Fenomen Kwejka


Wszystko co „kwejkowicze” lubią najbardziej.
Ostatnimi czasy internet z polską domeną został podbity przez strony zawierające pojedyncze obrazki często w formie ciekawostek lub o charakterze humorystycznym. Lecz również agitacyjnym lub reklamującym – lecz reklamującym nie konkretne produkty bądź marki tylko zachowania, poglądy i idee. Czy ze zwykłej strony utworzonej dla zabawy i przerodzonej w twór bardzo popularny i nawet zarabiający pieniądze może powstać strona o charakterze czysto agitacyjnym? O ile oczywiście jeszcze się nią nie stała…
Pamiętam, że jeszcze jakiś czas temu był taki okres, że kilka stron podobnego rodzaju trzymały się w swojej popularności mniej więcej na równi z kwejkiem, ale w końcu ni z tego ni z owego kwejk zaczął wszystkich pobijać; inne strony – nawet najbardziej konkurencyjny w tamtym okresie po-land.pl – zaczęły odpadać w wyścigu o popularność. Obecnie kwejk jest najpopularniejszą tego typu stroną posiadającą 810 000 fanów na facebooku i bardzo wysoki wynik wyszukiwań w wyszukiwarce Google; jest kreatorem ludzkich poglądów i narzędziem kształtowania popkultury. Wystarczy, że jakaś treść zyska na popularności na przykład wielokrotnie powtarzane hasło: „Kocham piątek”, wtedy dociera do większej ilości osób i wystarczy przysłuchać się ludziom rozmawiającym na ulicy i można będzie dostrzec, że duża część z nich powtarza właśnie owe rzucone wyżej hasło, bądź inne, podobne.
Niedawno, gdy sprawa z ustawą ACTA była gorącym tematem, na Internecie, a konkretnie wśród portali z możliwością wypowiedzi pojawiły się głosy, że należałoby rozpowszechnić informację na portalach typu kwejk w formie obrazka z dokładnie wyjaśnioną istotą rzeczy szerszemu odbiorcy czyli głównie przeciętnemu potencjalnemu wyborcy, który jest, według forumowiczów, idiotą nie interesującym się polityką, głosującym na Platformę Obywatelską bez uprzedniego przeanalizowania jakości jej rządów, lub chociażby programu politycznego, byle tylko nie zagłosować na P. Kaczyńskiego. Dlaczego ludziom tego typu wydaje się, że w Polsce istnieją tylko 2 partie polityczne? Możliwe, że dlatego, ponieważ na kwejku i podobnych portalach nie podaje się informacji tego typu. W końcu to strona rozrywkowa i nikt nie oczekuje tam obrazków o charakterze politycznym.

Po wrzuceniu obrazka traktującego o ACTA strona oszalała. Udostępnień na facebookową „tablicę” było w najlepszym przypadku 38 000. Wielu z moich znajomych również udostępniło, lecz gdy próbowałam porozmawiać z nimi o ich zdaniu na temat tej ustawy zamykali usta i dopytywali się: a o co właściwie z tym chodzi? Widać, że do niektórych nie dociera nawet przekaz napisany prostym i konkretnym językiem.
Co do kształtowania opinii, to przykładów jest wiele: obrazek z tekstem długości kilku metrów o tym jaki powinien być mężczyzna i czego nie powinien robić: 61 000 udostępnień. Czy to naprawdę znaczy, że tyle osób się z tym zgadza? Inny przykład: ogromna popularność Króla Lwa. Trzeba przyznać, że film zrobiony jest bardzo dobrze, dużo wnosi dzieciom, ale czy jest to powód do tak wielkiego zainteresowania? Przez kilka lat nikt o nim nie mówił. Ktoś jednak sobie przypomniał, wrzucił na kwejka, kilka tysięcy osób zobaczyło obrazek, przypomniało sobie o świetności filmu, udostępniło i Król Lew znów jest na fali. Został puszczony w telewizji – oczywiście szał, ludzie rzucili wszystko żeby oglądać. Kwejk popiera również złe zachowania. Dla przykładu pokazuje świetność niektórych narkotyków, alkoholi – nabrały dużej popularności przez między innymi ten serwis. Należy przypomnieć, że głównie oglądany jest przez osoby w wieku szkolnym oraz gimnazjalnym. Promuje równocześnie nienawiść przez pokazywanie czego nie wolno popierać (dla przykładu nienawiść do J. Biebera o którym mniej osób by słyszało, gdyby nie antyreklama  na kwejku). Jednak popiera też dobre zachowania: na przykład kampanię „oddaj krew”.
Ludzie jednak powiedzą, że nic na nich nie wpływa i sami decydują o tym co im się podoba. Sami decydują o tym co robią, a czego nie powinni. Oczywiście na kwejka wchodzą tylko po to, bo lubią się śmiać. Czy to na pewno prawda? A czy ludzie po obejrzeniu reklamy nie są bardziej skłonni do zakupu czegoś? Z kwejkiem jest tak samo. Ludzie po prostu lubią iść za tłumem…

HISTORIA ROCKA, rozdział I – Rock and Roll cz. 2


I.2. Afrykańska energia
Wraz z powstaniem rock and rolla zaczęła się też zmieniać mentalność Amerykanów. Biali zaczęli kupować płyty czarnych wykonawców, czarni zaczęli grać dla białych; otwierały się oczy i uszy, powstawała przestrzeń dla rasowej tolerancji. „Czarna” muzyka miała wywrzeć olbrzymi wpływ na rozwój rocka. To czarnoskórzy wymyślili bluesa i to czarnoskórzy byli później najwybitniejszymi konkurentami Presley’a. Kto wie, czy nie byli od niego lepsi – często sami komponowali, sami sobie akompaniowali i niejednokrotnie tworzyli bardziej wizjonerską sztukę niż ówczesny idol nastolatków.
Little Richard – Here’s Little Richard (1957)
W przypadku tej płyty okładka mówi chyba sama za siebie – czysty żywioł. Możliwe, że jest to pierwszy, prawdziwie rock and rollowy album. Nie ma tu miejsca na chwilę wytchnienia. Kawałki następują jeden po drugim niczym kolejne salwy z karabinu. Każdy z nich niesie potężną dawkę wykrzyczanych wokaliz, zadziornych dęciaków i galopującego fortepianu.
Little Richard, kreowany na drugiego Elvisa, okazał się o wiele ambitniejszym artystą. Jego głośne i bezkompromisowe Tutti Frutti było tak dobre, że doczekało się wykonania przez samego Króla Rock’N’Rolla. Richard był też prekursorem zarówno hard rocka jak i soulu; inspirował między innymi Jamesa Browna, Boba Dylana i Michaela Jacksona, a słynna fraza „She’s got it” z jego utworu o takim samym tytule była z kolei wykorzystana przez Shocking Blue w międzynarodowym przeboju Venus. Nie da się ukryć, że sposób śpiewania tego amerykańskiego muzyka wyznaczył standardy dla rockowego wrzasku na blisko pięć dziesięcioleci. Słuchając takich piosenek jak Ready Teddy czy Long Tall Sally aż dziw bierze, że nagrano je w drugiej połowie lat 50. Tak jak pisałem wcześniej – czysty żywioł.
A teraz przekonajmy się, że AC/DC i Jimi Hendrix nie wzięli się znikąd:
Chuck Berry – Chuck Berry Is on Top (1959)
Mówi się, że Chuck Berry był lepszym kompozytorem niż wykonawcą. Nie zgadzam się z tym. Wolę raczej wspierać opinię, że Chuck Berry > Chuck Norris. To on wyznaczył kierunek, w którym miała pójść muzyka gitarowa. Był prekursorem późniejszych wiosłowych gigantów, takich jak Clapton, Hendrix czy Beck. Berry był też twórcą wielu gitarowych zagrywek, które następne pokolenia powtarzały w nieskończoność. Ten album to wspaniała wizytówka pierwszych lat jego muzycznej działalności – pełnej rock and rollowej energii i przebojowości. Możemy tu usłyszeć takie klasyki jak coverowany później przez Beatlesów, a zamieszczony wyżej Roll Over Beethoven, przełomowy Maybellene i najbardziej znany Johnny B. Goode, który współczesnemu odbiorcy nieodparcie kojarzy się ze spolszczoną wersją wykonywaną przez kabaret Ani Mru Mru. Ogółem, jest to bardzo smaczny kąsek muzyki.
Bo Diddley – Go Bo Diddley (1959)
Wraz z Berry’m, gitarową rewolucję wszczynał także inny czarnoskóry muzyk – Bo Diddley. Miejsca w historii nie zapewniły mu jednak ani przeboje (których nie miał zresztą wcale tak mało), ani dynamizm kompozycji, ale wyjątkowa innowacyjność jego gry. Był jednym z pierwszych, którzy zaczęli przetwarzać dźwięk gitary elektrycznej przez wszelkiej maści efekty. Na płycie z 1959 roku, Diddley osiągnął niesamowicie oryginalne brzmienie przepuszczając swojego Gibsona przez flanger – efekt uzyskiwany przez nadawanie lekko zmodulowanego i opóźnionego sygnału na oryginalny sygnał z instrumentu (wikipedia). Najlepiej ukazuje to, jak sama nazwa wskazuje, utwór Bo’s Guitar, będący w istocie gitarową solówką trwającą dwie i pół minuty. Była to ewidentna zapowiedź rocka psychodelicznego ery hipisów. Z kolei wstęp do The Clock Strikes Twelwe był inspiracją dla wielu hard rockowych riffów, między tych, które wyszły spod palców Jimmy’ego Page’a.
Ray Charles – The Genius of Ray Charles (1959)
Na koniec przyszedł czas na prawdziwego geniusza epoki. Ray Charles – wokalista, pianista i saksofonista, jest słusznie uważany za jedną z najważniejszych postaci w historii muzyki rozrywkowej. Chociaż nie nagrał zbyt wielu wybitnych albumów, jego wpływ na późniejsze gatunki jest wprost nieoceniony. Łatwiej byłoby wymienić te, których nie zainspirował, niż te, których był prekursorem. Ukształtował rhythm and bluesa, był ojcem soulu, idolem późniejszych rockmanów, odświeżył country, a sam siebie nazywał po prostu artystą rock and rollowym.
Tak wpływowy muzyk nie miał łatwego życia. Oślepł w wieku 7 lat, przez co wiele razy go oszukano. Bardzo szybko stracił też brata i rodziców. Ray zawsze występował w ciemnych okularach – siedząc za swym fortepianem wyśpiewywał piosenki z energią, ale też czułością. Jego wszechstronność doskonale obrazuje album The Genius of Ray Charles. Pierwsza połowa to żywe i głośne utwory rhythm and bluesowe, druga zaś prezentuje łagodniejszą odsłonę Charlesa – ballady wzbogacone akompaniamentem orkiestry smyczkowej. W otwierającym płytę Let the Good Times Roll możemy usłyszeć nieposkromione wokalizy, które tak bardzo będą się później kojarzyć z muzyką rockową. Lecz to nie czadem stoi ta płyta, ale unikalnym połączeniem rozbujanego dęciakami R&B, nastrojowego jazzu i pięknych melodii.
A jako, że powoli kończymy podróż po latach 50., warto wspomnieć jeszcze o najbardziej rock and rollowej artystce tamtych czasów – Brendzie Lee. Posłuchajcie piosenki, którą wykonała w wieku dwunastu lat:
Elvis może się schować.
Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie, [Online], Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod red. R. Dimery’ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

Heimdal i poprawność polityczna.


Witam Państwa serdecznie, zgodnie z zapowiedzią tej niedzieli poruszę po raz kolejny już problem multikulturalizmu i jego negatywnego wpływu, tym razem na kulturę, na przykładzie nienajnowszego już może filmu ze stajni Marvela o tytule „Thor”. Oparty (podobnie jak wiele ostatnich produkcji kinowych) na kanwie komiksu opowiada o strąceniu tytułowego boga przez ojca Odyna na ziemię celem zyskania pokory. Thor oczywiście rozbudza w sobie utracone moce i jako obrońca ludzkości powraca na Asgard.Lecz nie będzie to recenzja filmu. Skupić pragnąłbym się tu na jednym tylko epizodzie, mianowicie roli Idrisa Elby grającego Heimdala, strażnika Asgardu.

Kim jest ów Heimdal? W nordyckiej mitologii strzeże on Asgardu (czyli pałacu Odyna, naczelnego boga skandynawskiego panteonu, do którego trafiali polegli w boju by tam oczekiwać na bitwę końca świata, Ragnarok) przed nieproszonymi gośćmi. Stacjonuje na tęczowym moście Bifrost (czyli na zwyczajnej tęczy, w wierzeniach Wikingów będącej pomostem między Midgardem – czyli światem ludzi oraz Asgardem) i tam przepowiedziano też jego śmierć jako pierwszego z bogów mających polec podczas wspomnianego Ragnaroku – kresu czasu. Z boku obejrzeć można rycinę przedstawiającą owego strażnika wraz z jego magicznym rogiem, Gjallarhornem, w który zadąć ma ostrzegając innych bogów przed nadchodzącym Ragnarokiem.

Z tym właśnie Heimdalem zmierzy się tytułowy Thor podczas swego powrotu do Asgardu. W tym momencie zaznaczyć pragnę, że wydarzenia pokazane w filmie są jedynie adaptacją komiksu Marvela inspirowanego nordycką mitologią, nie zaś wierną ekranizacją mitów, i każda rozgarnięta osoba sama stwierdzić to powinna być w stanie. Stąd te dziwaczne, przylegające do ciała plastikowe zbroje bogów czy futurystycznie wyglądający Asgard. Oraz nasz obiekt zainteresowania, Heimdal, który okazuje się być czarnoskóry.

Oczywistym jest, że w panteonie ludów Skandynawii nie było miejsca dla żadnego boga mającego inny kolor skóry niż biały. Do odegrania roli Heimdala wybrany został jednak Idris Elba, o którym powiedzieć można wszystko, że jest utalentowanym aktorem, że sprawdził się w swojej roli, ale na pewno nie to, że jest biały. Głosy sprzeciwiające się portretowaniu Strażnika Bifrostu jako czarnoskórego mężczyznę odebrane zostały jako przejawy rasizmu. „Oburzeni” mieli na myśli jednak coś zupełnie innego – kalanie kulturowej schedy (i tak już dość swobodnie potraktowanej w popkulturze) skandynawskich Wikingów. Poprawność polityczna (wybór Elby uzasadniony został jako reprezentacja afroamerykańskiej ludności i zaznaczenie jej obecności w społeczeństwie, zaś nordycka mitologia jako fikcja może zostać interpretowana na wiele sposobów, także zakładających istnienie czarnoskórego boga) jest jedną stroną medalu, ale nie powinna ona stać ponad kanonami kulturalnymi, nawet w tak plastikowym i przetworzonym uniwersum Marvela (nota bene w komiksach Heimdal zachował swoją „pierwotną” białą skórę, o czym świadczy ilustracja z prawej).

Można pukać się w głowę i mówić, o co tyle krzyku, przecież to tylko film, w dodatku z cyklu tych, które to nie mają wywołać głębokich przeżyć duchowych u oglądających a raczej zapchać kieszenie producentów. Racja, fani Marvela i tak obejrzą film i będą spoglądać na niego przez inny pryzmat niż ludzie, którzy szukają jedynie rozrywki. Ale właśnie to ci ludzie po obejrzeniu „Thora” zapamiętają bogów północy jako odzianych przylegające ściśle zbroje gładkich herosów, z których jeden był czarnoskóry. Nie można wymagać od każdego człowieka „z ulicy” znajomości mitologii, ale jeżeli „Thor” dla większości z nich będzie jedynym zetknięciem z kulturą i panteonem wczesnośredniowiecznych mieszkańców Skandynawii powinien choć odrobinę wiernie ukazać postacie i motywy, nawet jeśli to tylko film nastawiony z góry na zarobienie pieniędzy i przyciągnięcie fanów serii komiksów.

Oczywiście przytoczyć można inne przykłady, w westernach z lat 50-ych Indian często odgrywali biali aktorzy lub w ekranizacjach z podobnego okresu Kleopatra miewała podobny odcień skóry co Juliusz Cezar, jednakże nie razi to aż tak bardzo jak czarnoskóry bóg, który jednak powinien mieć bladą, „skandynawską” karnację.

Być może to co piszę to czcze wołanie na pustkowiu, czym innym są bowiem filmy dokumentalne o kulturze Wikingów, czym innym popkultura, przesiąknięta chcąc nie chcąc poprawnością polityczną. Niemniej jednak sądzę, że obsadzenie czarnoskórego aktora w tej roli nie było dobrym posunięciem. Jako odpowiedź dla wszystkich oskarżycieli o rasizm powiedzieć pragnę, że nie widzę przeszkód dla czarnoskórych aktorów grających w filmach, ale wolałbym oglądać ich w rolach np. Nelsona Mandeli, Zulusa Czaki czy w każdej innej z ról gdzie kolor skóry nie odgrywa żadnej roli, nie jednak w przypadkach kiedy pochodzenie etniczne jawnie gryzie się z charakterem odgrywanej postaci, tak jak w omówionym powyżej „Thorze”. Miejmy nadzieję, że dzięki postępującej poprawności politycznej nie ujrzymy niebawem czarnoskórych krzyżowców (przepraszam, już ujrzeliśmy, w „Królestwie Niebieskim”) czy wręcz takie kurioza jak Hitler – hindus. I tak jak dziś już wspomniana wyżej Kleopatra we współczesnych filmach odegrana zostanie przez aktorkę o śniadej karnacji a Indianie napadający na pociągi będą prawdziwymi czerwonoskórymi, tak nordyccy bogowie winni pozostać biali. Niezależnie czy występują w popkulturowym filmie czy w programie na Discovery.

Na dziś to wszystko, zapraszam za tydzień, kiedy poruszę temat nowej reformy liceów, od razu powiem, że uważam ją delikatnie mówiąc za chybioną i błędną. Ale więcej w przyszłą niedzielę. Dziękuję za poświęcony czas, do usłyszenia.

Ilustracje ze stron: 1,2,3.

Oskar w kanałach


Nie małym wyróżnieniem w skali światowego kina jest nominacja do Oskara dla „W ciemności” Agnieszki Holland w kategorii: najlepszy film nieanglojęzyczny. I chociaż szanse zdobycia statuetki mając za konkurencje irańskie (!) „Rozstanie” – film, który zdążył podbić serca krytyków i zgarnąć laury w zasadzie na całym świecie – są niewielkie to już nominacja jest wartością samą w sobie. To znak, że pomimo ograniczonych możliwości budżetowych polskie kino jest w stanie zrobić dobry film, który zauważy hollywoodzka Akademia Filmowa.

Idąc do kina obawiałem się rażącego podziału na historyczną czerń i biel. Bałem się, że zobaczę film, stworzony tylko po to, aby poszły na niego szkoły. Uczniowie bardzo się z takich filmów cieszą – wolne od lekcji, nauczyciele również – zajęcia odbębnione. Bo najważniejsza jest edukacja dostosowana do wszystkich (czyli do nikogo). Prosta fabuła, prosta gra, prosty montaż. Narodowa męka. Patrzcie i… płaczcie! Tak było! Polska – Chrystusem narodów! Bałem się jasnych podziałów na biednych Żydów zmuszonych do zejścia w kanały, na krwiożerczych Niemców, którzy ich gnębią, oraz chwalebnych Polaków, którzy jako jedyni ich ratują. Historia jednak nie zna czerni i bieli, którą za wszelką cenę chcą nam wpoić w bardzo patriotyczno-prawicowym nauczaniu. Nie zna jej również Agnieszka Holland.

„W ciemności” to historia (oparta na faktach!) lwowskiego kanalarza – Leopolda Sochy – polaka, który w trudnym czasie wojny próbuje dorobić się plądrując po godzinach opuszczone domy. Jak sam przyznaje „zna kanały lepiej niż własną kobietę”, więc z łatwością przychodzi mu ukrycie tam cennych dla niego przedmiotów – skradzionej biżuterii, wszelkiej pozłacanej zastawy, ozdób i w końcu równie cennych Żydów. Socha decyduje się udzielić im schronienia w momencie, gdy rozpoczęto akcję likwidacji miejskiego getta w 1943 r. Nie był to jednak przejaw choćby w najmniejszej skali dobroci. Raczej chęci oskubania bogatszych Żydów stawiając ich pod ścianą. Wybór był prosty, albo śmierć na powierzchni, albo kanały, w których każdy dzień liczony jest w pieniądzach jak prawdziwy okup. Nie zapłacą to zostaną wydani Niemcom.

Historia, która przypomina nieco temat książek Jana Tomasza Grossa. Obie pokazują głęboki antysemityzm tkwiący w społeczeństwie polskim zarówno w II Rzeczpospolitej jak i w czasie wojny jak i po jej zakończeniu. Niezaprzeczalną prawdą jest, że to Polaków najwięcej zostało odznaczonych medalem „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, ale nie możemy zapominać o czarnej karcie w naszej historii. O gettach ławkowych i numerus clausus wprowadzanych na uniwersytetach w latach 30. O grabieżach mienia żydowskiego, o incydentach naruszania masowych grobów w poszukiwaniu złotych zębów. O ogromnej fali antysemityzmu po wojnie, gdy Żydów obarczono odpowiedzialnością za tragiczne losy całej Polski. O antysemityzmie współczesnym. „W ciemności” nie zabiera jednak żadnej ze stron. Ani prawicowej, która dąży do wybielenia historii. Ani „żydowsko-masońskiej”, która naród sprawiedliwych stawia pod ciemną gwiazdą. Agnieszka Holland wybiera trzecią drogę – Polacy pod okupacją nie wiedli łatwego losu, w jakikolwiek sposób szukali możliwości zarobienia grosza, ukrywali Żydów czerpiąc z tego korzyści, ale robili to z narażeniem życia i z czasem, tak jak Leopold Socha, zaczęli się przywiązywać, traktować ich jak własną rodzinę. Przekonali się, że Żydzi nie tacy straszni są jak ich propaganda maluje. Niestety nie wszyscy, co świetnie pokazuje zakończenie – moment „oswobodzenia” miasta przez Armię Czerwoną, kiedy Żydzi wychodzą z kanałów. Zbiega się tłum gapiów wokół studzienki, ale nikt nie wydaje się faktem wyzwolenia zadowolony oprócz kanalarza i jego żony – gawiedź patrzy na Żydów nieufnie. Nieufność ta za kilka lat zamieni się w pogromy, a za kilkanaście wypędzeniem do Izraela. Tacy to jesteśmy sprawiedliwi.

Dziwne, że film cieszył się sporą popularnością za oceanem, gdzie o Polsce wie się tyle, że leży na Bliskim Wschodzie i jest jedną z prowincji ZSRR… Miejmy nadzieję, że rozgłos i oskarowa nominacja sprawią, że coraz więcej ludzi, szczególnie Polaków wybierze się na jeszcze emitowany film w kinach. Warto i „tak trzeba”. Oglądajmy jednak uważnie nie stawiając zbyt szybkich sądów.

Śmierć.



Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Nie dojrzała nic znaczącego, szczególnego, co mogłoby przykuć jej uwagę – po prostu poczuła. Chłód wziął ją w swe objęcia, był jak najczulszy kochanek, pieścił i tulił całe jej ciało. Spojrzał jej w oczy i wtedy dotknął i duszy, szepcząc czule słowa pożegnania. Nie było obok niej nikogo oprócz niego, zadbał o to by nie czuła się samotna, opuszczona, chciał, by poczuła ukojenie, jednakże jego przejmujące zimno stanowiło przeszkodę nie do pokonania – pomimo jego starań dał jej tylko niepokój, tylko strach.

To był lekko odczuwalny impuls. Zaczęło się od palców u stóp, czuła jak martwieją, wszystkie komórki zastygają, zamarzają. Impuls piął się w górę. Przechodził przez kostki, łydki, uda, dotarł do brzucha – tam miał o wiele więcej do zrobienia. Musiał zatrzymać wszystkie organy, ułożyć do snu, uśpić je. Zaśpiewał, więc kołysankę, a echo doszło do serca – wtedy właśnie i ono zamarło. Impuls musiał się śpieszyć – pozostało mu jeszcze epicentrum, czyli głowa i dusza. Nieokiełznany wpadł do mózgu i zaczął się tam panoszyć. Najpierw zmysły. Ona poczuła, że już niczego nie słyszy, ani lamentów dochodzących z sąsiedniej komnaty, ani szeptów Chłodu. Potem oczy zaszły jej mgłą, mrugała rozpaczliwie, ale nie była w stanie niczego dojrzeć, wszystko było nicością. Następny w kolejce był dotyk. Faktura pościeli, na której przyszło jej konać zdawała się jej nieznaną, obcą, w zasadzie niczego już pod jej palcami nie było. Zapachy stały się jałowe, choć przedtem wyraźnie czuła stare, dębowe drewno, z którego wykonany był strop. Utraty smaku nawet nie odczuła, bowiem nie jadła i nie piła nic od wielu dni. Nagle zdała sobie sprawę, że do jej uszu nie dochodzi żaden dźwięk. Napływała histeria, panika, niewiedza, lęk. Wszystko to w jednym momencie opanowało jej duszę i ciało. Strach nadszedł wraz z poczuciem nieubłaganego końca.

Rzeczy niedokończone, sprawy niewyjaśnione, ludzie, którym nie wybaczyła, ci, których nienawidziła, ci, których kochała, ci, którym zaufała – w tej chwili to wszystko powinno czynić chaos w jej umyśle, ale tak nie było. Była tylko pustka. Jeśli tak wygląda śmierć, po cóż trudziła się przez całe życie, po cóż pracować, kochać, uczyć się, przeżywać, jeśli i tak po wszystkim pozostaje tylko niema, czarna nicość rozprzestrzeniająca się po całej jej duszy, po całym umyśle? Pytania. Pytania, na które nie znajdzie już odpowiedzi. Odpowiedzi, które już nie będą jej potrzebne. Strach. Tylko tyle i aż tyle.

Impuls zakończył swoją pracę. Uśpił wszystko, pozostawił jedynie cząstkę duszy, która ostatkiem sił śpiewała. Jej łabędzi śpiew odbijał się echem po całym ciele, po całym świecie tej istoty, która leżąc na łożu śmierci wydawała właśnie ostatnie tchnienie. Wtedy nadszedł cień, otulił ją swym płaszczem i zasnął wraz z nią na jedwabnej pościeli uciszając głośny śpiew jej duszy.

Odra Tower, czyli jak umiera przyszłość


Autor: reinvestment.pl
Gdy w 2007 roku ogłoszono projekt budowy wieżowca Odra Tower miał on być najwyższym, do czasu pojawienia się Sky Tower, budynkiem we Wrocławiu: 130 m wysokości, około 150 apartamentów i bardzo wielkomiejski wygląd. Budziło to kontrowersje, ponieważ miał on powstać przy ulicy Generała Sikorskiego: tuż przy placu Jana Pawła II, w samym centrum miasta. Nie będziemy skupiać się dzisiaj na problemie towarzystwa architektury klasycznej i nowoczesnej: ten temat został dogłębnie poruszony we wcześniejszych tekstach. Dzisiaj zastanowimy się nad zagadnieniem praktycznym: czy warto tworzyć coś, co teoretycznie zupełnie nie pasuje do okolicy. 
Ale powoli: czas mijał, a międzynarodowy kryzys finansowy zbierał swoje żniwo. Fundamenty zostały zakopane. O planach budowy przypominał jedynie baner reklamowy umieszczony na ogrodzeniu przeznaczonej pod zabudowę działki. Sytuacja zmieniła się na początku 2010 roku: wtedy to dobrze znany we Wrocławiu deweloper GANT zakupił za niecałe 7 mln zł udziały w spółce Odra Tower. Nastąpiły jednak pewne drobne zmiany w projekcie: budynek został zmniejszony, pozbawiony charakterystycznej wysokiej wieży i przystosowany do krajowych warunków: mieszkania mniejsze, o niższym standardzie. Podobno mają być również tańsze. Po pierwotnym projekcie zostało tylko koncepcyjne wideo, które można obejrzeć tutaj:
Jak w rzeczywistości ma wyglądać Odra Tower najlepiej opisać wizualizacjami: pochodzą z oficjalnej strony dewelopera.

Ładne? Brzydkie? Jak głosi jeden z komentarzy internautów: „wygląda jak kupa„. Osobiście nie jestem zwolennikiem aż tak radykalnych opinii, jednakże pierwotna propozycja była o wiele ciekawsza. Oczywiście, to co powstanie również będzie wybijać się ponad poziom: 61 metrów wysokości, lokale usługowe na parterze: delikatesy, bank, klub fitness, sala eventowa, kawiarnie i restauracje. Wszystko z pięknym widokiem na nadodrzański bulwar. 
Można powiedzieć, że wszystko to stało się zgodnie z myślą wielu internautów, zapewne Wrocławian. Zarówno pierwotna Odra Tower, jak i Sky Tower krytykowane są za to, że nie pasują do innych budynków, tworzą całkowicie odmienną tkankę wrocławskiej architektury. Stoją samotnie pośród naszego lokalnego szarego życia. Zgoda: może i wieżowiec Czarneckiego wyrasta samotnie w miejskiej panoramie, ale czy to powód żeby go nie budować? Czy w imię niezakłócania aktualnego stanu miasta nie powinniśmy próbować niczego nowego? Jeżeli chcemy dokonać radykalnej zmiany, i nie chodzi tu tylko o architekturę: to odnosi się do wielu życiowych sytuacji, nie warto martwić się, że nasze pierwsze dzieło będzie jedynym i niepowtarzalnym wyjątkiem. Z początku z pewnością tak, jednak problem tkwi w tym, aby raz rozpoczęty projekt kontynuować. Do pierwszego wieżowca dołączy drugi, do niego trzeci i tak dalej. Aż w końcu zapomnimy, że kiedyś było inaczej.

Póki co cieszmy się tym co powstanie: mowa nie tylko o samym budynku, ale również nadodrzańskim bulwarze koło niego – o zagospodarowaniu rzek w miastach już niedługo. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, polecam ofertę mieszkań: praca wre, jak widać na załączonym obrazku.

Zdjęcie z portalu urbanity.pl

A może jednak uważacie, że nie ma co się pchać w nową architekturę? Albo wieżowce to nowotwór na miejskiej tkance? Czekam na Wasze opinie!

Śmiałem się z hipsterów, zanim stało się to modne


No właśnie, nie zauważyliście ostatnio że na ulicach pojawia się co raz to więcej ludzi, których nie da się zaszufladkować do jakiejkolwiek subkultury ? Nie mam tutaj na myśli ludzi zachowujących się w sposób normalny, którzy nie przejmują się tym, czy ubierają się w odpowiednim stylu. Mowa o hipsterach – ludziach tak alternatywnych, że nikt nie jest w stanie znaleźć dla nich odpowiedniej formy. Zatem żeby było wam łatwiej takiego hipstera wychwycić spośród tłumu i przy okazji wysłać mu/jej szyderczy uśmieszek, stworzyłem ten oto artykuł. Zapraszam do lektury.

Tym co na początku przykuwa naszą uwagę jest ubiór. Każdy hipster powinien przestrzegać jednej podstawowej zasady – gardź mainstreamem. Wszystko co jest teraz popularne i modne – omijaj szerokim łukiem. Jak na ironię, to właśnie moda na bycie alternatywnym zawitała niedawno na witryny największych sieciówek z ubraniami. W tym właśnie momencie dochodzimy do pewnego niezrozumienia, bowiem przyjęło się przypisywać hipsterom pojęcia takie jak alternatywa i vintage. Jedno z drugim w teorii nie ma za wiele wspólnego, gdybyśmy chcieli jednak spojrzeć na dzisiejszą modę i kulturę, pozorna alternatywa czerpie szerokim strumieniem ze starszych epok. Przykładem mogą być znane już od kilkudziesięciu lat okulary wayfarer i swetry cardigan, które zgodnie z ideą vintage łączymy ze współczesnymi butami firm Nike czy Vans.

Na drugie danie postanowiłem zaserwować wam krótki wykład na temat idei fotografii. Celem tejże sztuki jest uchwycenie danego momentu, który ma dla odbiorcy wartość estetyczną bądź duchową (cytat z mojej książki „Jestem alfą i omegą”, tom I str 202). Każdy kto kiedykolwiek spróbował zająć się fotografią, wie że wbrew pozorom nie jest to taka łatwa rzecz. Zazwyczaj nasza wiedza kończy się na ustawieniu w aparacie funkcji „AUTO” i naciśnięcia spustu celem zrobienia zdjęcia. Tym właśnie różni się przeciętny Polak od fotografa – większości z nas wystarczy kupno aparatu za kilkaset złotych. Droższe modele posiadają takie funkcję, których i tak nie będziemy w stanie obsłużyć. Zatem pytam się, dlaczego co raz bardziej popularne staje się kupowanie nastolatkom lustrzanek za parę tysięcy złotych ? I tak większość z nich skończy na robieniu zdjęć swoim przyjaciołom, podpisywaniu ich sloganami „młodzi, piękni i pijani”, zastosowaniu filtru (jakże by inaczej) vintage i wrzuceniu tego komuś na tablicę na fejsie. Nawiązując do portalu Facebook, zastanawiam się kto ma tyle czasu, żeby wrzucać po kilkaset zdjęć do galerii na swoim profilu ?

Na deser pozostawiłem muzykę. Chętnie podzieliłbym się z wami nazwami zespołów popularnych wśród hipsterów, niestety obawiam się że i tak ich nie znacie, a w serwisie Youtube również nie znajdziecie do nich odpowiednich linków. Zdaniem niektórych specjalistów, wskazówek co do tego czego słuchają hipsterzy, należy szukać pod hasłami „indie” i „jazz”.

Kończąc ten artykuł, chciałem zaapelować do was drodzy czytelnicy. Spróbujcie rozgraniczyć ludzi żyjących poza formą od tych, którzy starają się ich naśladować. Jak wiadomo nie da się w naszym życiu uciec od pewnych ustalonych zachowań. Większość z nas chce czuć się akceptowanym przez innych, niewielu stać na to by wyłamać się z ustalonych przez pokolenia wzorców. Ludzi którzy żyją dzięki wolnemu zawodowi, starają się unikać zaszufladkowania i mają coś interesującego do przekazania traktuję z dużym szacunkiem. Jedyne co jest w tej całej sytuacji śmieszne, to tabuny nastolatków, którzy nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem, bo dostają od rodziców tyle pieniędzy, że stać ich na markowe ciuchy i cotygodniowe melanżowanie w popularnych klubach. Wbrew temu co im się wydaje, cierpi na tym ich poczucie niezależności, bo idealnie wpasowują się w obraz typowego nastolatka wywodzącego się z bogatszej klasy średniej.

HISTORIA ROCKA, rozdział I – Rock and Roll


Dobrze widzicie, to nie fatamorgana. Oto rozpoczynam długi cykl postów poświęconych szeroko pojętej muzyce rockowej. Nie sądzę, abym był w stanie objąć całe spektrum dokonań tego gatunku i zaprezentować go w sposób obiektywny i adekwatny – w końcu nie udało się to chyba nikomu. Moją ambicją jest zapoznanie Was (i przy okazji również siebie) z najważniejszymi momentami w historii tego, można chyba powiedzieć, najpopularniejszego stylu muzycznego ostatnich 57 lat. Warto wiedzieć skąd wywodzą się rytmy, które nas dzisiaj poruszają – kto je pierwszy wymyślił i zagrał. Warto poznać najdoskonalsze i najbardziej wpływowe albumy, mieć o nich pojęcie i rozszerzyć swoje muzyczne horyzonty. Oczywiście nie każda klasyka musi nas zachwycać – wiele ważnych dzieł nie przetrwało próby czasu i, choć zainspirowało wielu artystów, nie sprawia już dziś takiego wrażenia jak dawniej. Bez nich jednak nie byłoby tego, co przyszło później. Panie i Panowie – klasyka to klasyka, i klasykę trzeba znać.
Opis kolejnych etapów rozwoju rocka będzie oczywiście wybiórczy. Nie sposób wymienić choćby wszystkich najważniejszych wykonawców tego nurtu – zawsze pominie się kogoś istotnego. Postaram się jednak bezwarunkowo wspomnieć o tych artystach i płytach, których wpływ i uznanie nie podlegały przez lata dyskusji. Chciałbym też skupić się na podgatunkach, które są moją główną dziedziną zainteresowania, ponieważ o nich mogę powiedzieć najwięcej. W przypadku hard rocka, rocka progresywnego czy psychodelicznego postaram się o opis jak najpełniejszy – pojawią się wzmianki o wykonawcach szerzej nieznanych, lecz ważnych z punktu widzenia danego muzycznego światka.
Zapraszam więc do podróży przez kilkadziesiąt lat rozwoju muzyki rockowej. Mam nadzieję, że uda się nam ją zakończyć w dzień jej sześćdziesięciolecia – w roku 2014. Miłego czytania.
I.1. Rockabilly i reszta prehistorii
Przenieśmy się na początek 58 lat wstecz. Wyobraźcie sobie, że jesteście ustatkowanym obywatelem USA, a w telewizji pojawia się coś takiego:
Uwierzcie mi, że bylibyście tym o wiele bardziej zaskoczeni, niż gdyby dzisiaj zamiast „Wiadomości” wyemitowano teledysk Behemotha. Piosenka Rock Around the Clock w żywiołowym wykonaniu Billa Haley’a (jej oryginalnym wykonawcą był zespół Sonny Dae and His Knights) jest powszechnie uznawana za pierwszy nagrany utwór rock and rollowy. Została wydana na małej płytce w maju roku 1954, lecz, co zrozumiałe, nie od razu zyskała popularność. Aby zaistniała w amerykańskim przemyśle muzycznym, potrzebne było wykorzystanie jej rok później jako czołówki w filmie „The Blackboard Jungle” („Szkolna dżungla”). Ale rock and roll (a właściwie jego pierwotna forma, czyli rockabilly) był już wtedy popularny i miał swojego króla.
Rockabilly, będące de facto uproszczonym i przyspieszonym graniem bluesa, zostało rozpowszechnione przez jedną z najważniejszych postaci w historii światowej muzyki rozrywkowej. Mowa oczywiście o Elvisie Presley’u. Trudno znaleźć kogoś, kto nie słyszał o tym panu. Zaskakujący jest jednak fakt, że nasze pokolenie wykazuje brak choćby fragmentarycznej znajomości jego twórczości. Czy powodem jest niemodny już dziś sposób śpiewania? Lalusiowaty image? Zaraz, zaraz, przecież Presley był jednym z największych buntowników swoich czasów! Jego wizerunek i zachowanie uchodziły w tamtych czasach za ekstrawaganckie, a wręcz nieprzyzwoite. Wystarczy wspomnieć występ w telewizyjnej audycji Miltona Berle’a, gdzie jego kontrowersyjne ruchy biodrami wywołały skandal.
Warto w tym momencie nadmienić, że termin „rock and roll” wywodzi się z bluesowego slangu i oznacza po prostu akt seksualny. W odniesieniu do nowopowstałego gatunku muzyki, jako pierwsi zaczęli go używać dziennikarze promując czarnoskórych, rhythm and bluesowych wykonawców wśród białej publiczności. To właśnie z takiego grania wywodzi się interesujący nas nurt. Na rock and roll wpływ miały również: muzyka country (to z jej słuchaczy wywodziło się wielu jego późniejszych entuzjastów), a także boogie i pośrednio jazz. Przełomowym momentem było spopularyzowanie prostej, lecz żywiołowej gry na gitarze elektrycznej, którą możemy usłyszeć w pierwszych piosenkach naszego Elvisa. Czegoś takiego przed 1954 rokiem jeszcze nie było. Do tego dochodziły młodzieńcze, oddające ducha czasu teksty oraz frywolne, buntownicze zachowanie. Nic dziwnego, że nasz bohater stał się idolem ówczesnych nastolatków. Wraz z nim oliwy do ognia dołożyli Carl Perkins oraz Jerry Lee Lewis – pierwszy prawdziwy rockowy skandalista (ożenił się ze swoją 13-letnią kuzynką). Ikoną tamtych czasów pozostaje jednak Presley. Dlaczego? W 1956 roku wydał pierwszą z płyt, które nazywamy dzisiaj „klasykami”.
Elvis Presley – Elvis Presley (1956)
W tamtych czasach nie mówiono o albumach jako o dziełach sztuki. Traktowano je raczej jako zbiór kilkunastu piosenek, w żaden sposób ze sobą niepowiązanych. Często była to po prostu kompilacja singli nagranych w danym okresie przez artystę. Podobnie było z debiutanckim krążkiem Króla Rock’N’Rolla. Mimo to, okazał się on ponadczasowy i nawet dzisiaj brzmi zaskakująco korzystnie. Oczywiście jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia – nie spodziewajmy się wyważonej studyjnej obróbki po pozycji sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Album uchwycił jednak doskonale klimat swojej epoki i stał się najlepszym świadectwem chwili, gdy rodziła się muzyka rockowa. Usłyszymy tu pełne energii piosenki takie jak I Got a Woman czy One-Sided Love Affair, a przede wszystkim ponadczasowy Blue Suede Shoes, który słyszał chyba każdy, kto kiedykolwiek włączył radio. Mamy tu też sporo miłosnych ballad będących znakiem rozpoznawczym Presley’a. Nastrojowa, okraszona pogwizdywaniem I Love You Because, a także wykrzyczana Tryin’ to Get to You wprowadzają do krążka nieco nostalgii.
Jeśli chcemy zapoznać się z pierwotnymi czasami rock and rolla, debiut Elvisa to najlepszy wybór na początek. Dla zachęty, zapraszam do wysłuchania tego klasycznego kawałka (skomponowanego i wykonywanego wcześniej przez Carla Perkinsa):
Fats Domino – This Is Fats (1956)
Rok 1956 to też data wydania słynnego albumu jednego z najpopularniejszych piosenkarzy rhythm and bluesowych lat 50. – This Is Fats Fatsa Domino. Ten przemiły, czarnoskóry wokalista zaserwował na nim całą masę chwytających piosenek opartych na fortepianie, które zainspirowały główny nurt muzyki popularnej w następnej dekadzie, włączając w to The Beatles. Ten autoironiczny artysta był również protoplastą rock and rolla – jego debiutancki utwór z 1949 roku zatytułowany The Fat Man stanowił wzorzec dla wielu późniejszych wykonawców grających ten gatunek. Dzisiaj jednak najbardziej cenimy go za przepiękną balladę Blueberry Hill, która ukazała się na This Is Fats, a której skomplikowany proces nagrywania (wiele podejść, zapominanie przez Fatsa tekstu, sklejanie ścieżek) obrósł legendą.
W połowie lat 50., kiedy rodził się rock and roll, zadebiutowali niesamowicie kreatywni, czarnoskórzy wykonawcy. Ich działalność stanowiła swoisty przełom i to nie tylko na tle muzycznym. Ale o tym w następnym artykule.
Główne źródła informacji:
T. Rusinek, Historia muzyki na świecie. [Online]. Protokół dostępu [cop. 2001].
1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, pod. red. R. Dimery’ego, tłum. M. Bugajska, J. Topolska, J. Wiśniowski, [cop. 2005].

REŻYSER SZEKSPIREM


Zrywanie masek, proces unicestwienia udawania, by zacząć działać, by zachowywać się naturalnie, doprowadza w efekcie finalnym do znalezienia autentyczności w – poniekąd – konwencjonalnych relacjach międzyludzkich. Pozostaje jednak pytanie czy, występujące przez te zjawiska, ujednolicenie sztuki i życia jest dobrze prosperującą na przyszłość drogą dla współczesnego teatru. Twórcy teatralni, ale i twórcy dramatyczni prześcigają się w tworzeniu nowych, pozbawionych, odartych wręcz z umowności, tekstów.Tworzą je sami lub „adaptują“, parafrazują na swoje potrzeby teksty twórców teatrów tradycyjnych.
Szekspir zmarł. Zmarł w roku 1616 i jest to fakt. Jego dzieła są niezaprzeczalnie jednymi z największych w historii literatury, tak samo, jak jego teatralny geniusz jest poza wszelką dyskusją. Był doskonałym obserwatorem rzeczywistości, trafiał w gusta odbiorców niezwykle celnie i był mistrzem słowa. Prawda stała się dla niego prawością i właśnie prawdy przez swój teatr poszukiwał, ale i pokazywał ją. Można go zatem bez przeszkód nazwać Świętym Teatru.
Świętość ta, niestety, nie znajduje czasami należytego poszanowania w dzisiejszej teatralnej rzeczywistości. Szekspir pragnął, jak każdy wielki, genialny twórca, aby jego dzieła stały się pomnikiem trwalszym niż ze spiżu, aby przetrwały wieki. Odnoszę nieprzeparte wrażenie, że nie do końca byłby zadowolony z tego, co w XXI wieku czynią z jego sztuk współcześni twórcy teatralni. Czy byłby szczęśliwy widząc przepisane (!), sparafrazowane i niemające nic wspólnego z oryginałem jego dzieło? Czy jakikolwiek współczesny twórca zmienił treść „Iliady“? Spoglądając na współczesne poczynania w dziedzinie literatury, o dziwo, nikt jeszcze nie podjął się tego straceńczego działania (pomijając oczywiście megalomańskie hollywoodzkie próby adaptacji wielkich dzieł).
Dlaczego twierdzę, że zjawisko to, jest niebezpieczne dla rozwoju sztuki? Ponieważ widziałam aprobatę odbiorców przedstawienia „Snu nocy letniej“ w Teatrze Polskim we Wrocławiu, kiedy to reżyserka – Monika Pęcikiewicz podała publiczności na scenie twór, który w repertuarze podpisany został jako oryginalne dzieło Szekspira. Szkoda jednak wielka, że widz, który wcześniej przeczytał „Sen nocy letniej“ Szekspira, wyszedł ze spektaklu trochę rozczarowany, gdyż oprócz imion bohaterów spektakl nie miał nic wspólnego z oryginalnym tekstem genialnego stratfordczyka. Cóż jednak może zrobić wielbiciel teatru, któremu takie zachowanie reżysera się nie podoba, jeśli dzieło tego twórcy znajduje wśród odbiorców wielką aprobatę? Wraz z zakończeniem spektaklu cały Teatr Polski we Wrocławiu drżał w posadach od nieustających oklasków. Czy to dowód na to, że współczesny widz, przychodząc do teatru na spektakl oczekuje elementów zaskakujących i obnażających całą prawdę o człowieku i jego psychice? Czy może reaguje tak, jak na kolejny odcinek Big Brothera oddając się z lubością podglądactwu i czerpiąc satysfakcję z upokarzania uczestników spektaklu?
Pani Monika Pęcikiewicz doskonale zna potrzeby dzisiejszych odbiorców i bardzo sprawnie wykorzystuje ten fakt w swojej twórczości. Spod jej nieocenzurowanych rąk wyszły dwa dzieła Szekspira: „Hamlet“ i „Sen nocy lentniej“. Oba zostały zmienione i szokowały odbiorcę swą nową treścią. Treścią, która została zmieniona, by zadośćuczynić potrzebom współczesnego widza lub miały za zadanie dać upust emocjom targającym samym reżyserem. Pytanie pozostaje jedno: czy teatr ma dawać korzyści tylko reżyserowi, czy (tak jak przewidywała jego pierwotna funkcja) także widzom?
Reżyserka z Teatru Polskiego we Wrocławiu adaptuje dzieła Szekspira i tak, jak jest to wspomniane w definicjach „adaptacji“ reżyser może sobie pozwolić na pewne zmiany w treści i przekazie danego dzieła. Jednakże zostały także uwzględnione pewne granice pomiędzy adaptacją, a samym dziełem dramatycznym. Granice łatwe do przekroczenia i niezwykle trudne do wytyczenia. Od nikogo nie można wymagać, aby te granice sam wytyczył, zwłaszcza, że żyjemy w wieku „eksperymentu w sztuce“, jednakże są pewne elementy w tych dwóch ww adaptacjach Moniki Pęcikiewicz („Sen nocy letniej“ i „Hamlet“), które granice eksperymentu przekraczają. W jednym z wywiadów, Monika Pęcikiewicz powiedziała: „Szukam trochę innego aktorstwa i namawiałam ich (aktorów) na eksperymenty(…)“, jest to cytat rzucający wiele światła na pracę tej reżyserki z dziełami teatralnymi. Wywiad dotyczył spektaklu pt. „Leworęczna kobieta“, jednakże zasadę, którą zdradziła nam pani Pęcikiewicz w tym artykule bardzo łatwo odnaleźć również w jej współczesnych spektaklach. „Sen nocy letniej“ z Teatru Polskiego we Wrocławiu jawi mi się jako jeden, wielki EKSPERYMENT. Adaptacja nie jest tu już terminem, który opisuje to zjawisko precyzyjnie, bowiem ten spektakl przekracza wszelkie granice dotyczące widza, aktora i scenariusza. Widz odczuwa zmieszanie i zszokowanie (a także, w moim przypadku, upokorzenie), aktor jest narzędziem do pokazania wszelkich pomysłów reżysera (scena kopulacji Ewy Skibińskiej z wersalką, molestowanie seksualne i usiłowanie ściągania majtek jednej z aktorek, próba homoseksualnego gwałtu na jednym z aktorów, a także scena zbiorowej orgii odbywanej w rytm muzyki pulsującej jak w klubie fitness), natomiast scenariusz nie jest adaptacją, a autorskim tekstem reżysera – jedynie tytuł tego spektaklu wiąże się z dziełem szekspirowskim.
Monika Pęcikiewicz dostała bardzo intratny przywilej: może pokazać wszystko co chce, korzystając z arcydzieł literatury światowej, ale nie uwzględniając przy tym ich treści i woli autora. Nic w tym dziwnego. Wszakże nie skontaktuje się z samym Szekspirem, by zapytać go o zgodę na zmianę treści jego utworów. A ponadto nie zapyta go przecież, czy może wykorzystać tytuł i jego nazwisko do promowania danego spektaklu. Oczywistym jest, że Szekspir nie zgodziłby się na takie propozycje, bo byłoby to naruszenie jego praw autorskich i pani Monika Pęcikiewicz za takie działania musiałaby stratfordczykowi sowicie zapłacić. Można przyjąć również wiarę w reinkarnację i w to, że pani reżyser jest kolejnym wcieleniem Szekspira. Choć wiarygoności tej przesłanki niestety nie można udowodnić.

John William Waterhouse, "Hylas i nimfy".


Witam Państwa serdecznie, w dzisiejszej odsłonie malarskiej obejrzymy neoklasycystyczny obraz Johna Williama Waterhouse’a pod tytułem „Hylas i nimfy”. Malarz ów specjalizował się w przelewaniu na płótno rodzajowych scenek mitologicznych i inspirowanych legendami. Jeden z takich obrazów obejrzymy dziś.

Przenieśmy się teraz na pokład mitycznej Argo. Oto Jazon na czele gromady herosów wypływa na niej z Iolkos do Kolchidy w poszukiwaniu Złotego Runa. Pośród wielkimi herosami, takimi jak Tezeusz czy Meleager jest także i Hylas. Młodzieniec, ulubieniec Heraklesa, uprosił zabranie go na wyprawę. Właśnie lądować mają u brzegów Myzji.

Tam Herakles poleca swojemu wychowankowi poszukać źródła i zaczerpnąć wody. Chłopiec udaje się na poszukiwania. Odnajduje źródełko i zaczyna zeń czerpać. Ku jego zdziwieniu, z przejrzystej toni wyłania się kilka najad, nimf rzecznych, zwabionych pięknością młodzieńca.


Ten właśnie moment uchwycił Waterhouse. Siedem nagich nimf wychynia spośród nenufarów, spoglądając zalotnie w oczy młodzieńca. Ten zapomina o wodzie, o Heraklesie, Argonautach i wyprawie. Podąża za nimi wgłąb, oczarowany ich pięknością.

Na wybrzeżu Herakles niecierpliwie oczekuje powrotu wychowanka. W końcu sam udaje się na jego poszukiwania. Odnajduje tylko bukłak, z którym nad wodę poszedł młodzian. Sam Hylas zaginął.

Towarzysze naglą herosa, zbliża się czas odbicia od brzegów Myzji. Ten jednak odmawia, zdeterminowany by odnaleźć druha. Drużyna rozwija żagle i udaje się w morze, pozostawiając Heraklesa na brzegu. Ten wciąż szuka Hylasa.

Co się z nim stało? Niestety, uwiedziony przez nimfy tonie w odmętach, a boginki zabierają jego ciało do swej podwodnej domeny, gdzie cieszą się jego pięknością, która teraz należy już do nich, i tylko do nich.

Waterhouse, korzystając z ram dobrze znanego mitu zdaje się ostrzegać przed zagrożeniami płynącymi z cielesnej miłości. Dosłowne „zatopienie się” Hylasa przestrzegać może nas przed zbyt głębokim „zatopieniem się” w czyjejś urodzie, fascynacją daną, pociągającą nas fizycznie osobą, co przynieść może dla nas, tak jak i przyniosło biednemu Hylasowi, zgubne konsekwencje. Ilu z nas słuchając podszeptów uczucia czyniło często rzeczy, które rozum od razu napiętnowałby jako głupie, niebezpieczne czy uwłaczające. Niemniej, głusi na rozum, upojeni i „zatopieni” w czyimś uroku czynimy wbrew rozsądkowi, często finalnie boleśnie zderzając się z rzeczywistością.

Takim ostrzeżeniem zakończyć pragnę dzisiejszy wpis, dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i zapraszam jednocześnie za tydzień, gdzie przyjrzymy się dziełu renesansowego malarza florenckiego, Sandro Botticelliego.

Obraz zaczerpnięty stąd.