System of a Down, "Toxicity" (2001)


Dziesiąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Dzisiaj prawdziwa petarda – płyta, która zyskała uznanie na całym świecie, w tym także w Polsce.
System of a Down – Toxicity (American)
„Ja przy Systemie kładłam się do łóżka”, „Nawet kupiłem sobie oryginał”, „Niezły metal, fajne to było”, „Jedyny metal, który mi się kiedykolwiek podobał”, …
Mam propozycję: przejdźcie się po ulicy i jak zobaczycie jakiegoś młodego człowieka, zapytajcie się, czy słuchał tej płyty. Uwierzcie mi, że nawet ci, którzy nie lubili SOADu, też jej słuchali. Nie można było inaczej.
Jak wyjaśnić fenomen tego najbardziej rozpoznawalnego metalowego bandu lat zerowych? Zadziałało tu chyba to samo, co w przypadku Linkin Park. Najlepsze elementy stylu zostały podane w sposób skondensowany, dopracowany, wraz z olbrzymią dawką melodii. Na korzyść Systemu, zadziała tu także oryginalność. Wystarczy wspomnieć niesamowicie charyzmatyczny wokal (zwłaszcza Serja Tankiana), ludowe inklinacje czy wykorzystanie bałałajki (!). System wynalazł również, sobie tylko właściwy, patent na łączenie fragmentów wyciszonych z wybuchami ekspresji bez uczucia kontrastu. Słysząc taką mieszankę, ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że coś tu do siebie nie pasuje. Weźmy na przykład klasyk: Chop Suey! – ciężkostrawne zwrotki przeplatane patetycznym, hymnicznym, ale także niesamowicie chwytliwym refrenem. To jeden z tych metalowych kawałków, które mogą wywołać prawdziwie romantyczne wzruszenie. Podobnie jest z utworem tytułowym – hymn pokolenia, bez dwóch zdań.

Somewhere, between the sacred silence and sleep,

Disorder, disorder, disorder.

A jeśli ktoś jeszcze wątpi w uniwersalność tego dzieła, powiem, że mama słysząc z mojego pokoju któryś z kawałków Systemu powiedziała: „To jest dobre”. I miała rację.
Na koniec powróćmy jeszcze do chwili, kiedy pierwszy raz zaskoczyła nas zmienność nastrojów tego ikonicznego dla SOADu utworu:

Fennesz, "Endless Summer" (2001)


Dziewiąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Przyjrzymy się dzisiaj elektronice na miarę 2001 roku.
Fennesz – Endless Summer (Mego)
To jedna z najbardziej cenionych i lubianych płyt z muzyką elektroniczną tej dekady.
W ostatnich latach nastąpił prawdziwy wysyp elektronicznych projektów, przez co oryginalność na tym polu była niesamowicie trudno osiągalna. Fenneszowi się udało. Jego Endless Summer to album przemyślany i doskonale dopracowany w każdym szczególe. Trzaski i zgrzyty są tu dobrane w sposób logiczny i zamierzony, a wszystkie kompozycje cechuje różnorodność: od atakującego, chaotycznego Made In Hong Kong, przez ambientowy A Year In A Minute i Shisheido o niemal piosenkowej strukturze, aż po wieloczęściową kompozycję tytułową. Niemały wpływ wywarła tu obecność gitary akustycznej, co w elektronice zdarza się niezwykle rzadko. Do tego album w całości mieści się na vinylu – to kolejna cecha wyróżniająca go na tle sceny, w której selekcja materiału i umiar jest w obecnych czasach rzadkością (ktoś kojarzy stare, przemyślane albumy Jeana Michela Jarre’a albo Tangerine Dream?). Fennesz postarał się też, aby poszczególne utwory nie były jednostajne – ich nastrój ewoluuje, a główny motyw zmienia się niekiedy aż kilka razy. Jest to rzecz obca dla większości współczesnych „elektronicznych” wykonawców.
Na Endless Summer ważny jest klimat – muzyka zabiera nas na piaszczyste plaże skąpane w blasku zachodzącego Słońca, podobnie jak wczesna twórczość grupy The Beach Boys skompilowana przed laty na albumie o tym samym tytule. Warto mu się przyjrzeć i porównać, jak zmieniło się dźwiękowe postrzeganie „niekończącego się lata” na przestrzeni kilku dekad.

A teraz zapraszam w objęcia tej zdecydowanie nienowoczesnej wizualizacji:

The Strokes, "Is This It" (2001)


Ósma odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.

Rok 2001 czas zacząć – nadchodzi wielka, indie rewolucja! …

The Strokes – Is This It (RCA)
Rzadko zdarza się, aby tytuł płyty tak dosłownie opisywał jej zawartość. Słuchając bowiem tego krążka po raz pierwszy, na usta od razu ciśnie się pytanie: „Is This It?!” Parafraza: „czy to naprawdę jest ta płyta, którą tak chwalą zachodnie media?!” Is This It to także tytuł pierwszego, najkrótszego utworu na albumie. Jak go znasz – znasz wszystkie jedenaście; są takie same. Można też posłuchać Last Nite, bo ma fajną melodię.

O The Strokes trzeba powiedzieć, że swym debiutem określili klimat mainstreamowego rocka na najbliższe dziesięć lat. Usłyszymy tu najpopularniejsze gitarowe patenty tej dekady, wielokrotnie powielane przez różne małpy. W odróżnieniu jednak od swoich naśladowców, Stroeksi przedstawili muzykę szczerą, bo wypływającą z serca i, a może przede wszystkim… Z nudy. Ich piosenki doskonale ilustrują popołudniową nudę, muzycy grają tak, jakby im się nudziło, a też same piosenki są na dłuższą metę nudne. Ale czyż nie taki właśnie album powinien być reprezentantem głównej sceny rocka lat zerowych?

Warto wspomnieć, że bas jest tutaj na poziomie – nie gra za dużo, ale właśnie tyle ile potrzeba. Perkusja jest sucha i do bólu prosta, ale jest to jak najbardziej uzasadnione. O gitarach już pisałem, lecz dodam, że można było podarować sobie solówki. Ich prostota i niechlujstwo są zamierzone, jednak szkoda, że właśnie na takich wychowali się ci wszyscy indie-naśladowcy. A wokalista specjalnie śpiewać nie umie, ale robi klimat. Klimat lat zerowych, moi drodzy.

A oto teledysk – do bólu prawdziwy, a w dodatku nagrany na żywo (!):

Vader, "Litany" (2000)


Siódma odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Dzisiaj zapoznamy się z pierwszym polskim albumem w cyklu, który zaprezentuje wkład naszego kraju w muzykę roku 2000. Rok ten obfitował u nas przede wszystkim w nagrania kapel „góralskich”, takich jak Brathanki czy Golec uOrkiestra. Nie ma jednak sensu ich tutaj wymieniać, gdyż było to zjawisko jedynie lokalne, nie mające miejsca gdzie indziej na świecie. Natomiast ciężka odmiana metalu, jaką prezentuje Vader, zyskała uznanie w wielu krajach poza Polską.
Jako, że na tym gatunku muzyki się nie znam, płytę Litany opisał Artur „Asarath” Ślipko – dobry znajomy ze studiów.
Vader – Litany (Metal Blade Records / Metal Mind Productions / Avalon/Marquee)
Słuchając Litany aż dziw człowieka bierze, że rok 2000 nie był rokiem apokalipsy. Toż ta płyta to czyste pandemonium! Od niszczącego „szlagieru” Wings (tak, wiem – epitet „niszczący” być może jest nadużywany w przypadku wielu death metalowych krążków/utworów, ale wystarczy zobaczyć co się dzieje na koncertach zespołu Generała w czasie grania wyżej wymienionego, żeby dojść do wniosku, że to jednak bardzo dobre określenie), przez równie hiciarskiego Xepera i Cold Demons (FIRE!!!), aż po Final Massacre, który akurat już wcześniej znalazł się na Reborn In Chaos, jednak, moim przynajmniej zdaniem, prawdziwą masakrą (w tym pozytywnym oczywiście słowa znaczeniu!) stał się właśnie na Litany.
Mimo cholernie szybkich, nawet jak na Vadera, temp płyta ani nie nudzi, ani nie zostawia w słuchaczu niedosytu. Robota… Przepraszam, sztuka jakiej dokonali tutaj Peter, Mauser, Shambo i Docent plasuje ten album zdaniem wielu fanów wyżej od osławionego De Profundis. Nieobeznanym z ekstremalnym metalem powiem tylko tyle, że to tak jakby skoczyć wyżej własnej d***. Średnia 92% na metal-archives.com mówi sama za siebie – jest tu wszystko czego największy nawet smakosz śmierć-metalu może oczekiwać. Perkusja nagrana tak precyzyjnie, że aż trudno uwierzyć, że mógł siedzieć za nią człowiek (kunszt Docenta, o którym fani ekstremy nigdy nie zapomną), solówki na których Peter dał się wyszaleć Mauserowi, bas Shamba i wreszcie same kompozycje Wiwczarka… Chyba najkrwawsza z bitew rozegranych przez Generała!
Nawet jeżeli Vader nie odkrył tutaj Ameryki, to udowodnił, że stara gwardia wciąż jest w stanie nagrywać płyty, przy których większość młodych zespołów brzmi jak wystrzał z kapiszona przy huku z B-4. I chociaż Vader wciąż nagrywa świetną muzykę (żeby wspomnieć chociażby Immpresions in Blood czy Welcome to Morbid Reich) to za ostatnią Wielką Płytę Petera wielu uważa właśnie ten krążek. Nieznajomość tego materiału w przypadku fana death metalu to nie tyle nietakt, co zwyczajny wstyd.
Artur „Asarath” Ślipko
Aby nie być gołosłownym, oto teledysk promujący w swoim czasie Litany:

Goldfrapp, "Felt Mountain" (2000)


Szósta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.
Tym razem zapraszam do zapoznania się z płytą pewnej niecodziennej artystki.
Goldfrapp – Felt Mountain (Mute)
Świat muzyki ostatnich lat pełen jest postaci skandalizujących, zwariowanych i robiących dosłownie wszystko, by zostać zauważonymi przez media. Ze świecą jednak szukać tak oryginalnych i twórczych osobistości jak Alison Goldfrapp, która chyba słusznie została uznana za ikonę „nowoczesnego” stylu. Płyta Felt Mountain z 2000 roku to dowód nieprzeciętnych ambicji projektu nazwanego od jej nazwiska (drugim członkiem jest pozostający w cieniu producent Will Gregory). Muzyka na niej zawarta zaprasza nas do tajemniczego świata ośnieżonych gór, gdzie kryje się mnóstwo sekretów i niedopowiedzeń.
W otwierającym album utworze Lovely Head, na tle podkładu niczym ze ścieżki dźwiękowej Bonda, pojawia się gwizdanie tak poruszające i piękne jak nigdy wcześniej, ani nigdy później. Dalej słyszymy łkający, analogowy syntezator oraz zamyślony i poważny głos Alison przypominający nieco Kate Bush z okresu The Sensual World (swoją drogą przyda się w najbliższym czasie post, który przybliży naszym Czytelnikom tę wyjątkową dla historii muzyki rozrywkowej postać). Podobnie zagadkowy i podniosły klimat utrzymuje się do końca płyty, jednak z każdym utworem coraz bardziej wciąga i zaskakuje. Kiedy Goldfrapp w przerażającym Human powtarza wciąż frazę: „Are you human?”, naprawdę można zwątpić. Dalej jest coraz piękniej i coraz bardziej fantasmagorycznie. Czy to w nieco kabaretowym Deer Stop, czy w balladowym Pilots (niesamowite wokalizy!), czy w utopijnej Utopii, duet raczy nas muzyką najwyższych lotów. Ale to nie wszystko, bo mamy tu też kawałki instrumentalne (a ściślej mówiąc: kawałki bez tekstów): weselszy od reszty utwór tytułowy i zwariowany niczym Sierżant Pieprz Ooompa Radar. Właściwie każda kolejna piosenka niesie ze sobą coś wyjątkowego, a przy tym nie zaburza spójności całego albumu.
Felt Mountain to płyta dobra i przemyślana – nic dziwnego, że zyskała uznanie zarówno krytyków jak i zwykłych słuchaczy. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – nie tylko fani trip hopu, do którego to gatunku jest często zaliczana.
Na koniec zapraszam do obejrzenia teledysku promującego album:

The Avalanches, "Since I Left You" (2000)


Piąta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”, który ma na celu uświadomienie polskiego odbiorcy o tym, co było ważne w muzyce rozrywkowej tego czasu. Selekcja albumów jest w zamierzeniu obiektywna – opisywane są tu pozycje, które zostały uznane przez krytyków, były w jakiś sposób oryginalne lub po prostu dobrze się sprzedawały.

Dzisiaj pierwszy w cyklu album elektroniczny.

The Avalanches – Since I Left You (Modular Recordings)
Gdyby ktoś zapytał mnie kiedyś, co najlepiej określa klimat dekady zerowej, poleciłbym mu ten właśnie album. Tu jest dosłownie wszystko. Australijczycy z The Avalanches dokładnie przewidzieli przebieg rozwoju muzyki rozrywkowej początku XXI wieku, a może i późniejszej (ale o tym jeszcze nie wiemy). Since I Left You to swego rodzaju koncept, bowiem płyta jest przemyślana jako całość. Mógłbym ją też nazwać muzyczną pocztówką – zamiast krajobrazu, muzyczna uczta definiująca klimat tego dziesięciolecia.

Nasza „lektura” rozpoczyna się od hitowego utworu tytułowego. We wstępie słyszymy hiszpańską gitarę, potem art rockowe flety, orkiestrę z ery disco i wreszcie „nowocześnie” podwyższoną komputerowo, uroczą wokalizę. Na płycie znalazł się też całkiem przyjemny remix elektroniczny Boney M (Live at Dominoes) wieszczący modę na niszczenie wspaniałych piosenek (ktoś pamięta Say Say Say?), a także mix dyskoteki z patetyczną orkiestrą (Frontier Psychiatrist). Znajduje się tu mnóstwo muzyki klubowej, raz pomieszanej z rapem (Flight Tonight), raz z muzyką relaksacyjną (A Different Feeling), innym razem z anielskim chórem (Electricity). Mamy jazz, musical, klasykę, drum ‚n’ bass, techno, jakichś hipisów, lata 60., 70., 80., 90., a przede wszystkim zerowe. Mamy też Avalanche Rock wyrażający dobitnie, co stało się z mainstreamowym rockiem w ostatnim dziesięcioleciu. Jednym słowem, prościej byłoby wymienić to, czego tutaj nie ma.

Dlaczego jest aż tak różnorodnie? Odpowiadam: to wszystko sample. Australijczycy posklejali ze sobą fragmenty setek piosenek pochodzących z całej historii muzyki rozrywkowej i stworzyli album, jakiego jeszcze nie było. To niesamowita mieszanka, a do tego paradoksalnie spójna. Zupełnie jak dekada, w której powstała.

A dla zachęty – zabawny i uroczy teledysk do najbardziej znanego fragmentu płyty:

At the Drive-In, "Relationship of Command" (2000)


Czwarta odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”. Prezentujemy tu albumy, które zapisały się w historii muzyki rozrywkowej popularnością, oryginalnością lub po prostu swoją jakością. Dobór pozycji jak najbardziej obiektywny, oparty na opiniach krytyków muzycznych oraz przeciętnych słuchaczy.
Dzisiaj czeka nas spotkanie z naprawdę czadowym albumem.
At the Drive-In – Relationship of Command (Grand Royal Records)
Jak nie fałszuje, kiedy fałszuje? Jak tego można słuchać, skoro fałszuje? Jak to możliwe, że on fałszując nie fałszuje?
Chyba nigdy nie dowiemy się, jak Cedrix Bixler-Zavala dokonał fenomenalnego odkrycia fałszowania w sposób współgrający z muzyką, ani nie rozpiszemy harmonii melodycznych dysonansów Omara Rodrigueza-Lopeza. Pozostaje nam tylko usiąść i przygotować się na zmasowany atak. Oto nadchodzi One Armed Scissor.
Dostało im się za tę płytę od starych fanów. Że niby zdradzili tradycję hardcore’u, że się sprzedali, że grają za lekko. Cóż, muzycy z El Paso rzeczywiście nieco przyhamowali, związali się z wielką, „komercyjną” wytwórnią i… Nagrali jeden z najbardziej czadowych albumów, jakie kiedykolwiek powstały. Nie chodzi tu, rzecz jasna, o jakiś metal. Chodzi o nieokiełznaną energię, którą czuć od pierwszych taktów Arcarsenal do ostatnich Catacombs. Próbowano określać tę muzykę różnie: jako punk rock, post-hardcore czy nawet emo. Wszyscy polegli. At the Drive-In uciekli od określeń pianinem, melodyjnością, krzykiem, fałszem, gościnnym udziałem Iggy’ego Popa i grą chyba najlepszego gitarzysty lat zerowych, Omara Rodrigueza-Lopeza (tak, wiem, że Frusciante też jest dobry). Płyta przez wielu jest uznawana za jedno z arcydzieł rocka lat zerowych.
Zespół narobił zamieszania i się rozpadł. Został utworzony inny zespół, który też narobił zamieszania. Ale o tym kiedy indziej.

Linkin Park, "Hybrid Theory" (2000)


Trzecia odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”. Prezentujemy tu albumy, które zapisały się w historii muzyki rozrywkowej popularnością, oryginalnością lub po prostu swoją jakością. Dobór pozycji jak najbardziej obiektywny, oparty na opiniach krytyków muzycznych oraz przeciętnych słuchaczy.
Jesteśmy wciąż na początku dziesięciolecia, w roku 2000. Zajmiemy się dziś płytą nieco mniej cenioną, ale za to bardzo popularną.
Linkin Park – Hybrid Theory (Warner Bros.)
To jeden z najlepiej sprzedających się krążków w poprzednim dziesięcioleciu. Linkin Park prezentuje tu muzykę będącą w linii prostej kontynuacją poczynań takich grup KoЯn, Limp Bizkit czy Deftones, może jednak odrobinę bardziej przystępną i melodyjną.

O muzykach z Kalifornii nie można powiedzieć by byli specjalnie odkrywczy, ale nie sposób też zarzucić im braku profesjonalizmu. Ich debiutancki album jest oceniany jako dobry, choć nie wybitny. Skąd zatem aż tak wielka jego popularność?
Podobno najlepsze płyty powstawały w wyniku skondensowania charakterystycznych elementów danego stylu i podania ich w formie przystępnej, uniwersalnej. Możliwe, że właśnie na tej zasadzie Linkin Park stali się dziś o wiele bardziej znanym i rozpoznawalnym zespołem niż ich idole. I dzięki temu nawet grupa zagorzałych przeciwników nie zaszkodziła im, lecz tylko zwiększyła ogólne zainteresowanie ich twórczością.

Tak oto zespół korzystający z dokonań nu metalu, a także rapcore’u i grunge’u (Forgotten), mnożąc te elementy przez elektronikę i melodyjność (In the End, One Step Closer) stworzył album doskonale wpisujący się w swój czas.

Modest Mouse, "The Moon & Antarctica" (2000)


Druga odsłona cyklu „Dekada 00: recenzje najważniejszych płyt ostatniego dziesięciolecia”. Prezentujemy tu albumy, które zapisały się w historii muzyki rozrywkowej popularnością, oryginalnością lub po prostu swoją jakością. Dobór pozycji jak najbardziej obiektywny, oparty na opiniach krytyków muzycznych oraz przeciętnych słuchaczy.

Dzisiaj płyta, która wyznaczyła kierunek rozwoju szeroko pojętego alternatywnego rocka.

Modest Mouse – The Moon & Antarctica (Epic)


W dobie szerokiej gamy popłuczyn tzw. indie rockowych, z którymi kojarzymy raczej zespoły grające niewymagające, „wesołosmutne” piosenki doprowadzające do wymiotów, warto sobie przypomnieć o tym, co kiedyś znaczyło słowo „indie”. Independent – niezależny, alternatywny, nie ulegający modom…

W ostatnich latach zapanowała moda na indie, wszyscy chcieli być indie i wszyscy uniezależnili się od niezależności. W Polsce „indie” kojarzyło się przede wszystkim z grupą Arctic Monkeys (swoją drogą, niezbyt indie-grupą) i jej pochodnymi. Wypada jednak zaznaczyć, że i ona była swego rodzaju pochodną, jedną z wielu, które urodziły się po The Moon & Antarctica. Kiedy w 2000 roku pojawił się ten album, mówiono, że wcześniej nikt tak jeszcze nie grał. Warto zauważyć, że później grali tak wszyscy. Usłyszymy tu gitary, które dzisiaj kojarzą się nam jednoznacznie indie-rockowo (posłuchajmy choćby Gravity Rides Everything). Z Modest Mouse czerpali wszyscy. I wspomnieni Arctic Monkeys (Different Cities), i TV on the Radio (Tiny Cities Made of Ashes), a nawet Jack White (Wild Packs of Family Dogs). Zespół Brocka okazał się jednak o wiele bardziej twórczy i pomysłowy. Czasem gra z zeppelinowską pasją (Dark Center of the Universe), czasem wycisza się wzbogacając brzmienie o skrzypce (The Cold Part), innym razem serwuje nam mini suitę (The Stars Are Projectors). Można też rozpisywać się o warstwie słownej, ale kosmiczne tytuły piosenek mówią chyba same za siebie.

Warto wiedzieć o istnieniu tego albumu, aby nikt nie wmówił nam, że to, co nazywa się dzisiaj indie rockiem, to jakaś wielka nowość.

Radiohead, "Kid A" (2000)


Uwaga, Drodzy Czytelnicy! Rozpoczynam długi cykl recenzji dotyczący płyt wydanych w dziesięcioleciu, zwanym dekadą zerową (2000 – 2009). Jego celem nie będzie propagowanie „dobrej, awangardowej muzy” i krytykowanie „mainstreamowego chłamu”, lecz obiektywne przedstawienie tego, co w latach 00s było w muzyce popularne, poważane i słuchane, i co możemy dzisiaj uznać dlań za reprezentatywne. Myślę, że warto przyjrzeć się tej dekadzie pod względem muzycznym, ponieważ wbrew pozorom, główne nurty, które w niej panowały, nie są powszechnie znane. O latach sześćdziesiątych wiemy na przykład, że był to czas hippisów i garniturków (uogólniając). Lata 70. – legendy hard rocka oraz disco; 80. – plastikowy pop i gitarowa alternatywa; 90. – grunge i era boysbandów. A 00.? No właśnie. Zapraszam wiec do czytania wszystkich pragnących nieco bliżej przyjrzeć się przemianom, jakie zaszły w latach 2000 – 2009.

Kryteria doboru albumów, które będą opisywane w tym cyklu, były następujące: uznanie krytyków, popularność, wpływ na ogół muzycznego świata, odkrywanie nowych horyzontów.

Zaczynamy, rzecz jasna, od roku 2000. Pierwszy rok danej dekady jest zawsze pewnym stadium przejściowym, zawiera bowiem jeszcze wpływy lat poprzednich, ale jednocześnie wyznacza drogę rozwoju dla lat późniejszych. Oczywiście przejście z jednego dziesięciolecia w drugie nie jest nagłe, muzyka zmienia się przecież stopniowo. Można jednak z łatwością dostrzec, że nagle tworzy się wokół nas inny, nowy nastrój. Ludzie poprzedniej dekady wpadają w „dekadentyzm”, smucą się, że to, co dobre, już się kończy. Natomiast młodszych cechuje entuzjazm – bo oto nadeszły ICH czasy.

Radiohead – Kid A (Parlophone, Capitol)
Wybór oczywisty, najpewniejszy, któremu nikt się nie sprzeciwi. Nie było w latach zerowych innego tak powszechnie cenionego albumu. Z perspektywy czasu Kid A jawi się jako płyta-symbol minionej dekady i ma w sobie coś ze statusu The Dark Side of The Moon w latach siedemdziesiątych. Omawianie jej fenomenu nie ma sensu, bowiem napisano już o niej wszystko, a to chyba najlepiej świadczy o doniosłości dzieła. Ode mnie tylko parę słów.

Pod wieloma względami płyta ta pobiła swoją poprzedniczkę, OK Computer. Przede wszystkim spójnością – mimo podziału na utwory jest niczym jedna, przemyślana całość. Nie sposób też przecenić jej wpływu na rzesze wykonawców w kolejnych latach. Radiohead stworzyli istną kopalnię inspiracji, która zdaje się być do dziś niewyczerpana. Od momentu wydania Kid A nic już nie było takie jak dawniej, a elektronika zaczęła coraz odważniej wkraczać w ramy wszelkich gatunków muzycznych.

Moim zdaniem jest to wielki album, opus magnum tego zasłużonego zespołu. Można go oczywiście nie lubić, niektórych razi bowiem jego przygnębiający, nieco chłodny klimat (sugestywna okładka?). Nie wypada go jednak nie znać – to klasyk.