa silniejszy, lecz ten kto używa rozumu. Frazesy, które przewijają się przez cały okres dorastania. Później zaś przychodzi czas, kiedy musimy się usamodzielniać i nagle przychodzi samotnie wkroczyć w wielki wyścig szczurów, pozbawiony wszelkich moralnych wahań. Bieg do sukcesu, bieg do bogactwa. Wtedy okazuje się, że wszystkie te zasady, to jak bajki dla dzieci – zostały na półkach w opuszczonych pokojach…
Przypomnienia tych oczywistych prawideł wymagają przede wszystkim „gadające głowy”. W czasach kiedy wojna z terroryzmem jest swego rodzaju oczywistością, koniecznością na drodze wyboru mniejszego zła, warto zastanowić się czy nie jest to jednak przekonanie mylne. W minionym tygodniu ukazał się polski przekład „Listów przeciwko wojnie” włoskiego reportera – Tiziano Terzani. To kolejna pozycja z wydawanej od 2004r. serii „terra incognita” – reportaży literackich (formy zapoczątkowanej przez Ryszarda Kapuścińskiego) o miejscach, które pomimo medialnego zainteresowania wciąż pozostają w swym prawdziwym obliczu nieznane. Książka Terzaniego to zbiór 7 listów napisanych między wrześniem 2001, a styczniem 2002 roku, w których wydaje dosadny apel do Stanów Zjednoczonych i koalicji państw sprzymierzonych o opanowanie w ślepej wojnie z terroryzmem. To pierwszy głos po 11 września, który zamiast atakować starał się zrozumieć. Przerażające, że już 3 dni po zamachu na World Trade Center Terzani przewidział do czego doprowadzić może amerykańska wojna na Bliskim Wschodzie. Przewidział bombardowania wiosek i miast, tortury w więzieniach Guantanamo, ograniczanie swobód obywatelskich, indoktrynację i wzrost nienawiści. Dlatego też od samego początku przemawiał za pokojem, bo jak pisze: „niepowstrzymanie historii może oznaczać jej koniec”.
To jeden z nielicznych reporterów, który wyjeżdżając na miejsce konfliktu kompletnie odciął się od międzynarodowego środowiska dziennikarzy mieszkających w 5-gwiazdkowych hotelach pod pilnym okiem (i kontrolą!) amerykańskich żołnierzy. Podróżował po Pakistańskich i Afgańskich bezdrożach, tam gdzie bieda i nędza rodzą masowe poparcie dla islamskiego fundamentalizmu. Chciał dotrzeć do źródeł, aby całemu światu pokazać obraz drugiego człowieka po przeciwnej stronie barykady i jego prawo do odmienności. Bo tym właśnie jest walka bojowników dżihadu – o prawo do odmienności! Islam wg Terzaniego stoi przed wyzwaniem zderzenia z procesem globalizacji kultury Zachodu, którą muzułmanie postrzegają jako upadek wszelkich wartości na rzecz materializmu, niekończącej się konsumpcji. Drogi są dwie – przyjąć wzorce idące z Europy i zza oceanu, tak jak postąpiła Turcja, choć mówiąc szczerze wygląda to raczej jak połączenie konia z nietoperzem… albo oprzeć się ekspansji skupiając się wokół własnej tradycji, jeszcze bardziej ją radykalizując. Przytacza słowa jednego z prostych handlarzy tkanin (nie taliba!): „Nie chcemy żyć tak jak wy, nie chcemy oglądać waszej telewizji, waszych filmów. Nie chcemy waszej wolności. Chcemy, żeby nasze społeczeństwo było rządzone przez szariat, prawo koraniczne, i żeby nasza gospodarka nie kierowała się prawem zysku. Kiedy ja pod koniec dnia sprzedam wystarczająco dużo na swoje potrzeby, to następnego klienta, który do mnie przychodzi , wysyłam do sąsiada, bo widziałem, że on nic nie sprzedał”. Nam chyba jednak trudno to zrozumieć, w końcu zachodnia cywilizacja jest najlepsza na świecie…
Ciągłe interwencje USA na Bliskim Wschodzie, te jawne i nie, są odbierane jako zamachy na niezależność kultury muzułmańskiej. Jako próbę zaburzenia tak usilnie budowanej odrębności. Od czasu zakończenia zimnej wojny Stany Zjednoczone nie mają na świecie takiego przeciwnika, który mógłby im się oprzeć. Bezkarnie prowadzą politykę realizacji własnych interesów nie licząc się z prawem do samostanowienia innych. 800 baz wojskowych na całym świecie, w tym w Arabii Saudyjskiej, w granicach której leżą święte miejsca islamu to ich realne narzędzia prowadzenia polityki zagranicznej. Polityki nieakceptacji żadnych sprzeciwów. Dziwne, że dopiero 11 września 2001 roku dostali pierwszy raz po za długim nosie.
Terzani wyraźnie zaznacza, że wojna z terroryzmem to droga donikąd. Po pierwsze podkreśla, że ofiary z Twin Towers były w takim samym stopniu niewinne jak setki już tysięcy (czy może miliony?) zbrodniczej wojny na Bliskim Wschodzie. Po drugie głupotą jest sądzić, że przemoc zatrzyma poparcie dla wiary, która przeciwko najeźdźcy występuje. Gadające głowy zapomniały o podstawach wychowania: przemoc rodzi przemoc. Każda bomba, która spada na Bliskim Wschodzie oznacza równoczesny wzrost poparcia dla fundamentalistów. To stwarzanie zagrożenia kolejnych ataków terrorystycznych, a nie ich zapobieganie. Islamski dżihad to taka sama wojna z terroryzmem jak ta amerykańska, tylko o odwróconych pozycjach. „Jaki inny „odwet” w tym morderczym łańcuchu przemocy może teraz wymyślić muzułmański chłopak, niewykształcony i tępawy, z wioski lepianek gdzieś w Azji, na pilocie B-52, który na jego oczach zmasakrował dziesiątki jego towarzyszy?”

Czy jest możliwe wyjście ze spirali przemocy, w której tkwimy? Jest, ale jak to u pacyfistów bywa – dość utopijne. Zamiast budowania koalicji przeciwko terroryzmowi świat potrzebuje sojuszu w sprawie biedy i nietolerancji. Należy wrócić do źródeł, z pytaniem: dlaczego? Spróbować zrozumieć postawę drugiej strony zamiast bezkrytycznie ją atakować. W tym przerażającym biegu potrzeba nam chwili zatrzymania, przemyślenia istoty człowieczeństwa, którą na pewno nie jest wojna. Na każde banalne stwierdzenie, iż wojny towarzyszyły nam w całej historii, były i zawsze będą, kontr pytaniem odpowiada Gandhi: „ale dlaczego mamy powielać starą historię? Dlaczego nie zaczniemy nowej?
Tiziano Terzani, Listy przeciwko wojnie, Warszawa 2012, Wydawnictwo W.A.B.

Zatopiona utopia – przemyśleń kilka o Atlantydzie


Witam Państwa serdecznie, przepraszając jednocześnie czytelników bloku malarskiego za brak obrazów w tym tygodniu, niestety przedsesyjna nawała kolokwiów skutecznie odebrała mi czas na poczynienie wpisu. W przyszłym za to powinien pojawić się zgodnie z harmonogramem. Ale do rzeczy. Zgodnie z zapowiedzią dziś pochylimy się nad kolejnym z frapujących poszukiwaczy teorii spiskowych problemem, mianowicie tajemną i z dawna ponoć pokrytą wodnistym kurhanem wyspę zwaną Atlantydą wraz z zamieszkującą ją (podobno bardzo zaawansowaną) cywilizacją. Postaramy się dziś odnaleźć źródła owej legendy i poszukać wyjaśnień nie wkraczając na pola fantastyki naukowej.

Pierwsze wzmianki o zatopionej wyspie pochodzą od Platona. W jednym ze swoich późniejszych dialogów, powstałym około 360 roku przed naszą erą Timaiosie, zostaje ona wspomniana jako wysoce zaawansowana społeczność, która dawnymi czasy zagroziła Helladzie. Opowiada Platon, jak to Solon, szacowny ateński prawodawca, goszcząc w Egipcie usłyszał od tamtejszych kapłanów pewną historię:

„Pisma nasze mówią, jak wielką niegdyś państwo wasze złamało potęgę, która gwałtem i przemocą szła na całą Europę i Azję. Szła z zewnątrz, z Morza Atlantyckiego. Wtedy to morze tam było dostępne dla okrętów. Bo miało wyspę przed wejściem, które wy nazywacie Słupami Heraklesa. Wyspa była większa od Libii i od Azji razem wziętych. Ci, którzy wtedy podróżowali, mieli z niej przejście do innych wysp. A z wysp była droga do całego lądu, leżącego naprzeciw, który ogranicza tamto prawdziwe morze. Bo to, co jest po wewnętrznej stronie tego wejścia, o którym mówimy, to się okazuje zatoką o jakimś ciasnym wejściu. A tamto morze jest prawdziwe i ta ziemia, która je ogranicza całkowicie, naprawdę i najsłuszniej może się nazywać lądem stałym. Otóż na tej wyspie, na Atlantydzie, powstało wielkie i podziwu godne mocarstwo pod rządami królów, władające nad całą wyspą i nad wieloma innymi wyspami i częściami lądu stałego. Oprócz tego po tej stronie tutaj oni panowali nad Libią aż do granic Egiptu i nad Europą aż po Tyrrenię. Więc ta cała potęga zjednoczona próbowała raz jednym uderzeniem ujarzmić wasz i nasz kraj i całą okolicę Morza Śródziemnego. Wtedy to, Solonie, objawiła się wszystkim ludziom potęga waszego państwa: jego dzielność i siła. Wasze państwo stanęło na czele wszystkich, zachowało równowagę ducha, rozwinęło sztuki wojenne i już to na czele Hellady, już też odosobnione, bo inni je opuścili z konieczności, w skrajne niebezpieczeństwo popadło, jednak pokonało najeźdźców i wzniosło pomnik zwycięstwa; nic pozwoliło ujarzmić tych, którzy jeszcze nie byli ujarzmieni, i nam wszystkim, którzy zamieszkujemy po tej stronie Słupów Heraklesa, zachowało wolność, nie zazdroszcząc jej nikomu. Później przyszły straszne trzęsienia ziemi i potopy i nadszedł jeden dzień i jedna noc okropna – wtedy całe wasze wojsko zapadło się pod ziemię, a wyspa Atlantyda lak samo zanurzyła się pod powierzchnię morza i zniknęła. Dlatego i teraz tamto morze jest dla okrętów niedostępne i niezbadane; bardzo gęsty muł sianowi przeszkodę – dostarczyła go wyspa zapadająca się na dno.”

I to w zasadzie wszystko co Plato ma nam w „Timaiosie” do powiedzenia o Atlantydzie. Spróbujmy teraz wgryźć się w tekst i wydobyć zza antycznej nomenklatury i nazw geograficznych trochę danych o potencjalnej lokalizacji zatopionego lądu.

Pierwszym, co rzuca się w oczy jest wspomnienie wyspy, która miała jakoby znajdować się na Atlantyku za słupami Heraklesa, czyli Gibraltarem po stronie hiszpańskiej i Ceutą w obecnym Maroku. Plasuje nam to już zaginioną wyspę poza obrębem Morza Śródziemnego, gdzie niepomni na wskazania Platona poszukiwacze doszukują się resztek zatopionego lądu. Ale o tym później, idźmy dalej.

Rozmiary wyspy nie są podane dokładnie, ale miałaby być „większa od Libii i od Azji razem wziętych”. Co możemy przez to rozumieć? Libią określali Grecy obszary znanej im północnej Afryki, Azją zaś tereny Azji Mniejszej (obecna Turcja), w późniejszym, hellenistycznym okresie zaś cały obszar byłego Imperium Perskiego. Można jednak mniemać, że chodzi tu po prostu o obszar odpowiadający obecnym Turcji, Libii, Egiptowi i Tunezji. Więc „wyłania” się nam tu całkiem pokaźny kawał lądu, mający znajdować się na Atlantyku. Podaję poniżej mapę Herodota ukazującą znany wówczas świat.

Platon wspomina też o istnieniu innych wysp niedaleko Atlantydy oraz innym, dużym lądzie znajdującym się „naprzeciw”. Kuszące byłoby domniemanie, że chodzić tu może o Amerykę, zaś wyspami mogłyby z powodzeniem być Azory, Wyspy Kanaryjskie, a także Karaiby.

Tyle geografii, jawi się nam tu masywna wyspa pośrodku Atlantyku, po rozmiarach i niejasnych wspomnieniach zdająca się sięgać kontynentu amerykańskiego. Dalej znajduje się opis prastarej wojny z Atlantydą, w której to zjednoczone pod ateńską hegemonią ludy greckie odparły najeźdźcę z Atlantyku. Ustęp kończy się wzmianką o krótkim i fatalnym w skutkach dla wyspy kataklizmie, zatapiającym ląd i czyniącym żeglugę po tamtych wodach niemożliwą. Nie jest do końca jasne o jaki rejon morza tu może chodzić, choć wskazywano nawet na tak odległe rejony jak Morze Sargassowe.

W innym swoim dialogu, Kritiasie, Plato opowiada o geografii samej wyspy i mieszkańcach ją zaludniających:

(…) Posejdon dostał w udziale wyspę Atlantydę i osadził tam potomków swoich i jednej kobiety śmiertelnej w jakiejś takiej okolicy wyspy. Od brzegu morza aż do środka całej wyspy była równina. Najpiękniejsza miała być ze wszystkich równin i zadowalającej była wartości. Blisko tej równiny, ale znowu ku środkowi jakoś na pięćdziesiąt stadiów oddalona, była góra, niewysoka, ze wszystkich stron. Tam mieszkał jeden z tych ludzi, którzy się tam na początku byli urodzili z Ziemi, a nazywał się Euenor. Mieszkał tam z żoną Leukippą. Oni mieli jedyną córkę Kleiło. Kiedy dziewczyna była już na wydaniu, umiera jej matka i ojciec. A ją sobie upodobał Posejdon, więc obcuje z nią i pagórek, na którym mieszkała, ogrodził pięknie i odciął od reszty lądu naokoło, bo porobił z morza i z ziemi na przemian szereg większych i mniejszych kół współśrodkowych. Dwa z ziemi, a z morza trzy jakby cyrklem obrócił ze środka wyspy – ze wszystkich stron jednakowo były oddalone – tak że ludzie tam dostępu nie mieli. Bo okrętów i żeglugi jeszcze w tych czasach nie było. I sam tę wyspę na środku, jako bóg przecież, z łatwością pięknie urządził. Dwojakie wody źródłami spod ziemi na wierzch wyprowadził. Jedno źródło gorące, a drugie zimne z krynicy spływało i pożywienie różnorodne i dostateczne z ziemi wywiódł. (…)

(…)ich potomkowie przez szereg pokoleń tam mieszkali i panowali nad wieloma innymi wyspami na morzu, a oprócz tego, jak się i przedtem mówiło, panowanie ich sięgało aż po Egipt i Tyrrenię i obejmowało ziemie po lej stronie Słupów Heraklesa.(…)

(…)Przekopali kanał, poczynając od morza, szeroki na trzy pletry, a na sto stóp głęboki i długi na pięćdziesiąt stadiów, sięgający do obręczy najbardziej zewnętrznej, i w ten sposób otworzyli wjazd z morza do środka, jakby do portu. Rozkopali wejście tak szerokie, że mogły w nie wpływać największe okręty. Przekopali leż w kierunku mostów te pierścienie ziemne, które przedzielały koliste kanały morskie. Tak szeroko, że jedna triera mogła przepływać z jednego kanału do drugiego(…)

(…)W ten sposób była ta dolina uposażona od natury, a w ciągu długiego czasu wielu królów ją uprawiało. Ona była czworoboczna po większej części, prosta i długa. A czego niedostawało, to wyprostowywał rów naokoło niej wykopany. Jego głębokość, szerokość i długość podają niewiarygodną. Trudno uwierzyć, żeby w porównaniu do innych robót tak wielkie dzieło było rękami ludzkimi wykonane(…)

(…)Dzięki takiemu wyrachowaniu i dlatego że w nich trwała natura boska, wzrastało u nich to wszystko, cośmy poprzednio przeszli. Ale kiedy w nich cząstka boża wygasła, dlatego że się często z wieloma pierwiastkami ludzkimi mieszała, ludzka natura zaczęła brać górę, wtedy już nie umieli znosić tego, co u nich było, zrobili się nieprzyzwoici i kto umiał patrzeć, ten widział już ich brzydotę, kiedy zatracali to, co najpiękniejsze, pośród największych dóbr. Tym, którzy nic potrafią dojrzeć życia naprawdę szczęśliwego, wydawało się właśnie wtedy, że są osobliwie piękni i szczęśliwi, kiedy ich napełniała chciwość niesprawiedliwa i potęga. Otóż bóg bogów, Zeus, królujący zgodnie z prawami, umiał dojrzeć taki stan rzeczy, zobaczył, że się marnuje ród, który był jak się należy, więc karę im wymierzyć postanowił, aby się opamiętali, nabrali rozumu i zaczęli panować nad sobą(…)

Oczom naszym ukazują się piękno, przepych i wysoki technologiczny poziom mieszkańców Atlantydy, królestwa Posejdona oraz powody upadku wielkiej wyspy. To degeneracja i upadek moralny spowodowały zesłanie przez Dzeusa kataklizmu, który zatopił społeczeństwo Atlantydy. Zwrócić warto byłoby uwagę na obecność prastarego toposu kary boskiej, podobnego choćby do biblijnych przykładów potopu czy zniszczenia Sodomy i Gomory. W obu przypadkach będących karą za rozpasanie i upadek moralności.

Prześledźmy teraz skąd właściwie Platon wiedział o tej dawno już zapomnianej, archaicznej już w jego czasach cywilizacji. Jak wspomniałem wcześniej, egipscy kapłani, z którymi rozmawiał Solon przekazali mu opowieści o Atlantydzie, a miało to miejsce około 600 roku przed naszą erą. Platon żył zaś niecałe 250 lat później. Siłą rzeczy wkraść się mogły tu nieścisłości, przekłamania, a metaforyka zmieszać mogła z rzeczywistością. Oraz, jak to sam Plato podaje w „Timaiosie” kapłani w Egipcie powiedzieć mieli ateńskiemu prawodawcy następujące słowa: „Oj, Solonie, Solonie! Wy, Hellenowie, zawsze jesteście dziećmi. Nie ma starca między Hellenami.” Odnosić miała się do faktu logicznego i bezpośredniego myślenia Greków, w odróżnieniu od alegorycznego i przepełnionego mistycyzmem języka egipskich hierofantów. I tak Solon zapewne wziął przekazane mu opowieści o Atlantydzie za rzecz prawdziwą, podczas gdy być może była to jedynie przypowieść moralizatorska o „złotym wieku” i przestroga przed złymi obyczajami?

Przenieśmy się na chwilę w obecne czasy i prześledźmy współczesne, naukowe wyjaśnienia mitu Atlantydy. Najczęściej pojawiają się głosy lokalizujące wyspę na Krecie, łącząc ją z kulturą minojską, lub na wyspie Thera zniszczonej przez erupcję wulkanu. Oba wyjaśnienia opierają się na kataklizmach, które stanowiły zmierzch minojskiej cywilizacji. Jest to w pewien sposób sensowne, egipscy bowiem kapłani kupowali z Krety właśnie oleje i żywice niezbędne do balsamowania ciał, stąd łączyć mogli opisywaną wyżej utopię z cywilizacją z Knossos właśnie. Kolejną wskazówką może być passus opisujący obrzędy Atlantean związane z bykami:

A kiedy mieli sądzić, takie sobie nawzajem wystawiali uwierzytelnienie. Koło świątyni Posejdona pasły się na wolności byki. Otóż ci królowie w liczbie dziesięciu, sami tylko będąc w świątyni, modlili się do boga, żeby im dał złapać ofiarę, która by mu była miła, i wtedy rozpoczynali polowanie bez pomocy żelaza, a tylko przy pomocy kijów i pętli ze sznura. A gdy którego byka złapali, prowadzili go do słupa i tam na jego wysokości zarzynali go na ofiarę według przepisów pisma.

Budzi to skojarzenia z minojską cywilizacją, w której byk odgrywał ważną rolę w bliżej nieznanych obrzędach, zachowanych jednak na malowidłach ściennych (zdjęcie obok).

Nijak ma się jednak Kreta do platońskiego opisu sytuującego Atlantydę poza Morzem Śródziemnym, choć wpisywać by się to mogło w przeniesienie obrazu minojskiej cywilizacji na Atlantyk jako wspomniana wyżej moralizatorska przypowieść.

Inną, nie mniej ciekawą koncepcją jest sytuowanie Atlantydy na zatopionej w wyniku topnienia lodowców 12000 lat temu wyspie Spartel znajdującej się właśnie na zachód od cieśniny gibraltarskiej. Zastanawiać może tylko rozmiar owej wysepki, dziwnie mały w porównaniu do platońskiego opisu, oraz okres zatonięcia – ciężko przypuszczać, by jakakolwiek cywilizacja w tym okresie zamieszkiwała ową wysepkę, co także przekreśla cały ustęp o wojnie z Helladą. Ciekawe znalezisko, acz wydaje się być przypadkowo tylko usytuowane w „odpowiednim” miejscu.

Podsumowując, lokowałbym Atlantydę właśnie na Krecie. Dane o rozmiarze wyspy zrzuciłbym na karb czasu dzielącego Solona od Platona (nie wpomniawszy o źródłach samych kapłanów egipskich). Nie wyjaśnia to jednak nam usytuowania platońskiej wyspy na Atlantyku. Mniemam, że opis Atlantydy zawarty w obu źródłach poczyniony został przede wszystkim w celu moralizatorskim, ukazując przykład utopijnego społeczeństwa. (problem przewijający się w twórczości Platona, choćby w „Państwie„) Dwustuletnie przekazy mogły być nieścisłe, a także stanowić opisy istniejących państw wzbogacone o topikę „złotego wieku ludzkości”. Niemniej najwięcej poszlak wskazuje właśnie na Kretę. Teorie o Ameryce, Skandynawii, Trójkącie Bermudzkim czy Antarktydzie pominąłbym jako grubymi nićmi szyte lub niemające cienia poszlak naukowości karkołomne próby znalezienia azylu na mapie świata dla utopistycznej Atlantydy. Dodam jeszcze, że wzmianki o wojnie Atlantów z Hellenami czy Egipcjanami budzą dość bliskie skojarzenia z najazdami Ludów Morza, i być może w nich właśnie odnajdują swój pierwowzór.

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie wywodom o Atlantydzie, zachęcam do sięgnięcia po wyżej przytoczone dialogi Platona (jak i inną jego twórczość) i zapraszam za tydzień, gdzie przyjrzymy się domniemanym opisom wizyt przybyszów z innych planet opisanym ponoć w Biblii i eposach hinduskich.

Ilustracje: 1, 2, 3, 4, 5.

Teksty zaczerpnięte z:.

Platon: Timaios, Kritias, tłum. Władysław Witwicki, wyd. Antyk, Warszawa 2002.

Terry Pratchett


Mówiąc o rozpowszechnianiu kultury czytania media zawsze rozpływają się nad J.K. Rowling i jej podopiecznym, Harrym Potterem. Oczywiście statystyki nie kłamią: jest to najpopularniejsza seria i bohater literatury przełomu XX i XXI wieku. Przygody młodego czarodzieja towarzyszyły dzieciństwu milionów (łącznie ze mną, również należę do pokolenia HP) dzieci i nastolatków. Wielu z nich nadal z radością wraca do jednej z ulubionych książek swojego dzieciństwa. To co zrobiła dla tych wszystkich młodych ludzi Pani Rowling jest niesamowite. Nieco gorsze jest to, co zrobiły z resztą pisarzy światowe media: gdyby opierać się tylko na mass mediach, jedynymi książkami skierowanymi dla młodzieży jakie powstały przez ostatnie kilkanaście lat są te o Potterze. A jest to oczywista nieprawda: powstaje wiele fantastycznych pozycji fantasy, czy też science-fiction: nie tylko tych opartych na grach komputerowych. Ich fanami często okazuje się nie tylko młodzież, ale i dorośli. Dzieje się tak ponieważ zawierają w sobie fantastyczne fabuły, wartość moralizatorską, ale też błyskotliwe aluzje do rzeczywistości. Moim osobistym ulubiony undergroundowym autorem jest sir Terence David John Pratchett.

Urodził się w 1948 roku w Beaconsfield, jako dumny angielski jedynak. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczął szybko: w wieku trzynastu lat opublikował w gazetce szkolnej pierwsze opowiadanie, piętnastu zaczął ze swojego talentu czerpać materialne korzyści, a siedemnastu rzucił szkołę i został dziennikarzem. Jego pierwszą  powieść, Dywan wydano niejako przez przypadek: wspomniał o niej w trakcie przeprowadzania wywiadu z współredaktorem małego wydawnictwa. Ten zainteresował się nią i postanowił opublikować. W roku 1983 wydana została pierwsza książka z cyklu Świata Dysku: Kolor Magii. Szczyt popularności osiągnął w 1996 roku, kiedy to był najlepiej sprzedającym się autorem w Wielkiej Brytanii. W 2003 roku zajmował drugie miejsce (mowa o książkach w twardych okładkach), zaraz za wspomnianą wcześniej Rowling. W 1998 roku został kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury. Jako że znany jest z ciętego języka, odpowiednio to skomentował: Sądziłem, że ‚zasługi dla literatury’ oznaczają powstrzymywanie się od pisania. 


W swojej twórczości często nawiązuje do świata współczesnego: opowiada o rozwoju niezależnej prasy, poczty, środków szybkiego przesyłu informacji, czy też muzyki rockowej. Nawiązuje do znanych postaci: przykładem jest genialny wynalazca Leonard z Quirmu. Posiada niezwykle charakterystyczny styl pisania: pełen ironii i sarkazmu z jednej strony, ciepłego humoru z drugiej. Dzięki niemu zdobył on ogromną rzeszę miłośników, jednak wiele osób po prostu go nie trawi (i nie, nie są to ciemni ludzie pozbawieni gustu literackiego). O tym czy Pratchett przypadnie nam do gustu najlepiej przekonać samemu: w każdej bibliotece, czy też księgarni można znaleźć wiele jego książek, które czyta się szybko i łatwo. Spis tych opowiadających o świecie dysku możemy znaleźć tutaj. Jeżeli pierwsza wybrana pozycja przypadnie nam do gustu, możemy spokojnie sięgać po następne i w dalszym ciągu się uzależniać. Jeżeli nie – nie ma sensu się zamęczać.

Warto wspomnieć również o innych jego cyklach powieści: Trylogii Nomów (osobiście przypadła mi do gustu) i Opowieści o Johnnym Maxwellu (osobiście nie byłem w stanie doczytać do końca pierwszego tomu).
Oprócz bycia poczytnym autorem, Pratchett jest również bardzo kontrowersyjną osobą. Zdeklarowany ateista (co widać chociażby po jego książkach), chorujący na Alzhaimera, wielki zwolennik eutanazji. Jest jednym z głównych twórców filmu Decydując się na śmierć, będącego bezpośrednią relacją ze świadomego samobójstwa jakiego dopuścił się 71-letni Peter Smedley, cierpiący na stwardnienie zanikowe boczne milioner. Pratchett również sam chce zadecydować o chwili swojej śmierci: najlepiej siedząc w ogrodowym fotelu, ze szklaneczką brandy w dłoni, przy dźwiękach muzyki Thomasa Tallisa dobiegających z iPada. Szczegółowo jego poglądy można poznać tu.

Mimo swojej popularności, sir Terence pozostaje w dalszym ciągu autorem niszowym. Po części wynika to z jego ostrych poglądów, po części z faktu, iż książki są obecnie uważane za rozrywkę dla niewielkiej części społeczeństwa. Jeżeli ktoś chce rozpocząć przygodę z kartami pełnymi słów, może spokojnie zacząć od Świata Dysku. Jeżeli uważa się za wielkiego literata, a nie wie, że ŚMIERĆ WYPOWIADA SIĘ TYLKO WIELKIMI LITERAMI powinien się wstydzić. 
A Wy znacie jakichś wielkich, niedocenionych powszechnie autorów?

Literatura dziecięca a sprawy ostateczne


Dużo mówi się na łamach naszych Kronik o postawie tzw. „współczesnego franciszkanizmu”. Nadchodzi złowieszczy, 2012 rok, więc pomyślałem, że warto by było Was jakoś do tej życiodajnej radości zachęcić. Gdzie możemy ją znaleźć? A no na przykład w powieściach z naszego dzieciństwa.
Choć wydawałoby się to dziwne, problematykę eschatologiczną w powieściach adresowanych do dzieci i młodzieży, podejmowano wcale nierzadko. Co ciekawe, jest to częsty motyw w pozycjach najbardziej uznanych i cenionych. Ich autorzy, osobowości często nietuzinkowe, zdają się mieć poczucie swoistej misji, aby zaznajamiać młodego człowieka ze sprawami ostatecznymi. Niektórzy złośliwi krytycy zarzucają im indoktrynację. Lecz czy pod treściami jawnie nawiązującymi do Apokalipsy św. Jana nie kryje się przesłanie bardziej uniwersalne? Czy nie chodzi tu przede wszystkim o wzbudzanie w dzieciach wiary w to, że ten świat, który jest jaki jest, kiedyś odmieni się na lepsze i że właśnie one mogą się do tego przyczynić? W dzieciach tkwi olbrzymia moc – moc wyobraźni.

Przyjrzyjmy się choćby sławnemu cyklowi C. S. Lewisa, jednego z twórców gatunku fantasy – Opowieściom z Narnii. Autor ten słynie z przerabiania motywów biblijnych i mitologicznych na potrzeby literatury dziecięcej, a Opowieści… są tego doskonałym przykładem. W siódmej części tej septalogii (Ostatnia bitwa) autor przedstawia nam niemal dokładną parafrazę apokalipsy, którą znamy z Nowego Testamentu. Pojawia się tam fałszywy prorok – szympans Krętacz, który przebiera naiwnego osła Łamigłówka za lwa Aslana, przez co tworzy coś na kształt biblijnej Bestii. Głosi do „ludu Narnii” złowieszcze wieści: „Aslan mówi, że okazywał wam zbyt wiele łagodności i zamierza to zmienić. Tym razem chce was trochę okrzesać”. Kiedy fałsz wychodzi na jaw, następuje „powtórne przyjście” prawdziwego Aslana, któremu towarzyszy sąd wręcz tożsamy z tym, o którym Jezus mówi w ewangelii według św. Mateusza (rozdział 25). Lew swym spojrzeniem „zbawia” i „potępia” stworzenia odpowiednio po swojej prawicy i lewicy. Następnie możemy przeczytać niesamowicie piękny opis Nowego Jeruzalem (tutaj: nowej Narnii), gdzie spotykamy wszystkich bohaterów cyklu: tych, którzy umarli dawniej, i tych, którzy dopiero co byli świadkami „Sądu Ostatecznego”.

Inna powieściopisarka z kręgu dziecięcej fantastyki, Tove Jansson, w swojej Komecie nad Doliną Muminków nawiązała do biblijnej apokalipsy w mniej podniosły sposób. Mianowicie u niej koniec świata w ogóle nie nastąpił. Pojawił się natomiast zwiastun zagłady – wielka czerwona kometa, oraz fałszywy prorok – Piżmowiec, głoszący dekadenckie i katastroficzne treści rodem z końca XIX wieku (na jednym z obrazków ilustrujących powieść pojawia się on wraz z książką Oswalda Spenglera – jednego z twórców katastrofizmu). Autorka przedstawia nadchodzące zagrożenie w zabawny sposób: pisze o komecie, której ogona nie widać, ponieważ leci ona wprost na Ziemię. Wbrew zbliżającej się katastrofie bohaterowie powieści nie są nią zbytnio przerażeni. Muminek mówi: „Idziemy przecież do domu (…) Mamusia na pewno to załatwi”. To szczere i bezkrytyczne zawierzenie w rodzicielską moc wydaje się główną treścią, którą Jansson chciała przekazać dzieciom. Nie bójcie się o przyszłość wszechświata – miłość rodzicielska to coś więcej niż całe uniwersum. Cóż, okazuje się, że to prawda. Kometa po prostu ominęła Ziemię i Muminki mogły dalej cieszyć się swym beztroskim i radosnym życiem.
W Niekończącej się historii Michaela Ende trafiamy do Fantazjany (nazwa znacząca) – baśniowej krainy. Z mającej miejsce w drugim rozdziale rozmowy błędnego ognika z mini-ludkiem, nocną zmorą i skałojadem, dowiadujemy się, że ów świat jest zagrożony poprzez stopniowe zanikanie krain i ich rozpływanie się w Nicość. Dodatkowo chora jest Dziecięca Cesarzowa, królowa Fantazjany, a uratować ją może tylko przybysz ze świata ludzi przez nadanie jej nowego imienia. Okazuje się nim Bastian – główny bohater powieści, której jest jednocześnie czytelnikiem. Gdy wymawia nowe imię (Dziecię Księżyców), przenosi się do baśniowego świata, który stał się już ciemną pustką. Cesarzowa daje wtedy Bastianowi moc tworzenia, dzięki czemu kraina odradza się. Jest to zatem koniec i nowy początek zapomnianego przez ludzi świata wyobraźni. Autor przypomina w ten sposób dzieciom o niebywałej roli fantazji, której istnienie jest we współczesnym świecie zagrożone stopniową schematyzacją życia i sprowadzaniem ludzkiej egzystencji do przyziemnych, materialnych potrzeb.
Jak widzimy, autorzy powieści dziecięcych nie stronią od pisania o sprawach ostatecznych. Starają się je jednak przekazywać w sposób odpowiedni dla grupy wiekowej, dla której piszą. Wykorzystywane przez nich motywy mają przede wszystkim skłonić dzieci do myślenia i pobudzić ich wyobraźnię. Z kart tych wspaniałych historii naprawdę można nauczyć się żyć w harmonii i w miłości. I to bardzo ważne, zwłaszcza dzisiaj.
Śmiem postawić dość odważną tezę, która, mam nadzieję, skłoni Was do myślenia i dyskusji. Otóż, jak możemy przeczytać na kartach Biblii, dzieci nigdy nie mają łatwo, gdy nadchodzą czasy „ostateczne”. Są one przecież nadzieją na lepsze jutro, a ich talenty i wyobraźnia mogą zdziałać naprawdę wiele dobra. Na przykład, gdy rodził się Mojżesz (mający wkrótce przewodzić Izraelowi na pustyni), egipski faraon wydał rozkaz zabijania wszystkich nowonarodzonych hebrajskich chłopców. Gdy rodził się Jezus, Herod kazał zabić każdego chłopca zrodzonego w tym czasie w Betlejem. W Apokalipsie natomiast czytamy:
Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. A jest brzemienna. I woła cierpiąc bóle i męki rodzenia. I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów – a na głowach jego siedem diademów – i ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba: i rzucił je na ziemię. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię. I porodziła syna – mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu. (Ap 12, 1-5)
Warto przeczytać te wersety w odniesieniu do współczesnego zabijania zarodków. Dzisiaj dzieją się podobne rzeczy jak przed tysiącami lat, zmienia się tylko kontekst. A w dzieciach wciąż tkwi olbrzymia siła i ona nie zginie, mimo najczarniejszych zamiarów „dorosłych” Smoków.
I tym Bożonarodzeniowym akcentem zakończmy dzisiejsze rozważania.
* cytat z Apokalipsy św. Jana w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia.
* cytaty z Narnii i Muminków:
C.S. Lewis, Opowieści z Narnii. Łączne wydanie siedmiu tomów słynnego cyklu powieściowego, przeł. A. Polkowski, wyd. Media Rodzina, Poznań 2010, s. 768.
T. Jansson, Kometa nad Doliną Muminków, przeł. T. Chłapowska, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1998, s. 77-78.
* Okładki książek oraz Sąd Ostateczny Hansa Memlinga znalezione w sieci.

Żydzi, jezuici, masoni i inne plugastwa


Od czasu polskiej premiery „Cmentarza w Pradze” miną wkrótce 2 miesiące, a książka ta niezmiennie trzyma szczyty rankingów i wygląda na to, że szybko ich nie opuści. Co ważne, nie tylko tych popularnych („empikowych”), ale prym wiedzie również na listach bardziej niszowych. Czyżbyśmy mieli do czynienia z książkowym hitem roku 2011? Postanowiliśmy spojrzeć nieco dokładniej na dzieło Umberto Eco stawiając je na kowadle Kronik Kulturalnych.
Przede wszystkim o randze literatury z jaką mamy do czynienia przemawia postać jej autora. Nie jest to na szczęście kolejny brazylijski moralista z milionową popularnością swoich groteskowo prostych „dzieł”. Umberto Eco to włoski eseista-filozof, profesor dwóch prestiżowych uniwersytetów (Florencja i Bolonia) o znacznym dorobku naukowym (kilkadziesiąt prac), honorowany 32 razy tytułem doktora honoris causa, który beletrystyką zajmuje się sporadycznie – raczej dla przyjemności. Znany szerszemu gronu publiczności m.in. za sprawą pierwszej powieści: „Imię Róży”. Paradoksalnie jednak w swoich powieściach posługuje się językiem przystępnym, prostym, nasyconym emocjami, choć na pewno nie są to książki przeznaczone dla wszystkich.
„Cmentarz w Pradze” to dzieło bardzo silnie osadzone w realiach XIX w. Jak sam autor przyznaje fikcyjna jest tam tylko postać głównego bohatera, ale tezę tę bierzmy ze sporym przymrużeniem oka… Pewne jest jedno – bez znajomości historii europejskich wydarzeń całego stulecia nie ma co zabierać się za lekturę, bo najzwyczajniej w świecie się pogubimy, a sens całości ucieknie nam między palcami. Zamęt rewolucji, zgliszcza dorobku Napoleona, zjednoczenie Włoch, wojna prusko-francuska, komuna paryska, III republika, afera panamska – lepiej dla was przyszli czytelnicy, żeby te nazwy coś jednak mówiły. Co ważne Umberto Eco historię XIX w. odziera z romantycznej propagandy, którą przesycone są szkolne podręczniki, a jej miejsce zastępuje intryga, spiski, zamachy, korupcja, przekręty, służby wywiadu i wszelka czarna dyplomacja.

Dlaczego jeszcze wspomniałem o tym, że nie jest to książka dla każdego? Bo Umberto Eco z perspektywy pierwszoosobowej dokonuje analizy powszechnej łatwowierności, to studium mechanizmów manipulacji. Autor liczy na czytelnika, liczy na jego umiejętność myślenia. Bo bez tego z głowy zrobi nam papkę na podobieństwo opisywanych mas, które w XIX w. karmione były populistycznymi hasłami. Pokazuje jak przez pojedynczych ludzi tworzyły się sensacyjno-spiskowe teorie, które później szerzyła powszechna prasa i społeczna plotka. „Ludzi cechuje przede wszystkim to, że gotowi są we wszystko uwierzyć”. Potrzebują tego co zakazane, a wystarczy tylko o czymś mówić, żeby powołać to do życia. W takiej atmosferze narodziły się teorie o żądnych przejęcia władzy nad światem Żydach, masonach, czy nawet jezuitach. Teorie podsycane przez „wolną” prasę. Teorie, które w następnym stuleciu doprowadzą do eskalacji nienawiści i samozagłady Europy. O, i jaka przyjemność odnieść tę umiejętność spojrzenia na populizm do czasów nam współczesnych…

Autor w czasach poprawności politycznej odważnie nie szczędzi nam pełnych pogardy haseł antysemickich. I znów przestroga, żeby podchodzić do książki z rozumem! Umberto Eco dogłębnie wchodzi w realia XIX w. dając bardzo realny obraz tego jakie panowały społeczne nastroje i co je wywoływało. Im więcej przytacza wzgardy tym bardziej podkreśla jej bezzasadność. Kiedy nie wszystko idzie zgodnie z myślą rządzących, panuje kryzys, nędza i ubóstwo, wtedy najlepiej znaleźć wewnętrznego wroga (Żyda!), który tajemnym spiskiem krzyżuje nam wszystkie plany. Ach, jakże lotne hasło! Udostępnić jeszcze w prasie wykradziony protokół z tajnego spotkania głów tej organizacji, które jasno mówi o stopniowym podporządkowywaniu sobie świata chrześcijan. 

I proszę! Później tylko podsycać coraz to nowymi informacjami, które „wyciekły” dostając się do prasy, bo to właśnie świetnie się sprzedaje. Zakazana sensacja! Spoglądanie na mechanizm takiego działania to jak odkrywanie korzeni popularności tabloidów w stylu Faktu czy Super Ekspressu, gorzej jednak gdy człowiek przypomni sobie, że to obecnie najlepiej sprzedające się gazety w Polsce…
Długo by jeszcze o książce Umberto Eco można mówić. Pewne jest to, że jest to jedna z tych pozycji, które przeczytać trzeba. Autor jak dobry nauczyciel pokazuje nam praktykę działań społecznej manipulacji. Uważać trzeba jedynie na to, aby samemu jej nie ulec, ale zacząć dostrzegać. To ważna nauka na nadchodzące czasy. Nauka życiowa, bo manipulacja ma to do siebie, że powinna być niedostrzegalna przez osoby manipulowane. Bądźcie więc uważni i myślcie!

"Urizen Stwarzający Świat"


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej podróży po wirtualnym muzeum zatrzymamy się przed obrazem „Urizen Stwarzający Świat” namalowanym przez XVIII-wiecznego angielskiego malarza, poety i wielkiego mistyka, Williama Blake’a.

Spójrzmy najpierw na samo dzieło. Wykonane metodą trawienia reliefowego (rozpropagowaną w malarstwie właśnie przez pasjonującego się rytownictwem Blake’a), czyli poprzez stworzenie woskowego negatywu obrazu na miedzianej płytce i wytrawienie kwasem niezabezpieczonej miedzi. Wykonaną odbitkę taką wypełniał następnie artysta akwarelami. Ujawnia się to w charakterystycznych, krzyżujących się liniach, które dostrzec można w wielu punktach obrazu.

Za swoją twórczość malarz niejednokrotnie spotykał się z krytyką środowisk kościelnych i umieszczaniem swojej twórczości pisanej na liście ksiąg zakazanych. Paradoksalnie, sam był człowiekiem głęboko religijnym, doznawał niejednokrotnie objawień, które uznawał za najwyższe przeżycia duchowe. Treść jednak jego dzieł miała wydźwięk dość niepokojący, przesycony duchem Miltona i swedenborgistycznymi poglądami. Uważał, że Jezus jest ucieleśnieniem wyobraźni, a jego apostołami dziś są artyści. Sam Blake tworzył dla ludzi wybijających się ponad przeciętność, jak sam wspominał:
„To, co wielkie, jest nieuchronnie ukryte przed słabymi. To, co oczywiste dla idioty, nie jest warte mego zachodu.”
Chciałbym przytoczyć tutaj fragmenty poematu „Księga Uriziena” i w oparciu o nie spojrzeć na obraz.

„Oto cień grozy się wzniósł pośród Wieczności!
Nieznany, bezpłodny, zamknięty w sobie,
Wszystko odpychający. Jakiż Demon
Tę wstrętną pustkę ukształtował,
Próżnię, która przeraża duszę? Niektórzy powiadali:
„To Urizen”. Lecz nieznana, odosobniona,
Zaczajona, tajemna, mroczna m
oc się kryła.
Czasy po czasach rozdzielił; i przestrzeń

Wymierzył za przestrzenią w dziewięciokrotnej ciemności,
Niewidzialny, nieznany. Zmiany się pojawiły
Jak odosobnione góry, roztrącone gwałtownie
Czarnymi zamętu wichrami.

Albowiem bitwy toczył przeraźliwe
W niewidzialnej Wojnie ze zrodzonymi
Z porzuconej przez niego puszczy
Kształtami bestii, ptaków, ryb, wężów, żywiołów,
Ogni, wichrów, oparów i chmur.

(…)
Ziemi nie było ani kul przyciągania.
Wola Nieśmiertelnego rozprzestrzeniała
Albo ścieśniała wszystkie jego giętkie zmysły.
Śmierci nie było; wieczne krzewiło się życie.

Głos trąby niebiosa przebudził;
I szeroko rozpostarte chmury krwi
Toczyły się wokół skał Urizena zamglonych.
Takie nosił imię ten samotny w
Bezmiarze.

Urizien stwarzający świat budzi jednoznaczne skojarzenia z Jahwe. Od razu jednak wkradają się nam tu pewne wątpliwości. Obraz Stwórcy przesycony epitetami pogłębiającymi aurę tajemniczości i mroku  nie przystaje nam do dobrego Boga. I tak jak Jahwe dla ludu Abrahama z pewnością był „nieznany”, tak nie na miejscu wydaje się być twierdzenie jakoby „odpychający Demon”, jak nazwany jest tu Stwórca, mógł rzeczywiście być biblijnym Bogiem. Poniekąd słusznie, Urizen jest w „prywatnej mitologii” Blake’a symbolem i ucieleśnieniem rozumu, swoistym demiurgiem, ideą, która według wzorca idei nadaje kształt światu. I jako taki nadaje prawa, zaskakujące rozdźwiękiem z Dekalogiem, a zbliżone bardziej do nauk Jezusa:

„Niechaj każdy jeden wybierze przybytek,

Odwieczny swój dom bezmierny,

Jedno przykazanie, radość jedną, tęsknotę jedną,
Jedną klątwę, jedno brzemię, jedną miarę,
Jednego Króla, jednego Boga, jedno Prawo.”

Są to prawa, które mógłbym podsumować stwierdzeniem, że niezależnie od wyznawanej religii człowiek powinien być bliźnim dla innego człowieka i czynić dlań tak, jak chciałby, aby i on względem niego czynił.
Przyjrzyjmy się teraz samemu obrazowi. Skulony starzec, któremu wicher (od średniowiecza już tradycyjnie towarzyszący podniosłej chwili stworzenia) rozwiewa długie, siwe włosy kształtuje własnoręcznie świat przy pomocy swej boskiej mocy, okolony ognistą sferą, która rozjaśnia kłębiące się wokół mroki. Nietrudno jest wyciągnąć wniosek, że Urizen, najwyższy rozum, oświeca swym rozumem przestrzeń wokół siebie i kreuje rzeczywistość. Promienie wybiegające z jego dłoni noszą zadziwiające podobieństwo do wolnomularskiej symboliki cyrkla, będącego symbolem wiedzy, rozumu, mądrości w symbolice masońskiej. Cyrkiel , który łączy w sobie punkt i okrąg może być tu alegorią absolutu Urizena, ucieleśnieniem kreowania świata powołanego z rozumu, a on sam staje się nie tyle co stwórcą, ale Architektem świata.

Nawet jednak odpychający i ponury Demon nie jest niewrażliwy na piękno istnienia, i po dokonaniu aktu stworzenia pada na kolana z zachwytu nad światem, co obrazuje zamieszczona z lewej iluminacja.

Dzieło Blake’a do dziś porusza oglądających, będąc źródłem inspiracji i nawiązań. Za przykład posłużyć może wejście do GE Building w Nowym Jorku na fotografii poniżej.

Dziś to już na tyle. Dziękuję za poświęcony czas i zapraszam za tydzień, gdzie rzucimy okiem na twórczość mojego ukochanego malarza, Hieronima Boscha. Dziękuję i do zobaczenia.

Przypis:

Fragmenty „Księgi Urizena” w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka.

O homoseksualiźmie w kulturach słów kilka


Witam Państwa serdecznie życząc przy tym wesołych świąt. W poprzednim tygodniu pisałem o współczesnym rozpasaniu i upadku obyczajowości. Dziś chciałbym pociągnąć ten temat, skupiając się na zjawisku homoseksualizmu. Nie będzie to jednak klasyczne ujęcie, gdzie opowiem się po jednej ze stron wojny o homofobię, chciałbym przytoczyć tu znane kulturze przykłady zachowań homoseksualnych, często zupełnie inne i inaczej postrzegane od dzisiejszych form i opinii na ich temat. Wiele miejsca poświęcę tu starożytnej Helladzie, obalając być może kilka mitów niesłusznie utrwalonych w społeczeństwie. Przejdźmy zatem od razu do tematu.

I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.” Takie słowa według Ewangelisty Mateusza wypowiedzieć miał Jezus podczas kazania na górze. Odnoszą się one szeroko do samokształtowania duchowego celem powściągnięcia siebie samego przed czynami zakazanymi przez prawo mojżeszowe, w tym (choć nie tylko, oczywiście ma to wymowę odnoszącą się chociażby także do piątego przykazania) do zachowań sodomicznych – wylewania nasienia nie mając na celu zapłodnienia czy stosunków homoseksualnych. Dość jasno obrazuje to podejście tradycji judeochrześcijańskiej do zachowań sprzecznych z naturą (będącą tu reprezentowaną niejako przez prawo boskie). Przykład Sodomy i Gomory niech będzie tu podkreśleniem. Nie wszędzie jednak i nie zawsze było to postrzegane w taki sposób.
W kulturze hinduskiej, zdominowanej systemem kast i klas społecznych homoseksualizm nie wpływa na społeczne postrzeganie mężczyzny tak długo, aż nie dojdzie do aktu penetracji – przy czym bycie stroną pasywną degraduje już mężczyznę jako wykonującego czynności sprzeczne z naturalnym porządkiem rzeczy. Zaś same praktyki seksualne mężczyzn w kulturze Indii nie funkcjonują na prawach współżycia, traktowane są jako forma przyjaźni, mężczyźni wykazujący skłonności homoseksualne często żenią się i to bynajmniej nie ze swoimi męskimi kochankami, małżeństwo bowiem w Indiach traktowane jest jako społeczny obowiązek. W 2009 roku zniesiono w Indiach kolonialne prawo zakazujące czynności „przeciwnych naturze”.

W wielu kulturach homoseksualizm pełnił znaczenie stricte rytualne. W obrzędach inicjacji seksualnej ludów polinezyjskich był to symbol więzi duchowej między przodkami a żyjącymi. Stosunek homoseksualny stanowił przekazanie mocy przodków dojrzewającym, młodym pokoleniom.

Wśród ludów indiańskich spotkać możemy przykłady społecznych funkcji osób orientacji homoseksualnej, tzw. Winkte. Byli oni przedstawicielami swoistej elity, stojącymi ponad podziałem płciowym i mającymi dostęp do zarówno męskich jak i żeńskich czynności, bywali niezbędnym elementem niektórych obrzędów, jak choćby najważniejszego w plemieniu Dakotów Tańca Słońca. Stanowili autorytet w sprawach estetycznych (zupełnie jak dzisiejsi styliści-geje, wybaczcie proszę złośliwostkę autora), a bogatsi mężczyźni, którzy potrzebowali więcej niż jednej czy dwóch żon do prac gospodarczych często poślubiali winkte’a, co podnosiło ich status społeczny.

Naczelnym przykładem obecności homoseksualizmu w kulturze jest bez wątpienia antyczna Hellada. Narosło wokół niej wiele mitów (sic!) o tym, jak to zachowania takie były powszechnie tolerowane oraz zdania zupełnie sprzeczne, zrzucające osoby o takich skłonnościach na margines. Chciałbym wypowiedzieć się tu nieco szerzej, przytaczając ustępy z greckiej mitologii oraz platońskiej „Uczty”.
Rozpocząć wypadałoby od odniesienia się do mitologii. W wierzeniach Greków mamy do czynienia z dwoma postaciami bożka miłości, Erosa. Szerzej mówi o tym ateński polityk Pauzaniasz we wspomnianej wyżej „Uczcie”, do sięgnięcia po którą gorąco zachęcam. Eros mianowicie Erosowi nierówny, a to za sprawą Afrodyt, których też jest dwie. Jedna z nich, Afrodyta Niebiańska, która wyłoniła się z piany morskiej, w którą spadły krew i nasienie okaleczonego Uranosa, boga nieba, patronuje miłości do mężczyzn jako miłości ku temu, co z natury ma więcej siły i rozumu. Druga Afrodyta, zwana Wszeteczną, córa Dzeusa i tytanidy Diony budzi miłość do ciała niźli do duszy, której piękno jest jej obojętne. Jako iż nie sposób wyobrazić sobie Erosa bez Afrodyty, takoż i dwóch Erosów towarzyszy dwóm boginiom miłości.
Skupmy się jednakże na Erosie zsyłającym uczucie mężczyzn do chłopców. Dlaczego akurat do chłopców, nie innych mężczyzn? Za chwilę odpowiemy na to pytanie. Otóż po pierwsze helleńską pederastię postrzegać należy nie jako miłość do dzieci (sam Pauzaniasz mówi, że należałoby wprowadzić prawo zakazujące kochania nieletnich – ponieważ „…z takiego chłopaka nie wiadomo jeszcze, co będzie…”), lecz chłopców, którzy zaczynają dojrzewać i samodzielnie myśleć, co jest tu niebagatelną i najważniejszą kwestią. Miejmy ją w pamięci.
Czymże są więc homoseksualizm i pederastia helleńska? Jest to dość specyficzna zależność między starszym mężczyzną-mentorem a młodszym, który dopiero co wkracza w męskość i uczy się od bardziej doświadczonego kochanka. Nie chodzi tu o cielesne rozkosze, a właśnie o nauczenie się życia i umiłowanie piękna duchowego. Pięknem jest upodobanie sobie charakteru, ducha i dzielności. „…Tak więc stanowczo piękną jest rzeczą oddawać się dla dzielności.” Potwierdzeniem niech będzie mowa pochwalna Alkibiadesa, w której wychwala mądrość Sokratesa oraz jego próby kontaktu fizycznego z filozofem, nieodwzajemnione jednak przez starszego mentora.
Oczywiście pojawić mogą się głosy mówiące, że miłość między mężczyzną a mężczyzną była w świecie Greckim zakazana. Owszem, mają oni rację, ale tylko połowicznie. Nie można zapomnieć, że Hellada nie była jednym państwem a zbiorem wielu odrębnych od siebie polis, niejednokrotnie o odrębnej polityce i prawach. I tak jak w Dorydzie (peloponeska część Grecji) stosunki homoseksualne były na porządku dziennym, tak w Jonii (polis na wybrzeżach Azji Mniejszej) były już prawnie zakazane. Nie można więc generalizować i mówić o całości Hellady w tym wypadku. W okresie aleksandryjskim kontakty mężczyzn zaczęto uznawać za przywilej arystokratów i żołnierzy.

Trudno powiedzieć za to coś więcej o greckim stanowisku wobec homoseksualizmu kobiecego. Pewnych poszlak doszukiwać się możemy w poezji Safony, która prowadząc krąg wychowawczy dla młodych panien (thiassos) nauczała je i oswajała z miłością przed wejściem w związek małżeński przez akty lesbijskie, jak uważa część badaczy. Niektórzy nazywali ją przez to prostytutką, inni trzymali zaś poetkę w estymie.
Grecki homoseksualizm nosił znamiona inicjacyjne i edukacyjne, dlatego nie powinien i nie może wręcz być łączony z obecnym kultem cielesności (ach, cóż za kontrast między helleńskim Erosem duchowym i Amorem użycia, patronującym dzisiejszemu rozpasaniu) I tak obecna taktyka salami środowisk homoseksualnych nie wróży niczego dobrego. Dziś związki partnerskie, jutro małżeństwa, pojutrze – adopcja dzieci…?

To byłoby tyle na dziś, inne ujęcie tematu homoseksualizmu odcięte od wojen o związki partnerskie, dzieci, in vitro i całą resztę, skupione na kulturalno-historycznym aspekcie. Kończąc życzę raz jeszcze wesołych świąt i zapraszam w środę na malarstwo (coś o Williamie Blake’u) oraz za tydzień, w niedzielę, kiedy przekażę słowo niepokoju o islamizującej się Europie i kolejnej taktyce salami działającej w tym przypadku. Bywajcie, dziękuję za czas poświęcony na czytanie. Do usłyszenia.
Wyłowione w odmętach sieci ilustracje: protos, deuteros, tritos, tetartos.
Cytaty zaczerpnięte z „Biblii Tysiąclecia” i „Uczty” Platona w przekładzie Władysława Witwickiego.