Śmiałem się z hipsterów, zanim stało się to modne


No właśnie, nie zauważyliście ostatnio że na ulicach pojawia się co raz to więcej ludzi, których nie da się zaszufladkować do jakiejkolwiek subkultury ? Nie mam tutaj na myśli ludzi zachowujących się w sposób normalny, którzy nie przejmują się tym, czy ubierają się w odpowiednim stylu. Mowa o hipsterach – ludziach tak alternatywnych, że nikt nie jest w stanie znaleźć dla nich odpowiedniej formy. Zatem żeby było wam łatwiej takiego hipstera wychwycić spośród tłumu i przy okazji wysłać mu/jej szyderczy uśmieszek, stworzyłem ten oto artykuł. Zapraszam do lektury.

Tym co na początku przykuwa naszą uwagę jest ubiór. Każdy hipster powinien przestrzegać jednej podstawowej zasady – gardź mainstreamem. Wszystko co jest teraz popularne i modne – omijaj szerokim łukiem. Jak na ironię, to właśnie moda na bycie alternatywnym zawitała niedawno na witryny największych sieciówek z ubraniami. W tym właśnie momencie dochodzimy do pewnego niezrozumienia, bowiem przyjęło się przypisywać hipsterom pojęcia takie jak alternatywa i vintage. Jedno z drugim w teorii nie ma za wiele wspólnego, gdybyśmy chcieli jednak spojrzeć na dzisiejszą modę i kulturę, pozorna alternatywa czerpie szerokim strumieniem ze starszych epok. Przykładem mogą być znane już od kilkudziesięciu lat okulary wayfarer i swetry cardigan, które zgodnie z ideą vintage łączymy ze współczesnymi butami firm Nike czy Vans.

Na drugie danie postanowiłem zaserwować wam krótki wykład na temat idei fotografii. Celem tejże sztuki jest uchwycenie danego momentu, który ma dla odbiorcy wartość estetyczną bądź duchową (cytat z mojej książki „Jestem alfą i omegą”, tom I str 202). Każdy kto kiedykolwiek spróbował zająć się fotografią, wie że wbrew pozorom nie jest to taka łatwa rzecz. Zazwyczaj nasza wiedza kończy się na ustawieniu w aparacie funkcji „AUTO” i naciśnięcia spustu celem zrobienia zdjęcia. Tym właśnie różni się przeciętny Polak od fotografa – większości z nas wystarczy kupno aparatu za kilkaset złotych. Droższe modele posiadają takie funkcję, których i tak nie będziemy w stanie obsłużyć. Zatem pytam się, dlaczego co raz bardziej popularne staje się kupowanie nastolatkom lustrzanek za parę tysięcy złotych ? I tak większość z nich skończy na robieniu zdjęć swoim przyjaciołom, podpisywaniu ich sloganami „młodzi, piękni i pijani”, zastosowaniu filtru (jakże by inaczej) vintage i wrzuceniu tego komuś na tablicę na fejsie. Nawiązując do portalu Facebook, zastanawiam się kto ma tyle czasu, żeby wrzucać po kilkaset zdjęć do galerii na swoim profilu ?

Na deser pozostawiłem muzykę. Chętnie podzieliłbym się z wami nazwami zespołów popularnych wśród hipsterów, niestety obawiam się że i tak ich nie znacie, a w serwisie Youtube również nie znajdziecie do nich odpowiednich linków. Zdaniem niektórych specjalistów, wskazówek co do tego czego słuchają hipsterzy, należy szukać pod hasłami „indie” i „jazz”.

Kończąc ten artykuł, chciałem zaapelować do was drodzy czytelnicy. Spróbujcie rozgraniczyć ludzi żyjących poza formą od tych, którzy starają się ich naśladować. Jak wiadomo nie da się w naszym życiu uciec od pewnych ustalonych zachowań. Większość z nas chce czuć się akceptowanym przez innych, niewielu stać na to by wyłamać się z ustalonych przez pokolenia wzorców. Ludzi którzy żyją dzięki wolnemu zawodowi, starają się unikać zaszufladkowania i mają coś interesującego do przekazania traktuję z dużym szacunkiem. Jedyne co jest w tej całej sytuacji śmieszne, to tabuny nastolatków, którzy nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem, bo dostają od rodziców tyle pieniędzy, że stać ich na markowe ciuchy i cotygodniowe melanżowanie w popularnych klubach. Wbrew temu co im się wydaje, cierpi na tym ich poczucie niezależności, bo idealnie wpasowują się w obraz typowego nastolatka wywodzącego się z bogatszej klasy średniej.

Internetu i igrzysk


W tych dwóch słowach można zawrzeć potrzeby dzisiejszej opinii publicznej. Wystarczy obejrzeć wydanie dziennika telewizyjnego by dostrzec, że największym zainteresowaniem w Polsce cieszą się cenzura Internetu i Euro 2012. Poniższy wpis Kronik jest komentarzem do tych emocjonujących tematów.
Zaczynając od ACTA, po raz kolejny dał o sobie znać niski poziom kultury i dialogu pomiędzy nami, Polakami. Z jednej strony Platforma Obywatelska postanowiła zignorować protestującą część społeczeństwa, podpisując w Tokio umowę międzynarodową bez jej społecznej akceptacji. Brak konsultacji z internetowym środowiskiem prowadzi nie tylko do spadku poparcia społecznego dla PO, ale również do wzrostu niechęci i braku zaufania narodu do samej instytucji państwa. Po raz kolejny uruchamia się tryb, który można by nazwać „walką z okupantem”. 
Jednak z drugiej strony internauci również nie pokazali się od najlepszej strony. O ile sama idea protestu jest jak najbardziej zrozumiała, w końcu w jakiś sposób trzeba zademonstrować swój stanowczy sprzeciw, o tyle obok haseł „Stop ACTA” pojawiają się teksty rodzaju: „Komorowski matole, skąd będziesz ściągał pornole”. Wydaje mi się, że poziom takiej wypowiedzi należy pozostawić bez komentarza. Kolejnym problemem stały się ataki na strony rządowe, które nieważne pod jakim pretekstem, powinny zostać przez wszystkich potępione. Jak do tej pory żyjemy w państwie demokratycznym i swoje opinie powinniśmy wyrażać w sposób pokojowy i przede wszystkim nie uderzający w funkcjonowanie państwa. Po raz kolejny Polacy pokazali również, że nie potrafią uszanować innego zdania na dany temat. Przykładem będzie atak na osobę Zbigniewa Hołdysa, który przecież jako twórca ma prawo być przeciwnikiem obecnej sytuacji – bezkarnego piractwa. Na podpisanie ACTA oczywista była reakcja opozycji. Zarówno lewica jak i tzw. prawica czyli PiS, postanowiły wstawić się za protestującymi. Nie zważając oczywiście na fakt, że podczas głosowania w Parlamencie Europejskim, posłowie tejże partii byli przeciw krytyce ACTA (czyli de facto za ACTA). Po raz kolejny politycy grają pod publikę, jednak jak możemy sobie zdawać sprawę, prawdopodobnie każda opcja polityczna znajdująca się obecnie w parlamencie postąpiłaby w ten sam sposób, co obecna koalicja, gdyby znalazła się na jej miejscu.
Warta uwagi stała się również sytuacja ekonomiczna naszego kraju, zwłaszcza że w tym roku mamy zaszczyt organizować święto europejskiej piłki nożnej – Euro 2012. Można powiedzieć że Polacy generalnie są z tego powodu zadowoleni. Jak głosiło hasło wyborcze PO, Polska znalazła się w budowie. Od dróg krajowych i autostrad, po stadiony i obwodnice miejskie – mieszkając w którymś z miast gospodarskich na Euro 2012, ciężko jest nie natknąć się na jakąś wielką inwestycję. Nic dziwnego, że sprawia nam to wszystkim radość i daje powód do dumy. Niestety zapominamy o tym, że taka impreza sporo nas kosztuje. Za wybudowane drogi nie zapłaci Unia Europejska, zrobimy to my, między innymi poprzez zwiększoną akcyzę na paliwo. Politycy uspakajają nas mówiąc o Polsce jako zielonej wyspie. Niestety fakt ten nie napawa mnie aż tak wielkim optymizmem. Korzystna sytuacja Polski na rynku ekonomicznym nie potrwa dłużej niż 20 lat, do tego czasu będziemy musieli znaleźć rozwiązanie na problemy gnębiące nasz kraj: dług publiczny i koszty jego obsługi, przepisy utrudniające zakładanie i funkcjonowanie przedsiębiorstw, niski przyrost naturalny i co za tym idzie rosnąca liczba Polaków na emeryturze względem pracujących, niskie wydatki na rozwój technologiczny oraz kulejący system sądowniczy.
Chciałbym teraz skierować do was pytanie, która z tych rzeczy niepokoi was najbardziej ? Będzie to zmniejszenie wolności w Internecie i ukrócenie piractwa internetowego, czy też scenariusz w którym bez taniej siły roboczej będziemy – kolokwialnie mówiąc – klepać biedę ? Jeżeli ktoś zapytałby o moje zdanie w tej kwestii, prędzej wyjdę na ulicę protestować przeciw działaniom rządu w sferze gospodarczej niż rzekomej inwigilacji, rodem z „Roku 1984” Orwella.

W życiu nie ma nic za darmo


Przeglądając witryny internetowe ciężko nie natknąć się na informacje o ataku wielkich korporacji i rządów na wolność słowa w Internecie. Mowa o cenzurze tejże sieci, za którą odpowiedzialność będą ponosić jej dostawcy. Jak nie trudno się domyśleć, internauci są wielce oburzeni tą sytuacją. Stało się to po tym, jak władze Stanów Zjednoczonych zablokowały serwis Megaupload i wydały nakaz aresztowania jego autorów. Jednakże społeczność internetowa zapomniała o jednym ważnym aspekcie, otóż jeżeli chcemy żyć w rozwijającym się i sprawiedliwym społeczeństwie, potrzebujemy państwa praworządnego. Mrzonki o Utopii czy wolnym anarchistycznym świecie, w którym każdy pracuje za darmo, licząc na dobrą wolę innych, trudno jest traktować poważnie.

Wiadomo że darmowe oglądanie odcinków naszego ulubionego serialu jest przyjemne, nie znam nikogo kto oparłby się takiej pokusie. Jednakże trzeba mieć świadomość, że w ten sposób łamiemy prawo. Mądrość ludowa głosi „w życiu nie ma nic za darmo” i taka też jest prawda. „Wielkie i złe koncerny” nie będą produkowały utworów, za które nie otrzymają nagrody w postaci dochodów finansowych. Ciężko jest sobie wyobrazić sytuację, by szerokie grono ludzi zaangażowanych w dany projekt (aby uświadomić sobie jego wielkość, polecam spojrzenie na długość napisów końcowych) zrobiło to całkowicie za darmo. Oczywiście zdarzają się takie sytuacje, jednakże sztuka niezależna bardzo często odbiega jakością i łatwością dostępu od tej komercyjnej.

Natomiast mówienie o złym państwie chcącym wprowadzić cenzurę (jasne nawiązanie do byłego systemu komunistycznego) jest niedorzeczne. Póki mamy demokrację, jesteśmy w stanie kontrolować działanie rządu i w razie potrzeby zmieniać jego skład. Zresztą jak kończy się próba bezprawnej cenzury Internetu dobrze wiemy, patrząc na rewolucję w Egipcie. Wydaje mi się, że myślenie „państwo to nasz wróg”, jest typowe dla naszej polskiej mentalności. Jestem ciekawy, kiedy to nastawienie się zmieni, mam nadzieję tego dożyć.

Podsumowując, cała ta sytuacja przypomina mi w pewien sposób akcję Wolny Tybet. Z jednej strony cel wydaje się być słuszny, zgodny z ideami głoszonymi przez moje pokolenie, z drugiej jest on zupełnie odrealniony. Żyjemy w czasach, w których jesteśmy uzależnieni od działania wielkich koncernów (w tym chińskich), czy nam się to podoba czy nie. Jak na ironię, nawet na tym duże firmy potrafią znaleźć źródło zysku – patrz flagi Wolny Tybet produkowane w Chinach.

Wielkie Powroty


Kazik Staszewski śpiewa na ostatniej płycie, że czasy są coraz cięższe, życie szybsze, a radości coraz mniej: „na szczęście odłożyłem trochę pieniędzy”. Najwyraźniej te problemy dotykają wszystkich muzyków, nie tylko tych polskich. Przy czym nie wszyscy te pieniądze zdążyli odłożyć. 
The Animals we Wrocławiu? What?
Zespół The Doors ogłosił, że rusza w trasę koncertową. Niestety, Jim Morrison nie zmartwychwstał: zastąpi go wokalista grupy The Cult, Ian Astbury. Decyzja ta wzbudziła burzę wśród fanów. Jak zawsze pojawiły się dwa obozy: zwolennicy chwalą pomysł i już zacierają ręce na nadchodzące koncerty, przeciwnicy kręcą nosem narzekając, że bez Morrisona to nie to samo. Czy jest to totalnie amoralne zachowanie nastawione na wyciąganie pieniędzy, czy dopieszczanie fanów i delikatne pielęgnowanie legendy? Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, pewne jest co innego: nie jest to nowa praktyka.

W 2006 roku, przed Wrocławskimi juwenaliami na Polach Marsowych, studentami wstrząsnęła nowina: przyjedzie The Animals. Grupa będąca supergwiazdą w latach 60, autorzy przeboju „House of The Rising Sun”: żywe legendy. Po szybkim sprawdzeniu informacji okazało się że nazwa „The Animals” nadana jest trochę na wyrost: w rzeczywistości z oryginalnego składu przyjechał jedynie perkusista, John Steel. Posiłkując się historycznym wydaniem „Słowa Polskiego Gazety Wrocławskiej” można dojść do wniosku, że skład składem, ale była zabawa, a i można było się klimatycznie pokołysać przy wspomnianym wcześniej przeboju. Nieco inną opinię wyraziła Gazeta Wyborcza: „To co wydarzyło się na Polach Marsowych, przekroczyło już wszelkie granice – bezczelności, dobrego smaku i muzycznej indolencji”.  Niestety, sam nie miałem przyjemności (?) uczestnictwa, więc ten historyczny już spór pozostanie tutaj nierozstrzygnięty.

Wspomnieliśmy już o dwóch wielkich zespołach minionej epoki, nie sposób zapomnieć o trzecim: Queen. Podobnie jak w przypadku Doorsów, ogromną rolę odgrywał w nim charyzmatyczny, nieżyjący już wokalista: Freddie Mercury. Jeśli wierzyć szalejącym na forach internautom, przewraca się on aktualnie w grobie. Czemu? Zespół ogłosił powrót do czynnej aktywności, nową trasę koncertową, a kto wie czy nie nową płytę. Najwięcej kontrowersji wzbudza news, według którego do współpracy ma zostać zaproszony nie kto inny jak Lady Gaga. I ponownie dochodzimy do trudnego pytania: odważny eksperyment muzyczny, czy podpieranie się znanym nazwiskiem aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy?

Wielkie powroty zawsze budzą wiele kontrowersji. Ale nie zawsze są to tylko ostatnie podrygi i próby dorobku: wspomnieć wystarczy chociażby AC/DC, które po śmierci Bona Scotta (mimo głosów, że bez niego nic nie będzie już takie samo) powróciło z rewelacyjną płytą Back in Black i tak samo skrzeczącym Brianem Johnsonem, czy też jedyny i niepowtarzalny koncert Led Zeppelin w O2 Arena z 2007 roku. Najważniejsze jest wyczucie chwili, ale szczęście również odgrywa niebagatelną rolę: czasami po prostu się uda.

A Wy co myślicie o takich powrotach? Wstyd i hańba, czy super sprawa?

W międzyczasie zaś polecam odkryty po latach kawałek Doorsów: She Smells So Nice, nagrany jeszcze z Morrisonem.

Zbrodnie na piedestale


Wygląda znajomo? Ten wizerunek jest już powszechnie znany.
Co sprawia, że ludzie w naszych czasach są zaciekawieni, często zafascynowani czymś, co powszechnie uznane jest za zbrodnicze? Dlaczego ludzie odpowiedzialni za masowe mordy stają się ikonami popkultury?
We Wrocławiu na rynku otworzyła się knajpa w klimacie PRL. Wszystko pięknie, oprócz tego, że ściany oblepione są obrazami Stalina, Mao czy też Lenina. No, ale bez takich widoków klimat nie byłby do końca spełniony, w końcu knajpka musi w rzeczywistości spełniać wygląd tamtych czasów. To teraz wyobraźmy sobie: po drugiej stronie rynkowej ulicy ktoś otwiera knajpkę w klimacie nazi, jako konkurencyjną do PRL-owskiej. Oczywiście bardzo łatwo jest wyobrazić sobie, która knajpka uzyska więcej klientów. Czas zaciera pamięć: komunizm upadł dużo później niż nazizm, a więc na otwarcie „konkurencyjnej” knajpy trzeba poczekać jeszcze kilka lat. Ale czy warto czekać?
Inny przykład widać nie wychodząc z domu. Otóż wystarczy włączyć komputer i wpisać w pasek wybierania na przykład stronę hipsterhitler.com, lub chociażby kwejk. Roi się tam od obrazków prześmiewających Hitlera i innych dygnitarzy. Mogłoby się wydawać, że piszą to ludzie nie mający pojęcia dlaczego Hitler uznany był za zbrodniarza. Jednakże przeglądając komiksy na „hipsterze”, można dojść do wniosku, że autor zna historię bardzo dobrze. Dowodzi to tego, że pilnie ją studiował i albo jest starym człowiekiem, który poświęcił całe życie na studiowanie historii, ale na prowadzenie bloga wybrał akurat temat hitleryzmu, albo młodym człowiekiem, który skupił całą uwagę właśnie na poznaniu historii Trzeciej Rzeszy. Warto też zwrócić uwagę na poziom humoru i do tego odnieść swoje dociekania dotyczące wieku autora. A jak można by nazwać osobę, która studiuje tylko historię nazizmu? To oczywiście tylko przypuszczenia, ponieważ nie znam osoby prowadzącej tego bloga. Stopka na stronie informuje jednak, że treść żadnego z obrazków umieszczonych na tej stronie nie powinna być mylona z właściwymi poglądami autora.
Ten sam komunikat pojawia się również na blogach z platformy Tumblr o podobnym charakterze. Dla przykładu:
Na Youtubie od premiery filmy Upadek, również zaczęło pojawiać się dużo filmików parodiujących Hitlera.
Tak jak napisałam powyżej: Czas zaciera pamięć. Może właśnie to jest istotą takich zachowań, że ludzie przestali bać się nazizmu i zaczynają się z niego naśmiewać, aby go oswoić. Na „hipsterze” Hitler przedstawiany jest jako indywidualista, nieudacznik oderwany od rzeczywistości, a Goebbels występuje w roli „tego mądrzejszego”, który podejmuje za niego decyzje.
Inną możliwością takiego upowszechniania zbrodni jest niewiedza. Che Guevara uznawany za symbol buntownika o wolność, Charles Manson alias Król Zbrodni, który zainspirował pseudonim piosenkarza Marylina Mansona. Ile to razy przejeżdżając ulicą Puławską w Warszawie rzucał mi się w oczy napis na ścianie „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Każdy zna to powiedzenie, a mało kto wie kto był autorem tych słów. Otóż był to Goebbels.
Podsumowując, jest wiele możliwych przyczyn stawania się ikonami popkultury ludzi, którzy są ostatnimi osobami nadającymi się na to miano: ciekawość, niewiedza, fascynacja, wyśmiewanie zbrodni co rujnuje ich negatywne znaczenie, a nadaje im nieco codzienności i normalności; można by tak wymieniać i wymieniać, jednak do konkretnego wniosku aż trudno dojść.

Petrobożek



Błogosławieni, którzy nie muszą wstawać o 6 rano, zbyt szybko włączając się w śmiertelną rutynę codzienności! Okropna prędkość poranków. Marznę na przystanku, niby zimy nie ma, ale zacinająca deszczo-mżawka to żadna przyjemność. 7:23. I nic. I wciąż deszcz. I mżawka . I czekanie. Z nogi na nogę. Codziennie wypatruję cholernego autobusu pewien, że powinien przyjechać na czas. A przecież nigdy nie przyjeżdża – to nie Japonia z sekundowym rozkładem planu komunikacji… może to i lepiej. Jak najdalej z technokracją! Zawsze trzeba brać 5-7 min opóźnienia od samego początku pod uwagę. Więc może wyjść później? A co jak przyjedzie wcześniej? Będę stał 30 min! O nie…

Jest! Widać poruszenie, ciche podniecenie pośród wyczekujących ludzi. „Już zaraz będę mógł posadzić zmarznięty tyłek na wygodnym siedzeniu, najlepiej przy grzejniku, żeby zdrzemnąć się jeszcze przez moment!” – pomyśleli wszyscy. Otwarcie drzwi i optymistyczne „Ti-du” jak pogłos łowieckiego rogu rozpoczyna polowanie. Jeszcze przed chwilą zaspani teraz morderczo drapieżni. Wyścig trwa, nie bądź ofiarą… Niestety, dziś jestem. Łapię drążek, koniecznie przy oknie i patrzę. Włączam odtwarzacz – tworzę osobistą muzyczną barierę. Przegrałem.

Monotonność jazdy komunikacją miejską swój punkt katastrofy osiąga, gdy przychodzi tkwić w korkach. Lubię patrzeć na ludzi w samochodach. Na ich płytkie spojrzenia. Obojętność. Wyraz twarzy – jak my wszyscy – frustratów, powstrzymujących wybuch nieopanowanej agresji. Desperacja. Ach! Piękny bal maskowy! Wielkie, luksusowe auta, skórzana tapicerka, a w nich tylko kierowca. Jeden człowiek. Bo duch czasu wymaga, aby podjechać od jednego parkingu do drugiego nie robiąc przy tym więcej niż 50m piechotą. Zimno i w ogóle, skoro są pieniądze to czemu nie? Po przekroczeniu magicznej „5” w ubiegłym roku koncernom paliwowym nie brak już skrupułów, żeby regularnie podnosić ceny o kilka groszy, przecie nikt nie patrzy na to „drugie”, tylko że jest 4 albo 5. Więc teraz jest 5,65… „niewinnych ludzi – stado owiec, prowadzi w dół i zjada petrobożek” jak mantra wraca tekst Huntera.

Czy po to Polska angażuje się w konflikty na Bliskim Wschodzie, aby wozić dupę za 5,45 zamiast 15,45zł/l? Czy po to właśnie przy naszej społecznej akceptacji jawnie mordujemy? Czy po to Ameryka demokratyzuje bombami wschód? Czy po to dokonujemy zbrodni fałszując przy tym odpowiednio raporty? Czy…? Wydarzenia przełomu 2011/2012 pokazują, że chyba tak…

Wraz z odejściem minionego roku odszedł również ostatni amerykański żołnierz z ziem Iraku. Laureat pokojowej nagrody Nobla Barack Obama wycofał po 8 latach wszystkie wojska. Tym samym zakończyła się trwająca od 2003 roku wojna i „misja stabilizacyjna”, podczas której więcej wychodziło brudów obciążających Amerykanów niż widać było sensu całego zamieszania. Nieoceniona pomoc Wikileaks w otworzeniu oczu ludziom, kiedy cały świat dowiedział się o fałszowaniu raportów, łatwości przylepiania łatki „rebeliant” podczas eksterminacji (nie bójmy się twardych słów), torturach. Nagranie z helikoptera, gdzie na naszych oczach dochodzi do morderstwa grupki ludzi z dwoma dziennikarzami na czele, bo kamera została wzięta za RPG. Czy choćby ostatni hit youtube’a – filmik, na którym Marines beztrosko oddają mocz na przed chwilą zabitych Irakijczyków… C’est la guerre! Taka jest wojna – tym lepiej, że już zakończona. Dobrze jest czasem pokazać, że jednak przyznanie nagrody Nobla nie było tylko pustosłowiem, ale czy sam Irak to znak zmian? Na to pytanie mam twarde i zdecydowane: raczej nie.

Czy ktoś w ogóle pamięta po co międzynarodowa koalicja tam wkroczyła? Był jakiś Saddam Husajn, była jakaś Al-kaida… coś było… Sam muszę wrócić do źródeł. Istniało podejrzenie, że Irak i reżim Saddama Husajna dysponują bronią masowego rażenia. Niestety, takiej nie udało się znaleźć. Domniemane podejrzenie sponsorowania działań terrorystycznych Al – kaidy również mylne – w Iraku nie było Al-kaidy. Aby bronić praw człowieka – biednych Kurdów gnębionych przez reżim? W Turcji też dopuszcza się pogromów Kurdów, o dziwo, tam nikt nie interweniuje – przeciwnie, prowadzi się negocjacje przystąpienia do UE… Dlaczego więc? Dla kontroli ogromnych złóż ropy naftowej! Po to Ameryce demokratyczny rząd i „wolność” w Iraku. Ciekaw jestem jak system ten będzie funkcjonował w państwie o zerowej tradycji republikańskiej. Już kiedyś stosowano takie eksperymenty, np. w Traktacie Wersalskim w 1919 r. obalając europejskie monarchie i powołując parlamenty na nowo podzielonych ziemiach Europy – historia pokazała, że w przeciągu dwudziestu następnych lat większość upadła zmieniając orientację na silną władzę autorytarną.

Tymczasem zmian na Bliskim Wschodzie dalej nie widać. Wre kocioł irański od czasu, gdy w listopadzie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej opublikowała raport, w którym jednoznacznie ostrzega o wojskowych dążeniach programu atomowego w Iranie. Nie ma nic gorszego jak fanatyczni przywódcy (teokratycznego państwa!) z ręką na czerwonym guziku… toteż Izrael w poczuciu niebezpieczeństwa ostrzegł, iż wykorzystując nowoczesne lotnictwo, w błyskawicznej akcji może udaremnić jakiekolwiek plany atomowe Iranu. Co na to Iran? „Odpowiemy żelazną pięścią!”. Spirala nienawiści nabiera tempa i niechybnie prowadzi do kolejnego konfliktu militarnego. Barack Obama w Waszyngtonie przyjmuje kolejny program sankcji. Podobnie Unia Europejska. Iran odpowiada pokazem siły i uderza w najczulszy punkt krajów zachodnich – prowadzi 10-dniowe manewry na wodach cieśniny Ormuz, przez którą przepływa 40% światowych zasobów ropy naftowej. Zatrważająca jest odwaga i łatwość z jaką naciskają na odcisk stadu słoni.

Stany Zjednoczone wielokrotnie pokazały, że jeżeli chodzi o obronę ich interesów w rejonie Zatoki Perskiej są w stanie uciec się do wszystkich możliwych środków. Nawet istotna ze względu na formę prowadzenia polityki międzynarodowej zmiana na fotelu prezydenta nie jest w stanie podważyć pozycji ropy naftowej w procesie kształtowania interesów. Gospodarka całego świata stoi na czarnym złocie – wytwarza się z niej połowę wykorzystywanej energii. To nie tylko transport i komunikacja, też szeroko rozumiany przemysł i logistyka wojska (jeden z największych armii świata) – USA nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek ograniczenia handlu ropy, jeśli chce dalej pełnić rolę hegemona. Możemy oczekiwać, że jeżeli akcje zamykania cieśniny Ormuz, która do tego nie jest terytorium irańskim powtórzy się, wtedy USA bez najmniejszych skrupułów „przejedzie” się po irańskich wojsku jak po maśle. Demonstracja siły przestarzałej armii podczas wciąż trwających manewrów lądowych wydaje się sprawą śmieszną w porównaniu z możliwościami samej US Navy i Izraela. Akcja miałaby charakter punktowego uderzenia na konkretne cele, przede wszystkim ośrodki badań atomowych i pozycje pozwalające kontrolować wybrzeże Zatoki Perskiej. Ale czy w rozważaniach bierzemy pod uwagę odpowiedź Iranu? Tego, że posiadają pół milionową armię i fanatycznych zwolenników islamskiego reżimu gotowych zginąć na jeden znak wodza? Tego, że atak może spotkać się z odwetem jak nie teraz to za kilka-kilkanaście lat? Oby nie zapomnieli o tym przywódcy.

Konflikt o kontrolę nad złożami ropy naftowej trwa w zasadzie od 22 czerwca 1941 roku, kiedy to największa ówczesna armia świata –III Rzesza – atakuje ZSRR, bo powoli zaczynało brakować paliwa do napędzania czołgów… pojechali więc wziąć je sobie spod Stalingradu. Kto ma zaplecze czarnego złota ten ma władzę. Ile to już ofiar poprowadził w dół petrobożek? Stanowczo za dużo! Chyba najwyższy czas, żebyśmy jak najszybciej szukali alternatywnych źródłem energii dla zastąpienia zabójczej ropy. Byle tylko nie w atomie, bo chyba wszyscy widzimy jak wyglądają poszukiwania Iranu…

Wynalazki matką potrzeb


W XXI wieku świat pod wieloma względami stanął na głowie. Patrząc na szeroką gamę produktów dostępnych na naszym rynku, możemy odnieść wrażenie że doczekaliśmy czasów dobrobytu. Jesteśmy już na tyle bogaci, że duża część społeczeństwa staje przed problemem wybrania celu, na który wyda zgromadzone środki. Wiem że to stwierdzenie brzmi abstrakcyjnie, bowiem w mentalności Polaków zakorzenione jest myślenie, że Polska to kraj trzeciego świata. Chciałbym jednak zauważyć, że typowy przedstawiciel klasy średniej nie musi obawiać się o to, za co będzie w stanie zapewnić godny byt sobie i rodzinie. Jak wynika z badań, Polacy coraz chętniej wydają pieniądze na towary luksusowe. Powoli zmierzamy w kierunku państw zachodnich, w których to ekskluzywny smartphone na porządku dziennym jest w posiadaniu zwykłego nastolatka. Jeżeli nie wierzycie Państwo w to co tutaj wypisuję, proponuję wybrać się w weekend na wycieczkę do sklepu RTV AGD i zwrócić uwagę na ilość klientów.

W tej sytuacji warto się jednak zastanowić, czy te wszystkie luksusowe towary codziennego użytku są nam naprawdę potrzebne. Za przykład można wziąć nowoczesne telewizory, obsługujące rozdzielczość full HD. Reklamy mówią nam o tym, że warto byłoby wymienić stary telewizor na nowy, najlepiej HD w 3D (sarkazm). Szkoda tylko, że większość społeczeństwa nie wie czym jest full HD 1080p. Ba, przywożąc telewizor do domu często podłączają go do anteny przekazującej sygnał analogowy [nie full HD : )]. Zatem pożytku z takiego telewizora nie ma zbyt wiele, może poza jego mniejszymi rozmiarami – mam na myśli brak kineskopu z tyłu obudowy.

Dalej, weźmy za przykład wspomniane we wstępie smartphony. Są to faktycznie drogie zabawki, które różnią się od swoich poprzedników większym wyświetlaczem, „większą ilością megapiskeli i gigabajtów”, czy dostępem do sieci WIFI. Prawdą jest, że nowy telefon na początku sprawia wrażenie lepszego od poprzednika, zazwyczaj jesteśmy zadowoleni z zakupu i poświęcamy wiele godzin na poznanie nowych funkcji telefonu. Jednak po paru tygodniach lub miesiącach przestajemy czuć różnicę pomiędzy starą a nową komórką i przyzwyczajamy się do obecnego komfortu. Jedynym mankamentem może być bateria, która to w coraz nowszych telefonach działa coraz krócej.

Przykładów takich jak powyższe mógłbym jeszcze mnożyć, nie zamierzam jednak Państwa w jakimkolwiek stopniu zanudzać. Wnioskiem jaki możemy wyciągnąć jest fakt, iż wraz z postępem technologicznym nasze życie wydaje się być coraz łatwiejsze i przyjemniejsze, jednak wymaga to dużych nakładów pracy i czasu – które w praktyce moglibyśmy spożytkować na ciekawsze zajęcia niż oglądanie telewizji w HD, czy „cykanie foteczek” telefonem komórkowym. Chciałbym zauważyć, że korporacje typu „Apple” wykorzystują jedną z najbardziej powszechnych wśród ludzi wad – materializm. Firma spod znaku ugryzionego jabłka stała się ikoną naszych czasów, sam osobiście nie znam żadnej innej marki, która podwyższałaby w takim stopniu cenę swoich produktów, bazując na swojej marce. Zapewne produkty te mają wyższość nad swoimi konkurentami, jednakże moim skromnym zdaniem nie jest ona adekwatna do ceny. Ta sytuacja pokazuje potęgę marketingu, działania które sprawia że konsumenci kupują często to, czego faktycznie nie potrzebują. To z kolei utwierdza mnie w przekonaniu, że klasa średnia powinna zmienić nazwę na klasę niewolniczą. Dzisiaj jednak nie zakuwa się ludzi w łańcuchy, zamiast tego wystarczy wzbudzić u nich odpowiednie pragnienia, a gospodarce pozwolić rozkręcić obroty na maksimum.

Sprawiedliwość Społeczna


Po szampańskiej zabawie w noc sylwestrową, przyszedł czas na podsumowanie ubiegłego roku. 2011 to oprócz arabskiej wiosny ludów i wojny w afganistanie, jeszcze jedno ważne wydarzenie – kryzys gospodarczy. Zapewne słyszeli Państwo o ruchu „Occupy Wall Street”. Ludzie uznający się za 99% społeczeństwa postanowiło ogłosić protest, który został skierowany wobec „financial greed and corruption” – chciwości i zepsuciu finansowców – przedstawicieli 1%. Polecam odwiedzenie strony internetowej ruchu

Mając odrobinę czasu, postanowiłem zapoznać się z postulatami tejże grupy. O ile jestem w stanie zgodzić się z poglądem, że państwo nie powinno mieszać się w gospodarkę, poprzez pomoc dla bankrutujących banków (zasada wolnego rynku), o tyle zaczyna mnie niepokoić wzrost sympatii dla haseł socjalistycznych. Mówią „historia nauczycielką życia”, szkoda że zachodnie społeczeństwa nie wyciągnęły lekcji sprzed kilku dziesięcioleci, czasów gdy „sprawiedliwość społeczna” paradoksalnie przyczyniała się do pogłębiającej się biedy, nie tylko gospodarczej ale i kulturalnej. Nie mam jednak zamiaru krytykować tej inicjatywy, Amerykanie pokazali klasę dzięki temu, że oprócz samego protestu zorganizowali szereg akcji charytatywnych, by w doraźny sposób pomóc potrzebującym. Niestety podobne działania nie zostały zainicjowane na naszym kontynencie. W tym przypadku protestujący uznali, że zamiast pokojowej demonstracji i pracy, lepiej wybrać łatwiejszą drogę ku wyrażaniu własnej opinii. Wystarczy przypomnieć sobie protesty, jakie miały miejsce chociażby w Atenach czy Rzymie, by zobaczyć prawdziwą naturę tzw. 99% – współczesnego proletariatu. Jestem zdania, że we współczesnym cywilizowanym świecie, w którym to panuje jakże ukochana przez nas demokracja, istnieją znacznie lepsze formy mówienia innym o naszych rządaniach. (dodajmy, że protestują obywatele krajów, których dochód PKB per capita jest wciąż dwa razy wyższy niż nasz- przyp. Rybałt)  Od tego by je spełniać są natomiast politycy, na których co pewien czas oddajemy głosy. Dzięki temu państwu nie zagraża anarchia, bo gdyby opierać się na badaniach opinii publicznej, w większości krajów panujące rządy nie byłyby w stanie utrzymać się przez chociażby jedną kadencję (czy też rok – przyp. Rybałt).

Przyczyną tej agresji jest bardzo nieciekawa przyszłość obecnego młodego pokolenia, któremu przyjdzie zapłacić za życie na kredyt wzięty przez rodziców. Dla mnie całkowicie irracjonalny jest fakt, że większość społeczeństw europejskich jest zadłużonych i to w stopniu tak wielkim, że zaciśnięcie pasa może okazać się niewystarczające. Nam Polakom radzę od czasu do czasu spojrzeć na licznik długu publicznego. Nie winiłbym jednak za to polityków, oni w końcu starają się w jak największej mierze zrealizować wygórowane obietnice wyborcze. Prawidziwym problem są sami wyborcy, którzy mając świadomość problemów gospodarczych, głosują na tych co dadzą im jak najwięcej, nie patrząc na przyszłe koszty. Przykładem może być ME w roku 2012, większość Polaków jest zwolennikiem tego wydarzenia, jednakże mało kto przyjmuje do wiadomości, że za te mistrzostwa zapłaci bezpośrednio z własnej kieszeni, m. in. poprzez podwyższoną akcyzę na paliwo – drogi same się nie wybudują, mówiąc kolokwialnie.
Na koniec chciałbym złożyć Szanownym Państwu życzenia z okazji nowego roku, przede wszystkim zdrowia i dobrego samopoczucia, szczęścia w życiu uczuciowym i niższych podatków. A mieszkańcom Europy zachodniej i USA, aby nie udało się wam doprowadzić do światowej rewolucji, którą niegdyś chciał zapoczątkować szacowny towarzysz Lenin.

Wrocławska komunikacja miejska – dziś, jutro, pojutrze?


Wrocław, stolica województwa dolnośląskiego, jednocześnie jeden z najbogatszych powiatów w tym województwie. Miasto, w którym łączy się historia Niemiec, Czech i Polski. Piękny rynek, wspaniałe zabytki będące świadectwem zamożności tego miasta w wiekach wcześniejszych. Obecnie zaś urząd miasta propaguje nowoczesność i kreatywność. Piękna idea, jednak musi zostać poparta dowodami. Osobiście jako student chciałbym także, by moje ukochane miasto rozwijało się jak najszybciej, bym mógł w przyszłości znaleźć w nim pracę. ( Studentów we Wrocławiu jest około 150 000 – dane GUS, 2010)
Obecnie Wrocław przeżywa nieustanny, głęboki rozwój infrastruktury. Przeglądając sterty wypowiedzi na temat jej nieudolnego przeprowadzania, postanowiłem skondensować fakty, by rozwiać niektóre mity wokół wrocławskiej komunikacji.

Nikt tej firmy nie lubi… 🙂

Dzisiaj:


1. Drogi


Od 1997 roku mamy do czynienia z nieustannymi remontami dróg. Nie zawsze te remonty były udane, zarówno już w fazie zagospodarowania przestrzennego, jak i w realizacji. Dobrymi przykładami mogą być ulica Grabiszyńska, gdzie długi remont zaowocował kosmetycznymi zmianami ( patrząc na przepustowość ulicy) oraz ulica Strzegomska ( odcinek od Nowego Dworu) gdzie wydzielono bus-pasy, lecz bez torowisk.    Za kilka lat czekają nas tam kolejne utrudnienia i co najważniejsze, spore wydatki z kasy miejskiej. Stan wrocławskich dróg jest dość oczywisty: są to w większości drogi stare, o niskiej przepustowości. Jeśli Wrocław ma się rozwijać w sposób dynamiczny, potrzebne są radykalne posunięcia, jak choćby promyk nadziei, czyli AOW.

2. Tabor


Wrocław przez ostatnie lata wydał około 2 mld złotych na nowe wagony i autobusy. Zacnie się nam zrobiło, jednak wciąż czujemy niedosyt. KM jest zbyt wolna, ograniczają ją wąskie drogi, brak wydzielonych torowisk i pasów, brak systemu ITS który usprawniłby poruszanie się taboru w centrum.


Jutro:


Słyszymy o planach metra, słyszymy o prywatyzacji MPK. Jednak czy to wszystko jest rzeczywiście niezbędne? Postanowiłem wysunąć kilka wniosków, które są szczególnie mocno rekomendowane jako kroki ku rozwojowi KM.


– System ITS. Wspomniany wcześniej, w zamierzeniu pozwala taborowi na trafienie w „zieloną falę” świateł na skrzyżowaniach. Pozwoli to przyspieszyć, a więc także zachęcić wrocławian do korzystania z komunikacji.

-. Komunikacja aglomeracyjna. Pociągi muszą współgrać z autobusami i tramwajami. Potrzebne są węzły komunikacyjne, takie jak Nadodrze.

Rozwój sieci tramwajowej lub zwiększenie częstotliwości linii dowozowych. Blisko 1/3 Wrocławia cierpi ze względu na słabe możliwości dojazdu do centrum. Warto rozbudować linie tramwajowe w kierunku Kozanowa, Psiego Pola, czy chyba najbardziej poszkodowanego Nowego Dworu. Przydałyby się także linie dowozowe z okolic podmiejskich i na granicy miasta, gdzie obecnie znajdują się sypialnie naszego miasta.

Najważniejsze: zwiększenie przepustowości i prędkości komunikacji miejskiej. Obecnie większość z nas nie porusza się nią właśnie dlatego, że samochodem jest szybciej. Więcej miejsca dla autobusów, znacznie więcej miejsca dla taboru szynowego.

Mówimy nie idiotycznym pomysłom w stylu metro. Mówimy tak pomysłom typu S-bahn. Czy miasto stać na drążenie kilkunastu kilometrów  tuneli pod Odrą? Za kosmiczną cenę kilku miliardów złotych? Według mnie, nie. Zamiast tego proponuję wykorzystanie każdej wolnej powierzchni w celu wybudowania naziemnej szybkiej kolei miejskiej, po której mogłyby kursować także nasze tramwaje. Niestety tego typu plany są bardzo, ale to bardzo ekstrawaganckie, ponieważ ich trasa wiodła by np. nad fosą miejską.

Jednak nie uciekniemy od pomysłu SKM. Jeśli Wrocław osiągnie w ciągu najbliższych dziesięciu lat milion mieszkańców, będziemy w wielkim kłopocie. Obecnie buduje się drogi dla tranzytu, co jest b. dobrym posunięciem, lecz powinno zostać zrealizowane już gdzieś w okolicach roku 2000. Na kolejne lata życzyłbym sobie i wam, by zaczęto przekształcać serce Wrocławia, tak by można było wsiąść na Nowym Dworze do tramwaju i po 30 minutach znaleźć się na Rondzie Reagana. Pozdrawiam i zapraszam do dyskusji.

PS: Dla zacietrzewionych i zaciekawionych polecam: www.km.wroclaw.pl

"Oni nieśli pokój, nie wojnę"


Jest to cytat z wypowiedzi premiera Donalda Tuska, który ma ukazać w jak odmiennych czasach żyjemy. Zdawałoby się, że zadaniem wojska jest przede wszystkim prowadzenie działań wojennych, stąd też w pierwszej połowie XX wieku istniało ministerstwo wojny. Dzisiaj nosi ono nazwę ministerstwa obrony narodowej, co z pewnością przywodzi na myśl znacznie lepsze skojarzenia, w końcu nie jesteśmy wreszcie tymi złymi kolesiami, nie mamy zamiaru nieść ze sobą śmierci i zniszczenia, ale bronić pokoju i tolerancji na całym świecie. Nie powiem, świetny kawał propagandy. Problem w tym, że pojęcie misji pokojowej kłóci się z kolejnym – wojny z terroryzmem, w której to bierzemy czynny udział i świetnym na to przykładem jest interwencja kontyngentu Sił Zbrojnych RP podczas wojny w Iraku i Afganistanie. Dlaczego niesienie pomocy humanitarnej kłóci się z walką z terroryzmem ? Otóż podstawowym problemem jest odróżnienie faktycznych wrogów od cywilów. Działania prowadzone w poprzedniej wojnie – w Iraku, pokazały jak łatwo można stać się znienawidzonym przez tych, którym rzekomo chce się nieść pomoc. Amerykanie poprzez swoją okupację nastawili przeciw sobie wiele środowisk politycznych tego kraju, nawet opozycjoniści wobec wcześniejszego reżimu Saddama Husajna rozpoczęli powstanie przeciwko okupantowi (odsyłam do reportażu Ewy Ewart – Kulisy Iraku). Rozmiar pomocy humanitarnej niesionej przez NATO wydaje się być znikomy, w porównaniu do zniszczeń jakie niesie ze sobą każda operacja militarna. Powracając jeszcze na moment do Iraku, pretekstem do ataku na ten kraj miała być broń masowego rażenia, będąca w posiadaniu Husajna. Problem w tym, że do tej pory jej tam nie odnaleziono. Biorąc pod lupę afgańskich Talibów, jedynym faktycznym niebezpieczeństwem dla zachodu jest źródło ich dochodów – opium.

Wracamy zatem do początku, dlaczego w ogóle rozpoczęto inwazje na Bliskim Wschodzie ? I przede wszystkim, co chciało przez to osiągnąć polskie państwo ? Zaczynając od Ameryki, każdy już chyba zdaje sobie sprawę z faktu, że zapasy ropy naftowej z dnia na dzień maleją. Niestety do prawidłowego działania gospodarki, surowiec ten jest niezbędny. Odnosząc się do mojego pierwszego artykułu, łatwo zauważyć, że siły wojskowe Stanów Zjednoczonych co pewien czas potrzebują znaleźć dla siebie nowy poligon. Niestety tak duża i zaawansowana technologicznie armia potrzebuje miejsca, w którym to mogła by sprawdzić   w warunkach bojowych obecne wyposażenie. Co do interesu naszego kraju, politycy w kółko powtarzają kilka sloganów: walka o demokrację, kontrakty dla polskich firm, wizy do USA. Wydaje mi się, że nie muszę przekonywać państwa do tego, że żadne z nich nie zostały zrealizowane. Zatem dzięki ogromnym pieniądzom z budżetu państwa, kolejnym ofiarom wśród polskich żołnierzy, osiągnęliśmy praktycznie NIC. Jedynym pożytkiem może być umocnienie więzi w sojuszu NATO-wskim. Z racji naszego położenia geograficznego, powinniśmy zabiegać o względy państw zachodnich. Problem w tym, że II Wojna Światowa pokazała nam dobitnie, jaka jest prawdziwa wartość takich sojuszy.
Niestety prawda bywa okrutna, większość wspaniałych haseł głoszonych przez wielkich tego świata jest obłudnie fałszywa. Aby rozpocząć operację wojskową trzeba uzyskać poparcie społeczeństwa, w czym amerykański rząd doszedł do perfekcji. Odnosząc się na koniec do śmierci naszych żołnierzy w Afganistanie, media zrobiły z tego wydarzenia sensację. Smutne jest to, że nas ludzi interesują tragedie, ale nie mamy zapału potrzebnego, by cokolwiek w tej materii zmienić.