Heimdal i poprawność polityczna.


Witam Państwa serdecznie, zgodnie z zapowiedzią tej niedzieli poruszę po raz kolejny już problem multikulturalizmu i jego negatywnego wpływu, tym razem na kulturę, na przykładzie nienajnowszego już może filmu ze stajni Marvela o tytule „Thor”. Oparty (podobnie jak wiele ostatnich produkcji kinowych) na kanwie komiksu opowiada o strąceniu tytułowego boga przez ojca Odyna na ziemię celem zyskania pokory. Thor oczywiście rozbudza w sobie utracone moce i jako obrońca ludzkości powraca na Asgard.Lecz nie będzie to recenzja filmu. Skupić pragnąłbym się tu na jednym tylko epizodzie, mianowicie roli Idrisa Elby grającego Heimdala, strażnika Asgardu.

Kim jest ów Heimdal? W nordyckiej mitologii strzeże on Asgardu (czyli pałacu Odyna, naczelnego boga skandynawskiego panteonu, do którego trafiali polegli w boju by tam oczekiwać na bitwę końca świata, Ragnarok) przed nieproszonymi gośćmi. Stacjonuje na tęczowym moście Bifrost (czyli na zwyczajnej tęczy, w wierzeniach Wikingów będącej pomostem między Midgardem – czyli światem ludzi oraz Asgardem) i tam przepowiedziano też jego śmierć jako pierwszego z bogów mających polec podczas wspomnianego Ragnaroku – kresu czasu. Z boku obejrzeć można rycinę przedstawiającą owego strażnika wraz z jego magicznym rogiem, Gjallarhornem, w który zadąć ma ostrzegając innych bogów przed nadchodzącym Ragnarokiem.

Z tym właśnie Heimdalem zmierzy się tytułowy Thor podczas swego powrotu do Asgardu. W tym momencie zaznaczyć pragnę, że wydarzenia pokazane w filmie są jedynie adaptacją komiksu Marvela inspirowanego nordycką mitologią, nie zaś wierną ekranizacją mitów, i każda rozgarnięta osoba sama stwierdzić to powinna być w stanie. Stąd te dziwaczne, przylegające do ciała plastikowe zbroje bogów czy futurystycznie wyglądający Asgard. Oraz nasz obiekt zainteresowania, Heimdal, który okazuje się być czarnoskóry.

Oczywistym jest, że w panteonie ludów Skandynawii nie było miejsca dla żadnego boga mającego inny kolor skóry niż biały. Do odegrania roli Heimdala wybrany został jednak Idris Elba, o którym powiedzieć można wszystko, że jest utalentowanym aktorem, że sprawdził się w swojej roli, ale na pewno nie to, że jest biały. Głosy sprzeciwiające się portretowaniu Strażnika Bifrostu jako czarnoskórego mężczyznę odebrane zostały jako przejawy rasizmu. „Oburzeni” mieli na myśli jednak coś zupełnie innego – kalanie kulturowej schedy (i tak już dość swobodnie potraktowanej w popkulturze) skandynawskich Wikingów. Poprawność polityczna (wybór Elby uzasadniony został jako reprezentacja afroamerykańskiej ludności i zaznaczenie jej obecności w społeczeństwie, zaś nordycka mitologia jako fikcja może zostać interpretowana na wiele sposobów, także zakładających istnienie czarnoskórego boga) jest jedną stroną medalu, ale nie powinna ona stać ponad kanonami kulturalnymi, nawet w tak plastikowym i przetworzonym uniwersum Marvela (nota bene w komiksach Heimdal zachował swoją „pierwotną” białą skórę, o czym świadczy ilustracja z prawej).

Można pukać się w głowę i mówić, o co tyle krzyku, przecież to tylko film, w dodatku z cyklu tych, które to nie mają wywołać głębokich przeżyć duchowych u oglądających a raczej zapchać kieszenie producentów. Racja, fani Marvela i tak obejrzą film i będą spoglądać na niego przez inny pryzmat niż ludzie, którzy szukają jedynie rozrywki. Ale właśnie to ci ludzie po obejrzeniu „Thora” zapamiętają bogów północy jako odzianych przylegające ściśle zbroje gładkich herosów, z których jeden był czarnoskóry. Nie można wymagać od każdego człowieka „z ulicy” znajomości mitologii, ale jeżeli „Thor” dla większości z nich będzie jedynym zetknięciem z kulturą i panteonem wczesnośredniowiecznych mieszkańców Skandynawii powinien choć odrobinę wiernie ukazać postacie i motywy, nawet jeśli to tylko film nastawiony z góry na zarobienie pieniędzy i przyciągnięcie fanów serii komiksów.

Oczywiście przytoczyć można inne przykłady, w westernach z lat 50-ych Indian często odgrywali biali aktorzy lub w ekranizacjach z podobnego okresu Kleopatra miewała podobny odcień skóry co Juliusz Cezar, jednakże nie razi to aż tak bardzo jak czarnoskóry bóg, który jednak powinien mieć bladą, „skandynawską” karnację.

Być może to co piszę to czcze wołanie na pustkowiu, czym innym są bowiem filmy dokumentalne o kulturze Wikingów, czym innym popkultura, przesiąknięta chcąc nie chcąc poprawnością polityczną. Niemniej jednak sądzę, że obsadzenie czarnoskórego aktora w tej roli nie było dobrym posunięciem. Jako odpowiedź dla wszystkich oskarżycieli o rasizm powiedzieć pragnę, że nie widzę przeszkód dla czarnoskórych aktorów grających w filmach, ale wolałbym oglądać ich w rolach np. Nelsona Mandeli, Zulusa Czaki czy w każdej innej z ról gdzie kolor skóry nie odgrywa żadnej roli, nie jednak w przypadkach kiedy pochodzenie etniczne jawnie gryzie się z charakterem odgrywanej postaci, tak jak w omówionym powyżej „Thorze”. Miejmy nadzieję, że dzięki postępującej poprawności politycznej nie ujrzymy niebawem czarnoskórych krzyżowców (przepraszam, już ujrzeliśmy, w „Królestwie Niebieskim”) czy wręcz takie kurioza jak Hitler – hindus. I tak jak dziś już wspomniana wyżej Kleopatra we współczesnych filmach odegrana zostanie przez aktorkę o śniadej karnacji a Indianie napadający na pociągi będą prawdziwymi czerwonoskórymi, tak nordyccy bogowie winni pozostać biali. Niezależnie czy występują w popkulturowym filmie czy w programie na Discovery.

Na dziś to wszystko, zapraszam za tydzień, kiedy poruszę temat nowej reformy liceów, od razu powiem, że uważam ją delikatnie mówiąc za chybioną i błędną. Ale więcej w przyszłą niedzielę. Dziękuję za poświęcony czas, do usłyszenia.

Ilustracje ze stron: 1,2,3.

Oskar w kanałach


Nie małym wyróżnieniem w skali światowego kina jest nominacja do Oskara dla „W ciemności” Agnieszki Holland w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny. I chociaż szanse zdobycia statuetki mając za konkurencje irańskie (!) „Rozstanie” – film, który zdążył podbić serca krytyków i zgarnąć laury w zasadzie na całym świecie – są niewielkie to już nominacja jest wartością samą w sobie. To znak, że pomimo ograniczonych możliwości budżetowych polskie kino jest w stanie zrobić dobry film, który zauważy hollywoodzka Akademia Filmowa.

Idąc do kina obawiałem się rażącego podziału na historyczną czerń i biel. Bałem się, że zobaczę film, stworzony tylko po to, aby poszły na niego szkoły. Uczniowie bardzo się z takich filmów cieszą – wolne od lekcji, nauczyciele również – zajęcia odbębnione. Bo najważniejsza jest edukacja dostosowana do wszystkich (czyli do nikogo). Prosta fabuła, prosta gra, prosty montaż. Narodowa męka. Patrzcie i… płaczcie! Tak było! Polska – Chrystusem narodów! Bałem się jasnych podziałów na biednych Żydów zmuszonych do zejścia w kanały, na krwiożerczych Niemców, którzy ich gnębią, oraz chwalebnych Polaków, którzy jako jedyni ich ratują. Historia jednak nie zna czerni i bieli, którą za wszelką cenę chcą nam wpoić w bardzo patriotyczno-prawicowym nauczaniu. Nie zna jej również Agnieszka Holland.

„W ciemności” to historia (oparta na faktach!) lwowskiego kanalarza – Leopolda Sochy – polaka, który w trudnym czasie wojny próbuje dorobić się plądrując po godzinach opuszczone domy. Jak sam przyznaje „zna kanały lepiej niż własną kobietę”, więc z łatwością przychodzi mu ukrycie tam cennych dla niego przedmiotów – skradzionej biżuterii, wszelkiej pozłacanej zastawy, ozdób i w końcu równie cennych Żydów. Socha decyduje się udzielić im schronienia w momencie, gdy rozpoczęto akcję likwidacji miejskiego getta w 1943 r. Nie był to jednak przejaw choćby w najmniejszej skali dobroci. Raczej chęci oskubania bogatszych Żydów stawiając ich pod ścianą. Wybór był prosty, albo śmierć na powierzchni, albo kanały, w których każdy dzień liczony jest w pieniądzach jak prawdziwy okup. Nie zapłacą to zostaną wydani Niemcom.

Historia, która przypomina nieco temat książek Jana Tomasza Grossa. Obie pokazują głęboki antysemityzm tkwiący w społeczeństwie polskim zarówno w II Rzeczpospolitej jak i w czasie wojny jak i po jej zakończeniu. Niezaprzeczalną prawdą jest, że to Polaków najwięcej zostało odznaczonych medalem „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, ale nie możemy zapominać o czarnej karcie w naszej historii. O gettach ławkowych i numerus clausus wprowadzanych na uniwersytetach w latach 30. O grabieżach mienia żydowskiego, o incydentach naruszania masowych grobów w poszukiwaniu złotych zębów. O ogromnej fali antysemityzmu po wojnie, gdy Żydów obarczono odpowiedzialnością za tragiczne losy całej Polski. O antysemityzmie współczesnym. „W ciemności” nie zabiera jednak żadnej ze stron. Ani prawicowej, która dąży do wybielenia historii. Ani „żydowsko-masońskiej”, która naród sprawiedliwych stawia pod ciemną gwiazdą. Agnieszka Holland wybiera trzecią drogę – Polacy pod okupacją nie wiedli łatwego losu, w jakikolwiek sposób szukali możliwości zarobienia grosza, ukrywali Żydów czerpiąc z tego korzyści, ale robili to z narażeniem życia i z czasem, tak jak Leopold Socha, zaczęli się przywiązywać, traktować ich jak własną rodzinę. Przekonali się, że Żydzi nie tacy straszni są jak ich propaganda maluje. Niestety nie wszyscy, co świetnie pokazuje zakończenie – moment „oswobodzenia” miasta przez Armię Czerwoną, kiedy Żydzi wychodzą z kanałów. Zbiega się tłum gapiów wokół studzienki, ale nikt nie wydaje się faktem wyzwolenia zadowolony oprócz kanalarza i jego żony – gawiedź patrzy na Żydów nieufnie. Nieufność ta za kilka lat zamieni się w pogromy, a za kilkanaście wypędzeniem do Izraela. Tacy to jesteśmy sprawiedliwi.

Dziwne, że film cieszył się sporą popularnością za oceanem, gdzie o Polsce wie się tyle, że leży na Bliskim Wschodzie i jest jedną z prowincji ZSRR… Miejmy nadzieję, że rozgłos i oskarowa nominacja sprawią, że coraz więcej ludzi, szczególnie Polaków wybierze się na jeszcze emitowany film w kinach. Warto i „tak trzeba”. Oglądajmy jednak uważnie nie stawiając zbyt szybkich sądów.

MDKF – warto dyskutować


Czy można nauczyć się oglądania filmów, tak jak czytania poezji czy analizowania obrazów? Trudno przecież wyobrazić sobie system oświaty pozbawiony pracy nad warsztatem czytania ze zrozumieniem. Program bez nauki nie tylko dzieł literackich, ale i znajomości całego dorobku kultury – malarstwa, rzeźby, muzyki etc. Nikt jednak nie uczy nawet podstaw stosunkowo młodej sztuki filmoznawstwa, która skupia w zasadzie wszystkie wymienione wyżej – od literatury, przez malarstwo, po muzykę.
Może dlatego często nasze obycie z kinem ogranicza się do niedzielnego seansu z TVN-em. Ważnym jest więc organizowanie wszelkich miejsc edukacji filmowej, które pokazywałyby istotę filmu jako sztuki. Jednym z takich wrocławskich ośrodków jest niewątpliwie Międzyszkolny Dyskusyjny Klub Filmowy prowadzący każdego wtorku projekcje filmów niekoniecznie znanych, a istotnych ze względu na wkład w rozwój dorobku światowej kinematografii.
Założony w 1969 roku pierwotnie gościł w kinie Lwów, obecnie działa w ramach Centrum Edukacji Kulturalnej Dzieci i Młodzieży przy ul. Kołłątaja 20 (MDK). Jest jednym z trzech oficjalnie działających DKFów we Wrocławiu. Początkowo zakładał program edukacji filmowej przeznaczonej raczej dla młodych widzów („międzyszkolny”) z czasem przerodził się w miejsce skupiające głównie środowisko studenckie. Cel działalności, który pozostał niezmienny to popularyzacja kina niepopularnego, ambitnego, autorskiego. W swojej kolekcji, dostępnej dla uczestników, posiada kilka tysięcy pozycji zapisanych na starych kasetach VHS i taśmach 16mm.

Seanse na sali teatralnej MDK-u atmosferą przypominają zapomniane już kina studyjne, z tą różnicą, że filmy wyświetlane są na nieco większym ekranie. Ciemnozielony wystrój retro, zapadające się, stare fotele, projekcja czarnobiałego filmu z taśmy 35mm to niewątpliwie klimatyczne smaczki tego miejsca. Za pewną nadgorliwość budowania unikalnej aury można uznać szwankujące momentami ogrzewanie, które szczególnie zimowymi miesiącami potrafi całkiem realnie uzupełnić emocjonalny dreszczyk. Lepiej więc pamiętać o towarzystwie ciepłej kurtki. Wtorkowe projekcje nie ograniczają się jedynie do wyświetlania filmu. Każdy seans poprzedzony jest prelekcją i zakończony dyskusją, na którą niejednokrotnie oprócz widzów zaprasza się również przedstawicieli środowiska filmowców – krytyków i samych twórców. Przykładowo w marcu 2011 podczas przeglądu filmów Krzysztofa Kieślowskiego goszczono wieloletniego przyjaciela i autora scenografii do wczesnych filmów reżysera – Andrzeja Waltenbergera. Oprócz uszeregowania seansów w ramach tematycznych przeglądów DKF organizuje również wyjątkowo jednorazowe inicjatywy, jak chociażby pokaz niemego filmu „Generał” z muzyką na żywo czy zbliżająca się walentynkowa „Casablanca”.

MDKF to inicjatywa ambitna i ewidentnie społecznie potrzebna, a mimo to wciąż pozostaje zagrożona. Przy organizacji każdej projekcji trzeba brać pod uwagę opłatę kosztów wykorzystania praw autorskich, a symboliczna opłata 5zł pobierana za wstęp nie zawsze jest w stanie całkowicie ich pokryć. Każdy potencjalny widz, który przyjdzie na seans jest dla DKFu na wagę złota. Zmienia to sam stosunek traktowania ludzi już nie jako anonimowych widzów, ale indywidualnych uczestników przedsięwzięcia z prawem do własnego głosu. Nie można kupić tu popcornu czy podwójnej coli, ale można porozmawiać. Dyskutować, wymieniać poglądy, uczyć się interpretacji i poznawać spojrzenia na kinematografię z drugiej i trzeciej strony. Jeśli więc nie macie planów na wtorkowy wieczór – DKF zaprasza na artystyczno-intelektualną ucztę!
* Artykuł pierwotnie pojawił się na portalu G-punkt (oba mojego autorstwa)
* Zdjęcia wykorzystane z fotoreportażu Joanny Dzikowskiej – Gazeta Wyborcza

My French Film Festiwal


W kolejny deszczowy dzień warto zwrócić uwagę, iż właśnie rusza II edycja festiwalu filmów produkcji francuskiej: „My French Film Festival”, który co ciekawe ma miejsce w internecie! Przez 3 tygodnie między 12.01 a 01.02 będzie można zobaczyć ponad 20 pozycji reprezentujących nurt młodego kina francuskiego. Chyba jeden z nielicznych tego typu projektów w formie online z aktywnym udziałem widzów – możliwością komentowania, recenzowania i oceniania, co będzie miało istotny wpływ na wyniki konkursu. Wygodnictwo? Raczej znak czasu ery powszechnej globalizacji. Nie musimy wychodzić już do kina, kino najnowszych produkcji całkowicie legalnie samo się do nas wprasza!

Druga edycja My French Festival przewiduje pokazy 20 filmów konkursowych – 10 pełnometrażowych i 10 krótko – wszystkie stworzone w latach 2010-2011. Co warto zaznaczyć odbiegają, mniej lub bardziej, od ram kina popularnego. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że dla polskiego widza są to w większości pozycje nieznane, a poznania na pewno warte! Strona festiwalu została przetłumaczona na 14 języków świata, w tym oczywiście na Polski, więc z dostępnością napisów nie będzie problemów. Na laureatów konkursu czeka 6 nagród (3 dla długo i 3 dla krótkometrażowych): od internautów, portali społecznych i prasy międzynarodowej. Ponadto najwyżej oceniane filmy mają być wyświetlane we wszystkich samolotach Air France począwszy od maja 2012 przez 6 do 9 miesięcy.
Podoba się? Żeby nie było tak bardzo kolorowo muszę jednak zaznaczyć, że każda przyjemność obejrzenia filmu w ramach festiwalu będzie nas kosztować – 1,99 euro za długometrażowy i 0,99 euro za krótkometrażowy… Szkoda, że nie jesteśmy w grupie krajów(Niemcy, Włochy, Rosja, Chiny), w których sponsorzy pokryli koszty dystrybucji przez co filmy udostępniono bezpłatnie. To zmienia postać rzeczy – my Polacy jesteśmy raczej przyzwyczajeni do szukania dróg naokoło. Płacić możemy idąc do kina z dziewczyną – wielki ekran, atmosfera, popcorn – OK! Ale w domu transfer zawsze obładowany, rzeczami które nawet nas nie specjalnie interesują – po prostu dobrze je mieć, no i za darmo! Więc gromadźmy! Jak chomiki w obszernych policzkach nie mogąc później tego zjeść. Sztuka zrobiona z kunsztem (lub nie… zależy kto co ogląda) jest zbyt łatwo przetwarzana – wyrzygana…
Skąd pomysł na tak szerokie 

rozpropagowanie francuskich filmów? Festiwal organizowany jest przez Unifrance Films – ogromne stowarzyszenie zrzeszające prawie 800 firm i profesjonalistów z rodzimej branży filmowej. Cel łączenia sił? Wspieranie i szerzenie kultury francuskiej poza granicami Francji. Jak? Organizując festiwale filmowe na całym świecie, wspierając powodzenie francuskich filmów na międzynarodowych konkursach, służąc pomocą przede wszystkim finansową. Propaganda. Propaganda i jeszcze raz propaganda, ale „dobra”. Jak już wspomniałem wyżej festiwal filmów online to znak zmiany czasów. Zmiany również pod pojęciem stosunków międzynarodowych. Jesteśmy na historycznym etapie, kiedy porzuca się tradycję twardej dyplomacji. Rozmów przy stołach czy kuluarach, stawianiu sprawy jasno – realizacji swoich interesów twarzą w twarz. Obecny układ sił areny międzynarodowej pęta grubym powrozem ręce jej podmiotom. W takim położeniu znaleziono jednak inną drogę i jest nią tzw. soft power. Interesy narodowe zaczyna się realizować poprzez kulturę, kulturę która propagowana jest na zewnątrz. Szerzy się pozytywne stereotypy, tak, aby wywoływać pozytywne reakcje oddolne w samych społeczeństwach, bo to te przecież wybierają władze, z którymi później przychodzi obcować na dyplomatycznych szczeblach. Koło się zamyka.
Brzmi straszliwie – okropny mechanizm manipulacji pragnący zawładnąć naszymi mózgami, kontrolować nasze poglądy i zrobić z nas samych bezwładne marionetki… ale chyba w gruncie rzeczy całkiem pozytywny, bo przecież środkiem przekazu jest sama kultura. Wojna toczy się na poziomie sztuki – piękna sprawa! W końcu nic tak nie rozwijało społeczeństw jak wzajemne konflikty i rywalizacja. Korzystajmy więc i oglądajmy!

Odsyłam do strony festiwalu

Wrocławskie kina w obiektywie od ’54 do 2000 roku.



W czwartek, w zeszłym tygodniu w Gazecie Wrocławskiej ukazał się mój wywiad z babcią dotyczący historii wrocławskiej kinematografii. Zamieszczam wersję rozszerzoną wywiadu na kartach Kronik Kulturalnych:

Babciu opowiedz, od czego zaczęła się Twoja przygoda z kinem.
Od pracy w Okręgowym Zarządzie Kin we Wrocławiu. Uczęszczając do technikum ekonomicznego poszukiwałam pracy, bo do tego zmusiły mnie warunki materialne. Znalazłam pracę w dyrekcji kin i równocześnie uczyłam się w technikum po południu. Pracując w księgowości, poznałam ludzi, tworzących kina po wojnie. Dyrektorem był, P. Bartold, kierownikiem działu rozpowszechniania Pani Makułowa. No a kina, bo to był ’54 rok, były niektóre już uruchomione. Pionierami i animatorami kinematografii na Dolnym Śląsku byli ludzie ze Lwowa: inżynierowie, fotograficy, kinomani. Pierwszym kinem, które oni uruchomili, było Kino „Polonia” przy ul. Żeromskiego. Budynki, w których miały powstawać kina, trzeba było odremontować. Okazało się, że sporo osób było zainteresowanych kinematografią i oni właśnie, tacy pasjonaci, angażowali się w prace. Do obsługi projektorów angażowano byłych przedwojennych fotografów, którzy te projektory z gruzów wyciągali i naprawiali. Uruchomiony został od razu ośrodek kształcenia operatorów, na ul. Nowowiejskiej w jednej z kamienic, która była niezbombardowana i tam uruchomiono jedno z pierwszych kin i już kształcono następnych, z takich różnych, przygodnych ludzi, którzy przyjechali do Wrocławia. Naczelnym dyrektorem technicznym, koordynatorem wszelkich działań był Lwowiak dyrektor Meller i miał do pomocy P. Kościółka, takiego starszego pana, inżyniera, który też przyjechał ze Lwowa i zaraz z nim organizowali załogi do powstających kin. Niewiele później drugim otwartym kinem był „Pionier” przy ul Jedności Narodowej, a później dopiero „Tęcza” przy ul. Kościuszki. „Tęczę” Wrocławianie sami odgruzowywali. „Śląsk” był jeszcze nieczynny, bo bomba zniszczyła łącznik między holem kasowym, a poczekalnią i to wszystko powoli doprowadzano do porządku. I tak po całym Dolnym Śląsku zbierana była ekipa, którą Panowie Meller i Kościółek szkolili. Jeździli i zajmowali już gotowe kina, poniemieckie, z projektorami, które trzeba było tylko ponaprawiać i tak powstała ogromna sieć kin Dolnego Ślaska. Pracując w księgowości miałam kontakt z pracownikami z tych kin. Były, więc kina objazdowe, które raz w miesiącu przyjeżdżały się rozliczać w samochodach specjalnie do tego przystosowanych, na takich dyszkach wozili aparaty i tam gdzie tylko mogli, w strażackich świetlicach wyświetlali filmy. Były później kina półstałe, już w salach, gdzie dwa, trzy razy w tygodniu wyświetlano filmy, kiedy ludzie nie szli do pracy w pole, były organizowane seanse. To były kina drugiej kategorii. Kina pierwszej kategorii to były kina stałe, w dużych miastach, gdzie wyświetlano filmy jako pierwsze. To były kina „Śląsk” we Wrocławiu, „Polonia” w Wałbrzychu oraz w Bolesławcu i Zielonej Górze. Po seansach w tej grupie kin, filmy szły do następnych. Stworzono jeszcze na ul. Proletariackiej magazyn kopii filmowych, wybudowano specjalny budynek, który musiał być specjalnie klimatyzowany.

I tam są te taśmy?
Mam nadzieję, że jeszcze tam są.

Czyli powinny być zarchiwizowane?
Były archiwizowane na bieżąco i musiały być specjalnie przechowywane. Kopia była specjalnie konserwowana, przeglądana, a pomieszczenie musi być odpowiednio dostosowane, stąd klimatyzacja. To właśnie do tych magazynów przyjeżdżały samochody, stamtąd zabierano filmy, a nawet pociągi były do tego zaangażowane. Wożono filmy wszędzie i jak najdalej, aby trafić z nimi do wszystkich ludzi.

Rola kina w tych czasach była duża?
Bardzo duża, dlatego że ludzie łaknęli wiadomości. Przy pierwszych filmach były tak sale przepełnione, tak dużo ludzi było, że kina pękały w szwach. Przeniosłam się do pracy do „Śląska”, bo chciałam pracować na dwie zmiany, żeby z mężem na zmianę pilnować dzieci. „Śląsk” był wtedy bardzo dużym kinem, miał wtedy tysiąc miejsc i zawsze miejsca te były zapełnione od rana do wieczora. Na niektórych filmach zawsze był komplet– nie tylko na filmach polskich powojennych, ale i zagranicznych, dużą popularnością cieszyły się westerny i super produkcje jak „Cezar i Kleopatra”.

Jacy ludzie przychodzili do kin? Czy byli jacyś szczególni widzowie?
To zależy, na jakie filmy. Bo były filmy rozrywkowe, to przeważnie przychodziła młodzież. Szkoły przychodziły na ekranizację lektur, ale niektórymi ekranizacjami, takich jak „Potop”, interesowały się również całe zakłady pracy. Nasz zakład zapewniał nam wyjścia do teatru, żeby nie przywiązywać się już tak do kina, to chodziliśmy do teatrów, do opery. Były kina, do których przychodzili tacy, a nie inni widzowie. np. do „Śląska” to przychodzili ludzie bardzo kulturalni, którzy zachowywali się przyzwoicie, ale były takie kina w terenie tzw. „gorszej” kategorii. Dawniej to były bardzo odległe kina, nawet na Żernikach, na Oporowie, w Leśnicy były aż dwa kina (w Zamku i tam gdzie jest kort tenisowy kino„Piast”) i widownia była różna. Do dawnego „Przodownika”, teraz kina „Lwów” przychodziły rodziny wojskowych, a do „Lalki”, która znajdowała się w dzielnicy robotniczej, przychodziła bardzo zróżnicowana widownia. Do „Lalki” przychodzili Cyganie całymi rodzinami, oni bardzo kochali kino. Przychodziło też dużo dzieci, były one bardzo zabiedzone, często bez pieniędzy. Wpuszczałam je na jeden seans, drugi, żeby nie musiały oglądać tego, co dzieje się w domu, żeby zająć im czas.

Czyli kino pełniło rolę opiekuńczą wobec tych dzieci?
Opiekowałam się w takim sensie, że bilet sprzedałam taniej, choć niektórzy nie mieli legitymacji, pozwoliłam dłużej posiedzieć, dawałam coś do zjedzenia. Dom był dla nich często zagrożeniem, a w kinie mogły się przenieść w inny, lepszy świat.

Byłaś zadowolona z tej pracy, szczęśliwa?
Tak, tym bardziej, że pracowałam tam od dziecka – miałam zaledwie 15 lat, jak zaczęłam pracę we Wrocławiu, a przyjechałam z rodzeństwem do Wrocławia z tzw. Centrali.

Jakie filmy były najczęściej wyświetlane i lubiane?
Często wchodziły na ekrany filmy polskiej produkcji, zekranizowane powieści, jak „Lalka”, „Faraon”, „Potop”, „Pan Tadeusz”. Cieszyły się one wielkim powodzeniem, przychodziły szkoły, sale były wypełnione widzami. Oczywiście zagraniczne filmy były bardzo pożądane – we wczesnych latach szło się na gwiazdy: Marilyn Monroe, Sophia Loren, Gregory Peck, James Dean, później przebojami kasowymi były „Gwiezdne wojny” czy „Wejście smoka”.
Bardzo dużym powodzeniem wśród wrocławian cieszyły się DKF -y i raz do roku odbywały się Konfrontacje – przegląd filmów zagranicznych, nagrodzonych na różnych festiwalach.

Babciu opowiedz chronologicznie, jaką drogę przebyłaś przez wrocławskie kina.
Po kilkuletniej pracy w dyrekcji ( OZK we Wrocławiu) przeniosłam się do kina „Śląsk”, gdzie przepracowałam 5 lat. Kiedy urodziła się córka, poszłam do pracy do kina „Ognisko” ( ul. Obrońców Helu). W budynku kina znajdowały się również mieszkania pracownicze i tam mieszkaliśmy przez 7 lat. Następnie dostaliśmy mieszkanie bliżej centrum, więc zaczęłam pracować w „Lalce” i przepracowałam tam 10 lat. „Lalka” była kinem uruchomionym w ’59 roku, wcześniej znajdował się tam Kościół, kaplica. „Ognisko” też było kinem pokościelnym. Później znalazłam się w kinie „Pokój” już nieistniejącym przy ul. Św. Mikołaja. W latach 80 -tych pracowałam w „Przodowniku” dzisiejszym „Lwowie”. Większość kin zamknięto na czas stanu wojennego. W „Przodowniku” przepracowałam 4 lata, znów wróciłam na 4 lata do „Lalki”. Właśnie wtedy zaczęła się prywatyzacja kin , po ’90 roku. Zaczęto zwalniać ludzi, większość kin upadła, ponieważ było coraz mniej widzów i kina odeszły w zapomnienie. Zostały jedynie te kina, które były państwowe np. „Przodownik” – „Lwów”, „Śląsk”, „Lalka”, „Ognisko”. Wtedy dostałam pracę w „Światowidzie” na Sępolnie ( również kino w budynku pokościelnym) i pracowałam tam 7 lat. Potem przeszłam na emeryturę, ale jeszcze przez trzy lata pracowałam w „Śląsku”, do czasu, kiedy budynek przejęła Operetka dzisiejszy Teatr Muzyczny „Capitol”. Właśnie wtedy pożegnałam się całkowicie z moją pracą.

Który to był dokładnie rok?
2000r. Pracowałam we wrocławskich kinach od ’54 roku, do 2000, czyli 46 lat.

Jakie kina poza tymi najbardziej znanymi były we Wrocławiu?
Było kino w ZOO, kino letnie na Biskupinie, gdzie przychodzili ludzie z koszykami, kocami, okrywali się przed komarami, siadali na deskach, które spełniały rolę widowni, ekran był zabudowany z prowizorycznych desek, projektory ustawiono w starej willi i dobudowano małą szopkę, w której mieściła się kasa. Wieczorem był tylko jeden seans, jak robiło się ciemno i przychodziło tam mnóstwo ludzi. Tam też pracowałam przez jeden sezon.

Jaka postać zapadła ci w pamięć z wrocławskiej kinematografii?
Myślę, że był to Pan Wyrębowicz – pionier wśród obsługujących projektory. Pracował w kinach 75 lat, prawie do śmierci. Jest to bardzo ważna postać. Wyszkolił on wielu operatorów. Również pochodził ze Lwowa. Nawet jak już był na emeryturze, to często przychodził do innych operatorów, by posiedzieć wśród projektorów. Tak bardzo kochał swoją pracę. A miał już prawie 90 lat.

Jakie było największe kino we Wrocławiu?
W Hali Ludowej mieściło się kino „Gigant”. Ono było potężne, można tam było pomieścić 5000 widzów, jednakże pozwolono nam wpuszczać jedynie 2500 osób. Znalazłam się tam na czas remontu w „Ognisku”. Wyświetlano tam filmy ze szczególnymi efektami dźwiękowymi, takie jak „Spartakus” czy później „Gwiezdne wojny”.

Kiedy myślisz o swojej wieloletniej pracy, to…?
Wspominam sobie stare lata, to pamiętam te dobre chwile, kiedy cieszyliśmy się z wysokich frekwencji, czy premii uznaniowych. Kino było moim drugim domem, tam wychowywały się moje dzieci, tam też i Ty dorastałaś. Zawierało się przyjaźnie na długie lata. Jedynie żal mi tych nieobejrzanych w całości filmów, gdy miałam krótką przerwę wymykałam się na salę i oglądałam tylko fragmenty filmów.

Czy ceny biletów były na każdą kieszeń?
Oczywiście ceny biletów, nie były zbyt wygórowane. Większość było stać na wybranie się do kina z całą rodziną. Widownie natomiast były podzielone na kategorie i cena zależała właśnie od tego.

Tęsknisz za tą atmosferą, za tym klimatem starego kina?
Tak, wtedy w latach mojej młodości wszystko wyglądało inaczej. Wielka szkoda, że kina „z duszą” wyparły multipleksy i wszechogarniająca telewizja.. Widzowie mieli swoje ulubione kina, ulubione filmy. Jak przychodził dany widz, to kasjerka już wiedziała, gdzie lubi siedzieć i jakie filmy lubi oglądać.

Król naszych serc


Nie małym echem odbiła się wczorajsza premiera telewizyjna (!) chyba najpopularniejszej animacji The Walt Disney Comapny – „Króla Lwa”. Nakręcony (czy animację można nakręcić?) 18 lat temu stał się niezaprzeczalnym hitem generacji lat 90. I co najważniejsze, po tylu latach film wcale się nie zestarzał. Wręcz przeciwnie! Jego popularność rośnie o nowe pokolenia! Fakt, iż trafił do kin w minionym roku w wersji 3D, świadczy tylko o tym, że producenci świetnie wyczuli społeczną potrzebę takiego przedsięwzięcia – widzowie walili drzwiami i oknami. Śmiało możemy powiedzieć – wszyscy jesteśmy wychowani przez Mufasę i Simbę!
W czym tkwi fenomen „Króla Lwa”? Na pewno w prawdziwości! Mówiąc prościej bajka jest bajką. Ma na celu przekazanie wartości i to nie tylko dzieciom. Czasem to bardziej dorośli niż dzieci wymagają przypomnienia jak ważna jest miłość, przyjaźń i walka o prawdę (och! Jak to górnolotnie brzmi… i tak ma brzmieć moi drodzy!). Obecnie w przemyśle animacji trochę się pozmieniało. Produkcje zaczynają bardziej śmieszyć niż uczyć, są przesycone inteligenckimi żartami, a tym samym niezrozumiałe przez najmłodszych. Jeśli jednak są już skierowane do dzieci to stają się rażąco głupie… tym samym głupieją sami widzowie. Bajka ma uczyć! Bajka ma wychować! Bajka ma przekazać morał! Moralizować. Jest jasny podział na dobrych i złych. Dwulicowy Skaza ma wywoływać naszą niechęć, a tworzone przez niego państwo policyjne rządzone przez hieny odrazę. Mufasa ma być symbolem ojcowskiej mądrości i opiekuńczości. Timon i Pumba pozytywnego myślenia i beztroskiego autsajderstwa. A Simba odzwierciedleniem nas, który targany pomiędzy różnymi stronami musi stoczyć walkę o prawdę. Postawy postaci mają nas nauczyć jak być wrażliwym zarówno na dobro jak i zło, i od najmłodszych lat umieć je odróżniać.
Przez pierwszych kilkanaście miesięcy życia człowiek nie ma rozwiniętego aparatu pamięci. Mózg w tym okresie rozwija się tylko poprzez emocje, które przekazują nam rodzice, tworzą się więzi, dlatego też nowo narodzeni potrzebują jak najwięcej przytuleń, całusów i rodzicielskiego ciepła. Nie, nie, nie mam tu na myśli, tego że „Król Lew” powinien zastąpić kontakt rodzicielski, ale raczej podkreślenie jak bardzo ważne dla rozwoju człowiek przez całe jego życie są emocje. A „Król Lew” to emocjonalna bomba! Nawet prawdziwi twardziele nie boją się przyznać, że płaczą przy scenie śmierci Mufasy. Ja też… nawet wczoraj mnie to rozśmieszyło, bo już od początku wiedziałem, że tak będzie. Okropna manipulacja! Gorzej, że nie da się jej powstrzymać…
Ponadto „Król Lew” to jedna z cyklu bajek Disneya lat 90. uzupełniona o fantastyczną ścieżkę dźwiękową. Warto zwrócić uwagę szczególnie na oryginalną muzykę napisaną przez Eltona Johna. Co więcej to po prostu piękna animacja rysunkowa z pełną ciepłych kolorów Afryką w tle. Obecnie mam wrażenie, że ciągły pociąg do szukania innowacji zaprowadza nas w kozi róg. Kiedyś rysunkowe teraz komputerowe filmy animowane stają się kiczowate. Jaskrawe kolory odrażające. A co gorsza ich treść staje się coraz bardziej płytka. Przykład jak łatwo można zniszczyć własne symbole? Klub Myszki Mickey puszczany (nie wiem jak teraz) niedzielnymi porankami w TVP1. Walt Disney przewraca się w grobie…
Zachęcam do częstego wracania do filmów złotej epoki animacji disnejowskiej lat 90. Zbliża się sesja, zbliżają się ferie – nie ma nic lepszego na odciągnięcie od nauki i zabicie czasu jak rozczulanie się przy biegającej po lasach Pocahontas czy dzwonniku z Notre-Dame. Na bajki Disneya nigdy nie jesteśmy za mali!

Moje TOP10 roku 2011


Rok 2011 już za nami. Czas, więc na małe podsumowanie kinowych premier (polskich!) dopiero co ubiegłego roku. Można śmiało powiedzieć – nie było źle! Chociaż jak zwykle nie ominęła nas porządna dawka hollywoodzkiej papki – np. biografia Justina Biebera „Never Say Never” czy naszych krajowych kreatywnych produkcji – och karolów, weekendów, wyjazdów integracyjnych (można wymieniać bez końca!) i innych śmieci… to jednak nie zabrakło również perełek na wielkim ekranie. Perełki te postanowiłem zestawić w (kolię!) bardzo subiektywnej gradacji top10. Jeśli komuś tytuły te nic nie mówią niech lepiej szybko nadrabia zaległości – WARTO!

Nr 1
Czarny Łabędź
(Black Swan)
reż: Darren Aronofsky

Arcydzieło! Film wchodzący tak głęboko do środka nas samych, że trudno się go później pozbyć. Jeden z tych, które przykleja do fotela zmuszając do oglądania napisów z szeroko otwartymi oczyma. Fantastyczna rola Natalie Portman, obsypana z resztą licznymi nagrodami w tym Oskarem dla najlepszej aktorki. O naszych pragnieniach, ambicja i ich przewartościowaniu. O zgubieniu samego siebie. O nas.

Nr 2
Wkraczając w pustkę
(Enter the Void)
reż. Gaspar Noé

Artystyczny majstersztyk! Jak w kulturze neonów umierają wartości. Odsyłam do dłuższej recenzji na łamach KK – tam film rozbijany na czynniki pierwsze.

Nr 3
Erratum
reż. Marek Lechki

Nie może zbraknąć również kina polskiego, które nie raz daje widoczny znak, że jeszcze do końca nie jest z nim tak źle! I chociaż ja osobiście, odczuwam przesyt postacią Tomasza Kota w rodzimych produkcjach to na pewno nie możemy tylko z tego powodu zrezygnować z „Erratum”. Prawdziwy ewenement, słusznie obsypany licznymi nagrodami. Film, który nigdzie się nie spieszy. O powrocie po latach do młodzieńczych marzeń. O naszym życiu, które wcale ich nie realizuje. O trudnych relacjach z ojcem. O życiu.

Nr 4
Skóra, w której żyję
( La Piel que habito)
reż. Pedro Almodóvar

Moi drodzy, pragnę was uświadomić, że Antonio Banderas nie zajmuję się tylko lataniem po Meksyku z gitarą, dziesiątkując przy tym całe miasta. W wolnych chwilach zamienia się w chirurga plastycznego ogarniętego manią stworzenia sztucznej ludzkiej skóry. Film, który zadziwia. Doskonała muzyka i wspaniały pomysł na scenariusz, szkoda tylko, że zaczerpnięty z powieści. I… hiszpańskie dialogi – lubię to!

Nr 5
Lęk wysokości
reż. Bartosz Konopka

Młody reżyser – autor nominowanego do Oskara „Królika po berlińsku” tym razem z poruszającym dramatem „Lęk wysokości”. Szczęśliwcy, którzy film obejrzeli na festiwalach w Gdyni czy Wrocławiu, bo do kin chyba nie trafił, a jeśli tak, to musiał mieć naprawdę ograniczoną promocję… szkoda. Bardzo osobisty, stanowiący formę rozliczenia reżysera i samych aktorów z trudnych relacji na linii ojciec-syn.

Nr 6
Melancholia
reż. Lars von Trier

Piękny film katastroficzny? O tak! Lubiący prowokować i bawić się emocjami widza Lars von Trier kolejny raz przekonuje o renomie własnego kina. Ponownie wkracza bardzo głęboko w sferę psychologii ciągnąc za odpowiednie sznurki. Sztuka, która dla nas ma być artystycznym wyzwanie. Film o końcu, który jest nieubłaganym skutkiem naszego początku.

Nr 7
Jak zostać królem
(The King’s Speech)
reż. Tom Hooper

Dlaczego tak nisko? Bo już mu wystarczy tych laurów… 8 nominacji 4 Oskary (za najlepszy film, scenariusz, reżysera i aktora). Co tu dużo mówić – po prostu dobrze zrobiony film. Nie znajdziemy tam sprytnie ukrytego przesłania. Nie poruszy naszych emocjonalnych trzewi. Dobrze się ogląda. Dobrze się słucha brytyjskiego akcentu. Miło popatrzeć na świetnie ukazany obraz Anglii lat 30. Tyle.

Nr 8
Drive
reż. Nicolas Winding Refn

Zarówno opis jak i zwiastun nastrajają dość sceptycznie. Kierowca kaskader, który nocami wozi gangsterów. Poznaje kobietę, zakochuje się i wikła jeszcze bardziej w plątaninie kłopotów. Bla bla bla. Pachnie bardziej jak „Szybcy i wściekli” niż film, który mógł zostać nagrodzony na festiwalu w Cannes za najlepszego reżysera. Trzeba zobaczyć!

Nr 9
O północy w Paryżu
(Midnight in Paris)
reż. Woody Allen

Rok bez jakiegoś kolejnego hitu Allena to rok stracony. Mistrz przekazywania pozytywnych emocji w mądry sposób. „O północy…” to jak wycieczka z Woodym Allenem jako przewodnikiem po najpiękniejszym mieście Europy (przynajmniej na czas trwania filmu) nie tylko z perspektywy współczesnej! O tym, że trzeba żyć marzeniami i robić to, na co ma się ochotę (bez ani grama przesady). Bardzo przyjemny film, po którym nie ma się na nic innego ochoty jak tylko złapać pierwszy samolot do Paryża. Mi się udało – polecam!

Nr 10
Kac Vegas w Bangkoku
(The Hangover part II)
reż. Todd Phillips

Nie może zabraknąć też Hollywoodu! Naprawdę bardzo trudno jest zrobić dobrą drugą część po sukcesie pierwszej. W tym przypadku próba zakończona jak najbardziej z powodzeniem. Twórcy chyba dorwali się się do istnej żyły złota, bo pomysł zrobienia filmu o przypominanych sobie wybrykach alkoholowych śmieszyć musi, bo jest prawdziwy. Każda impreza to inne przygody. Zabawne jak polskie tłumaczenie tytułów złapało się za ogon: „Kac VEGAS w BANGKOKU”… Mieliśmy też swój własny „Hangover” w postaci „Wyjazdu integracyjnego”, ale niech lepiej Polacy nie biorą się za kopiowanie pomysłów innych, bo potrafimy je tylko zniszczyć…

Cinema Wroclawiso


Dziś chciałabym rozpocząć cykl artykułów dotyczących historii wrocławskich kin począwszy od roku 1956. Przy pisaniu, inspirować się będę opowieściami mojej babci, która przepracowała we wrocławskich kinach całe życie i zgodziła się podzielić z nami swymi wspomnieniami.

Każdy, kto oglądał film Giuseppe Tornatorego pt. „Cinema Paradiso” zna klimat, starych, uroczych sal, w których fotele przesiąknięte dymem papierosowym gościły ludzi oczarowanych magią kina. Dziś wszystko jest już zupełnie inne. Kino stało się wielką korporacją, której głównym celem jest nabijanie sobie kieszeni zielonymi papierkami, a nie dostarczanie ludziom rozrywki, wprawianie w zachwyt, wywoływanie całej gamy emocji związanych z przebiegiem fabuły danego filmu. Jednakże przechadzając się ulicami Wrocławia, zaglądając w jego różne zakamarki odnaleźć można ślady dawnych dni…
Za każdym razem, gdy przejeżdżam obok Teatru Muzycznego Capitol, wspominam, jak, gdy byłam mała przesiadywałam tam z moją babcią (pracowała jako kasjerka) całymi dniami. Odwiedzałam operatorów i przyglądałam się całemu mechanizmowi wyświetlania takich maleńkich klatek na taśmie filmowej na wielkim ekranie. Nie było wtedy Capitolu – zamiast niego było tam kino Śląsk i działała Operetka. Zabawnym zdaje mi się fakt, że teraz, nie ma tam nic prócz wielkiej dziury w ziemi pełnej żurawi i innych maszyn budowlanych. Najbardziej serce łka na myśl, że skasowano „Lalkę” i „Ognisko”, z którego pamiętam do dziś „Konika Garbuska” i „Króla Lwa”, na których to płakałam jak bóbr i babci ledwo udało się mnie wyprowadzić z sali, żebym nie została na następnym seansie. Nie było wtedy kas fiskalnych, ani czytników kart kredytowych – pomagałam kasjerkom liczyć monety i banknoty na liczydłach (babcia uznała, że będzie to dobry sposób na to bym nauczyła się podstaw matematyki) bądź kalkulatorach. Najbardziej lubiłam obserwować, jak potężne, ciężkie, bordowe, bądź granatowe kotary rozsuwały się ukazując biały ekran. Starsi panowie często przychodzili w garniturach, pod krawatem, prowadząc za rękę swoje małżonki, młodzież natomiast wpadała z uśmiechem na ustach, siadając na schodach, gdy nie było wolnych miejsc, by tylko zobaczyć najnowsze filmy – cuda ekranu. Nieraz babcia opowiadała mi, jak przy premierze „Siedmiu wspaniałych” od naporu tłumu szyba przy okienku kasowym była zaparowana i po pewnym czasie pękła – było to jeszcze w PRL – u. Wtedy kino było czymś, co pomagało oderwać się od szarej rzeczywistości, zapomnieć o kolejkach po papier toaletowy, było czymś, co przenosiło ludzi w inny wymiar – tu świetnym przykładem wydają mi się „Gwiezdne Wojny” wyświetlane w Hali Stulecia – kino „Gigant”.
Ciekawe jest to, że kino do Wrocławia trafiło ze Lwowa w 1954 roku. Pionierami i animatorami kinematografii na Dolnym Śląsku byli ludzie ze Lwowa: inżynierowie, fotograficy, kinomani. Pierwszym kinem, które oni uruchomili, było Kino „Polonia” przy ul. Żeromskiego. Budynki, w których miały powstawać kina, trzeba było odremontować. Okazało się też, że sporo osób było zainteresowanych kinematografią i oni właśnie, ci pasjonaci, angażowali się w prace. Do obsługi projektorów zatrudniano byłych przedwojennych fotografów, którzy wyciągali z gruzów projektory i naprawiali je. Uruchomiony został od razu ośrodek kształcenia operatorów, na ul. Nowowiejskiej w jednej z kamienic, która była niezbombardowana i tam uruchomiono jedno z pierwszych kin i już kształcono następnych, spośród różnych, przygodnych ludzi, którzy przyjechali do Wrocławia. Naczelnym dyrektorem technicznym, koordynatorem wszelkich działań był Lwowiak dyrektor Meller i miał do pomocy P. Kościółka – starszego pana, inżyniera, który też przyjechał ze Lwowa. Razem organizowali załogi do powstających kin. Niewiele później drugim otwartym kinem był „Pionier” przy ul Jedności Narodowej, a później dopiero „Tęcza” przy ul. Kościuszki, którą Wrocławianie sami odgruzowywali.
Moje dzieciństwo przypadło na lata 90 – te, wtedy właśnie rozpoczęła się prywatyzacja kin, które po kolei podupadały, ludzi zwalniano i zaczęto przygotowywać się do stworzenia multipleksów. Na szczęście zdążyłam poczuć klimat starych kin, których wspomnienie do tej pory mnie oczarowuje.

Podróż do wnętrza siebie


Czy potrafisz wyobrazić sobie najstraszliwszą rzecz na całym świecie? Sumę wszystkich strachów! Skumulowaną i bijącą po kroćset! Wiesz, co to jest? To jesteś Ty, mój drogi czytelniku! Jesteś najstraszliwszą rzeczą na świecie! Jak się o tym przekonać? Zapraszam w podróż do wnętrza nas samych z Gasparem Noé i jego fantastycznym „Wkraczając w pustkę”.

Kontrowersyjne przedsięwzięcie argentyńskiego reżysera swój pierwszy triumf wiodło w 2009r. otrzymując nominację do Złotej Palmy w Cannes. Z kolei rok później głośnym echem odbiło się na wrocławskim festiwalu Era Nowe Horyzonty. Chociaż film stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia psychicznego, to jednak żałuję, że nie udało mi się zobaczyć go na dużym ekranie. Na czym polega jego fenomen? Chyba najlepszą odpowiedzią jest: na wszystkim!
To opowieść o młodej generacji zbyt szybko i zbyt mocno osadzonej w czeluściach XXI wieku. Świat się zmienia, postępująca automatyzacja sprawia, że życie staje się łatwiejsze. Nie trzeba już walczyć z systemami, z władzą, bić się o prawa obywatelskie – mamy pełnię demokracji! W stosunku do minionych czasów stopa życia znacząco wzrasta. Co nam pozostaje? Zabawa! Beforka. Clubbing. Kolorowe drinki na barze. Seks na zapleczu. Narkotyki. Jakaś ostra najebka, zakończona morderczym kacem. To przecież takie zabawne, przypomnieć sobie (lub nie) alkoholowe wybryki z poprzedniego dnia. Przyprawmy to jeszcze o metafizyczną papkę i voilà – żyć nie umierać. Carpe diem! Teraz do akcji wkracza Gaspar Noé, który tę radosną maskę brutalnie zrywa pokazując, że wolność, w której tak chętnie się taplamy to w rzeczywistości ogromne bagno… pożerające bagno, które nie zostawia w nas nic innego ponad pustkę.

Film to uczta, podczas której oprócz bardzo silnego filozoficznego wydźwięku kosztujemy niekonwencjonalnej formy artystycznego wyrazu. Dominują kolory jaskrawo-pulsacyjne, czego symbolem mają być bijące neony nowoczesnego Tokio. Lasery miejskich dyskotek, elektroniczna muzyka tworzą otoczkę kiczu i tandety (bynajmniej nie filmu, a kultury!). Niezwykle ciekawa praca kamery, która przybiera formę „mind’s eye” – oka duszy. Początkowo z perspektywy spojrzenia głównego bohatera, gdzie zachowane są nawet subtelne mrugnięcia. Później zaś płynie podróżuje jak duch śledząc tragiczne losy bohaterów. Reżyser podejmuje z widzem swoistą grę, beztrosko bawi się skrajnymi emocjami nie szczędząc kontrowersyjnych scen. Jak mantra powtarzany obraz czołowego zderzenia samochodu osobowego z tirem oglądany z perspektywy dziecka na tylnym siedzeniu. Czy chociażby bezpardonowa scena przeprowadzania aborcji z dosadnym zbliżeniem martwego płodu. To tylko kilka przykładów pobudzających taniec destrukcyjnych myśli w głowie.

Gott ist tot!” wołał Nietzsche, a Gaspar Noé zręcznie przytakuje. Wartości przeminęły. Pozostaje pustka i… zabawa, ale ostatecznie słowa te znaczą to samo. Miłość z piedestału zrzucona została do poziomu masowego pieprzenia (tak, tak, to jest to słowo) w przydrożnym motelu. Życie rodzi się po to, aby powoli umierać. A człowiek na drodze rozwoju jak gdyby zamknięty został w obrzyganym kiblu. Jednak nie bójmy się wchodzić w głąb własnej duszy póki nie jest za późno, Noé ostrzega tylko, żebyśmy z przerażeniem nie stwierdzili, że tam nic nie ma.
PS Film polecam oglądać wieczorem/nocą, przy zgaszonym świetle – to niezbędna atmosfera, dzięki której zwielokrotniamy przeżycie. Na zachętę zapoznania się z konwencją podsyłam odnośnik do (uwaga! wcale nie trailera) napisów początkowych.

My name is Bond, James Bond


Każdy z nas zna powyższe słowa jednego z najsławniejszych bohaterów kina akcji. Stały się one na tyle kultowe, że na dobre zakorzeniły się w kulturze masowej XX i XXI wieku. Wszystko za sprawą agenta jej królewskiej mości, który na ekranach kin gości od 50 lat. Jak można się domyślić, postać owego dżentelmena przeszła w wielu kwestiach ogromne zmiany. Niestety nie zawsze osiągały one dobre rezultaty.
Swoją przygodę z filmami z Jamesem Bondem rozpocząłem jeszcze jako dzieciak. Wtedy to na ekranach kin zaczął gościć Pierce Brosnan, jednak byłem jeszcze zbyt młody, by móc go wtedy obejrzeć. W zamian za to, za pośrednictwem telewizji zaznajomiłem się z jego poprzednimi kreacjami i to od nich właśnie zaczęła się moja fascynacja. Filmy nakręcone pomiędzy początkiem lat 60 a końcem pierwszej połowy lat 80, stanowią do tej pory esencję zachowań brytyjskiej dżentelmena. Kiedy Sean Connery po raz pierwszy ukazał postać brytyjskiego szpiega, był on zimnym, pozbawionym sumienia agentem z licencją na zabijanie. Bez zawahania likwiduje tytułowego Dr No, kiedy dowiaduje się o jego powiązaniach z organizacją przestępczą. Należy również wspomnieć o jego stosunku wobec kobiet, które zawsze były bardzo podatne na jego czarującą personę. W tym czasie James Bond nie przykładał do nich większej uwagi, bez większego zastanowienia był w stanie poświęcić ich dobro dla wykonania swojego zadania. Zmiana tego wizerunku przyszła wraz z kolejnym aktorem wcielającym się w tę rolę – Georgem Lazenby. Ku zaskoczeniu wszystkich brytyjski agent nie tylko zakochuje się, ale i bierze ślub. Jednak Jamesowi nie było dane zaznać happy endu, postać jego pokroju jest skazana na brak możliwości zaangażowania emocjonalnego. Szybko powrócono do obrazu bezlitosnego agenta, wraz z powrotem Seana Connery w filmie Diamenty są wieczne. Zmiany wizerunku 007 podjął się następny odtwórca jego postaci, Roger Moore. W moim odczuciu nowy aktor wprowadził do filmu więcej poczucia humoru, które stało się kontrastem dla bezlitosnego charakteru jego zawodu. Następny aktor wcielający się w jego rolę – Timothy Dalton, nie pozyskał wśród widowni większej sympatii, prawdopodobnie przez jego polityczną poprawność.
Dla większości amatorów kinematografii James Bond kojarzy się jednak ze współczesnymi odsłonami serii, w których wystąpili kolejno Pierce Brosnan i Daniel Craig. Co można powiedzieć o tych kreacjach ? Brosnan nie wprowadza znaczących zmian do charakteru głównego bohatera. Na co warto zwrócić uwagę, to znaczny wzrost tempa akcji. Dzięki postępowi technicznemu, twórcy kolejnych filmów byli w stanie w dużo bardziej realistyczny sposób oddać sceny strzelanin czy pościgów. Gdy do tej pory na wyposażeniu agenta znajdowały się laserowe zegarki czy wyposażone w zasłony dymne i rakiety pojazdy, James dostaje dostęp do zdalnie sterowanego BMW czy też niewidzialnego Astona Martina. Wraz z dwoma najnowszymi filmami Casino Royale i Quantum of Solace oraz Danielem Craigiem, obraz Bonda przeszedł znaczącą przemianę. W tych odsłonach poznajemy agenta na początku jego kariery w MI6. Próżno w nich szukać zabawnych scen typowych dla Rogera Moore’a i Brosnana. Daniel Craig powraca do pierwowzoru czyli Seana Connery z wyjątkiem, że na tym etapie nie jest osobą nieczułą na względy kobiet. Emocje Jamesa Bonda biorą górę nad wykonaniem zadania, w Quantum of Solace James kieruje się raczej osobistą vendettą niż obowiązkiem służby w interesie kraju. To co jest moim głównym zarzutem wobec najnowszej odsłony serii, to brak smaczków charakterystych dla tej postaci. Zamiast metod typowych dla szpiegów, James kieruje się zasadą: najpierw strzelać, potem zadawać pytania. Oprócz braku gadżetów od Q, rażące są również kwestie wypowiadane przez Daniela Craiga. Brak w nich finezji, humoru, 007 nie obchodzi już czy jego drink będzie wstrząśnięty czy zmieszany. Te szczegóły stawiają najnowsze filmy o brytyjskim agencie bardziej w kategorii filmów akcji, niż sensacji.
Mam nadzieję, że w przyszłości twórcy serii o przygodach agenta jej królewskiej mości zerwą z obecną koncepcją i powrócą do pierwowzoru. Jednakże patrząc na dzisiejsze trendy w światowym kinie, moje oczekiwania mają nikłe szanse na realizację.